REKLAMA

Czy wolność słowa właśnie umiera?

Najsłynniejszy węzeł, ten w Gordion, rozciął przed wiekami Aleksander Wielki, bo za cholerę nie dało się go rozsupłać. Potrafimy to zrobić z innymi? Trochę wątpię.  

wolność słowa shutterstock.com

Problemów, z którymi musimy się mierzyć, jest bez liku, i nie myślę tu wcale o pandemii, bo ta, prędzej czy później, przeminie. Latamy na Marsa, to i szczepionkę wynajdziemy. Mam raczej na myśli przemiany społeczno-kulturowe, których jesteśmy świadkami, a o których jeszcze niedawno nawet byśmy nie pomyśleli.

ZOBACZ: Jak być dobrym? Poradnik rozsądnego altruizmu

Oto, na przykład, badania przeprowadzone ostatnio przez CATO Institute w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że 62% boi się wypowiadania swoich poglądów, a 32% obawia się, że straci pracę lub możliwość awansu, jeżeli odkryje swoje poglądy polityczne. Jesteśmy, pamiętać warto, w USA – archetypicznym symbolu swobód obywatelskich i nieskrępowanej wolności słowa. Czego oni tak się boją? Policji politycznej, która ukarze ich, jak u Orwella, za myślozbrodnię?

Nie. Najbardziej boją się współobywateli, którzy, mając odmienne poglądy, z pomocą Google’a, Facebooka i Twittera zorganizują im piekło na ziemi, donosząc, szczując, pomawiając i wywierając presję na wszystkich dookoła, łącznie z ich pracodawcami. Ta moralna przemoc (a czasem i zwykła) i szantaż zastąpiły ideały Rozumu, który do niedawna porządkował życie społeczne.

Dotychczasowe, znane nam formy współistnienia obok siebie odmiennych poglądów, np. parlamentaryzm czy opinia publiczna, przestają być cenione i ryzyko, że któregoś dnia obudzimy się w dyktaturze ciemniaków, niebezpiecznie wzrasta. Świetnie to widać w reakcjach na niedawno opublikowany w „Harper’s Magazine” list otwarty 150 intelektualistów (m.in. F. Fukuyamy, M. Atwood czy N. Chomsky’ego) w obronie wolności słowa.

Amerykańscy intelektualiści, oprócz potępienia rządów Trumpa, przestrzegają w nim przed rosnącą cenzurą odmiennych opinii i stygmatyzowaniem osób krytykujących skrajną lewicę i progresywnych liberałów. Na autorów posypały się gromy, że koncentrują się na nieistotnych drobiazgach, tworzą abstrakcyjne problemy i nie zauważają tych rzeczywiście prawdziwych: transgenderyzmu, nierówności rasowych i zmian klimatycznych.

Wylano na nich wiadra pomyj i obelg, a przecież ci nieszczęśni mózgowcy napisali tylko rzecz oczywistą: w imię wspólnej wolności chrońmy debatę publiczną przed manipulacją i radykalizmem. Powtórzmy – „wspólnej wolności”, w której wszystkie strony debaty mogą bez obaw o nienawiść i społeczny ostracyzm zabierać głos. Nasza milcząca zgoda na cenzurowanie lub, co gorzej, autocenzurowanie naszych wypowiedzi ze względu na strach przed reakcją na nie, jest pierwszym krokiem do utraty wolności słowa. A stąd już bardzo blisko, jak uczy historia pokoleń, do utraty wolności w ogóle.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA