Czy filmy o superbohaterach robią nam sieczkę z mózgu?

DC i MCU to skróty znane i małym, i dużym chłopcom. Wszyscy lubimy superbohaterskie nawalanki. Ale czy Hulk, Batman i spółka – poza robieniem miazgi z przeciwników – nie robią nam przy okazji sieczki z mózgu?

Doctor Strange fot. East News

Rok temu mój trzyletni syn zaczął mieć problemy z zachowaniem: w przedszkolu bił, kopał i gryzł dzieci. Chcąc spędzić z nim więcej czasu, zabrałem go do sklepu z komiksami. Podczas przeglądania starych wydań „Batmana” zdałem sobie sprawę z tego, że mój ulubiony superbohater z dzieciństwa był trochę dupkiem. Choć przysięga nikogo nie zabić (brawo!), wciąż robi rzeczy, których staram się oduczyć swoje dziecko: używa przemocy do rozwiązywania problemów, tłumi swoje emocje i płaci służącemu za ogarnianie chaty – na co nas nie stać.

REKLAMA

Piętnaście lat temu kult superbohaterów ograniczał się do wąskiej subkultury bywalców sklepów z komiksami, Comic Conów i innych geekowskich imprez. Dziś, za sprawą Marvel Cinematic Universe (MCU), wielbi ich cały świat. Momentem przełomowym było wypuszczenie w 2008 roku „Iron-Mana”, który stał się kasowym sukcesem i zapowiedzią nowego trendu w popkulturze. Od tego czasu MCU stworzył 27 filmów i sześć seriali telewizyjnych, generując potężne zyski, czerpane głównie z kieszeni łaknących rozrywki facetów. Bo bez wątpienia jest to rozrywka skrojona pod facetów. „Cały ton i wydźwięk tych filmów jest zdecydowanie męski” – mówi Paul Dergarabedian z Comscore, firmy zajmującej się analizą mediów. To mężczyźni kupili około 59% biletów na 21 filmów o superbohaterach, wypuszczonych od 2016 roku.

Kolejni idole małych i dużych chłopców na bieżąco pojawiają się na kinowych ekranach, choćby w tym roku: „Batman” od DC w marcu, „Doktor Strange w multiwersum obłędu” w maju, „Thor: Miłość i grom” lipcu i „Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu” w listopadzie. Jako tata walczący o dobro syna, uruchomiłem wewnętrznego Tony’ego Starka i – jak on – przejąłem dowodzenie. Do końca 2021 roku ostatnim filmem o superbohaterach, jaki widziałem, był „Mroczny rycerz” z 2012 roku. By nadrobić zaległości, obejrzałem więc 24 filmy o superbohaterach w 23 dni. I chociaż założeniem maratonu było sprawdzenie, które z nich są odpowiednie dla mojego syna, wynik testu zaskoczył nawet mnie. Doznałem objawienia: filmy o superbohaterach nie są odpowiednie dla dzieci. Ale może też nie są dobre dla dorosłych?

„I tak zawsze kończy się na walce" – The Winter Soldier, „Captain America: Civil War”

Przeciętny film o superbohaterach ma 41 aktów przemocy na godzinę – wynika z badania opublikowanego w 2020 r. w czasopiśmie „Cureus”. Co zaskakujące, to ci „dobrzy” popełniają większość (23 do 18). Kłótliwość, wymuszanie, nieopanowanie – może mój syn lubi superbohaterów, bo zachowują się jak wyrośnięte trzylatki? Zapytałem o to dr. Roberta Olympię, pediatrę i głównego badacza w „Cureus”. „Myślę, że tak – odpowiedział. – Wielu superbohaterów przedstawianych jest jako osoby, będące w dzieciństwie świadkami przemocy. Wielu z nich wciąż mierzy się z tym w dorosłym życiu, po części usprawiedliwiając swoje działania przeżyciami sprzed lat. Myślę, że to mechanizm, którego doświadcza wielu mężczyzn, dlatego tak bliskie są nam te filmy.”

Dr Olympia i jego zespół doszli do wniosku, że najlepszą rzeczą, jaką mogą zrobić rodzice, jest oglądanie filmów o superbohaterach wraz z dziećmi i omawianie z nimi na bieżąco konsekwencji zachowania postaci. Zatem w przypadku filmu „Thor: Mroczny świat” musiałbym na wstępie wyjaśnić synowi, że nie wolno bić się z bratem, a później powtórzyć to mniej więcej 80 razy. Takie podejście zakłada jednak, że sam potrafię połapać się w tym, co jest dobre, a co złe w całym tym uniwersum. Choć nie przeprowadzono dotąd żadnych badań dotyczących wpływu przemocy w filmach o superbohaterach na mężczyzn, dr Olympia mówi: „Jestem niemal w 100% pewien, że dotyczy to dorosłych tak samo, jak dzieci”. Zatem mój osąd może być zaburzony przez fakt, że po prostu świetnie się bawię, patrząc, jak Thor spuszcza Lokiemu łomot. Musiałem skalibrować moralny kompas, by pomóc synowi ocenić, co naprawdę czyni z człowieka bohatera.

„Sami tworzymy własne demony" – Tony Stark, „Iron-Man 3”

Upór Tony’ego Starka, chęć Star-Lorda do ciągłego sprawdzania się, nastawienie Kapitana Ameryki, by wygrać niezależnie od poniesionych strat – superbohaterowie mają ego większe niż biceps Hulka. „Nie ma poczucia winy ani moralnych konsekwencji przemocy. Żaden z superbohaterów nie zaprząta sobie głowy myślą o ludziach, których zabił – mówi dr Kara Kvaran, profesor z uniwersytetu w Akron, która analizuje filmy o superbohaterach. – To bardzo frustrujące”. Nawet Avengersi jako drużyna wciąż mają problem z dogadaniem się. „Według wielu z nich manipulacje i kłamstwa, w imię wyższego celu, są w porządku – mówi dr Kenneth S. Michniewicz, adiunkt na wydziale psychologii w Muhlenberg College. – Już widzę, jak tłumaczę to dziecku: »Synu, nie wolno kłamać. No chyba że próbujesz podstępnie nakłonić swoich przyjaciół, by podpisali Porozumienia z Sokovii – wtedy można«”.

Jeśli więc ogromna większość superbohaterów zalicza się do grona narcystycznych, agresywnych, bezrefleksyjnych kłamców o przerośniętym ego, dlaczego tak ich lubimy? Dr Kvaran twierdzi, że to mit poświęcenia: coś, co jako dzieciak tak szanowałem w Batmanie. To immanentna cecha „bohatera”: Stark musi się wykazać, nawet jeśli ceną jest jego życie (co tam żona i dziecko); Thor narzuca sobie karę tak dotkliwą, że doprowadza go na skraj alkoholizmu; Batman faktycznie prowadzi niemal masochistyczne, podwójne życie w samoizolacji. „Widzimy to w kulturze fitness, widzimy to w kulturze sportowej – mówi dr Kvaran. – Nie ma bólu, nie ma efektów. Pokonaj siebie. Udowodnij swoją męskość”. Te „tradycyjne wartości” wciąż przekazywane są z ojca na syna. „Faktem jest jednak, że motyw poświęcenia wynika najczęściej z przekonania superbohaterów, że tylko oni są w stanie dobrze wykonać robotę. Przecież nikt inny nie dałby sobie z tym rady...” – dodaje dr Kvaran. Zamiast wyciągnąć rękę o pomoc, lepiej bohatersko zginąć. Na szczęście nawet w MCU pojawiają się pozytywne przykłady zachowań i relacji: gatunek ewoluuje w stronę mniej toksycznego.

„Pewnych rzeczy nie da się naprawić" – Christine Palmer, „Doctor Strange”

Doktor Strange jest najbardziej niemarvelowskim bohaterem w całym MCU. Choć poznajemy go jako aroganckiego geniusza neurochirurgii, z każdą kolejną sceną rozprawia się ze stereotypami, dotyczącymi cech „prawdziwego bohatera”. Zdeterminowany, by po wypadku odzyskać sprawność w rękach, pokornie trenuje pod okiem Starożytnej, która jak mantrę powtarza mu: „Ucisz swoje ego, a twoja potęga wzrośnie”. Dopiero dzięki stłumieniu własnej pychy Strange zyskuje zupełnie nową moc. I choć staje się potężnym bohaterem, potrafi poprosić o coś, czego inne postaci z MCU zdają się nie potrzebować: pomoc.

W ostatecznej bitwie z wrogiem, Kaeciliusem, Strange skupia się na obronie, nie ataku. A gdy staje twarzą w twarz z arcywrogiem Dormammu, wie, że by zwyciężyć, musi się poddać. „To inny rodzaj bohatera – mówi dr Sean Parson, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie Północnej Arizony, współredaktor zbioru esejów „Superheroes And Masculinity”. – Musi rozwiązywać swoje problemy niekonwencjonalnymi sposobami, jego męskość ma też bardziej skomplikowany charakter: tutaj siła nie ma nic wspólnego z fizycznością”. Za kilka lat na pewno obejrzę pierwszego „Doktora Strange’a” z moim synem. I kilka innych superbohaterskich produkcji, ale z wyjaśnieniem, że są bardziej skomplikowane, niż się wydają, i nawet ci dobrzy czasem postępują źle.

Jak mówi dr Kvaran: „Superbohaterowie reprezentują najlepszą ludzką postawę: postanawiają wykorzystać swoją moc, aby ulepszyć świat. To inspirujące: chcieć być na tyle potężnym, by mieć wpływ na rzeczywistość dookoła”. Tyle że to przesłanie bywa często psute przez ego i rywalizację. Pewnie dlatego, że długie rozmowy i docieranie do kompromisów ogląda się gorzej niż sceny walki.

Ale zamierzam nadal oglądać filmy o superbohaterach (już czekam na „Doktora Strange’a w multiwersum obłędu”), tyle że bardziej krytycznym okiem i empatycznym sercem. Ten sposób odbioru chcę też wpoić synowi. Przecież mogę zadawać mu te same pytania, które zadaję sobie podczas oglądania. Może nie 41 razy na godzinę, ale kilka na pewno.

REKLAMA