Cyfrowy odpowiednik średniowiecznego motłochu... [Felieton]

Zawsze istniały jakieś płaszczyzny porozumienia: wspólny kod kulturowy, wspólna historia, nauka, nawet sport. Czy one jeszcze nas łączą?

anarchiści, socjalizm, lewica shutterstock.com
Rowan Atkinson, szerzej znany światu jako Jaś Fasola, udzielił niedawno wywiadu, którego fragment warto przytoczyć i zapamiętać. „Głównym problemem jest algorytm mediów społecznościowych, decydujący o tym, jakie treści do nas docierają – powiedział Atkinson. – Skutkiem tego jest uproszczony, zero-jedynkowy obraz świata. Prowadzi to do sytuacji, w której możesz być albo z nami, albo przeciwko nam. A jeśli jesteś przeciwko nam, to zasługujesz na to, by zostać wykreślonym, unieważnionym. Bardzo ważne jest, byśmy mieli dostęp do szerokiego spektrum poglądów”.

REKLAMA

ZOBACZ TEŻ: Czy wolność słowa właśnie umiera?

I dodał: „Zamiast tego mamy do czynienia z cyfrowym odpowiednikiem średniowiecznego motłochu przemierzającego ulice w poszukiwaniu kogoś do spalenia na stosie. Jest to więc straszne dla każdego, kto jest ofiarą takiego tłumu, i budzi moje obawy o przyszłość świata”.

Historia naucza, żeby nie lekceważyć błazna, bo to on często okazywał się najmądrzejszy na dworze i ja na pewno tego nie zrobię. Trzeba jednak pamiętać, że za owym enigmatycznym algorytmem, o którym wspomina Atkinson, stoją jak najbardziej żywi ludzie. To taki cyfrowy odpowiednik „nazistów”, który w magiczny sposób zastąpił jak najbardziej żywych Niemców w nauczaniu historii XX w.

I to właśnie ci żywi ludzie, powieleni w milionach egzemplarzy, organizują np. nagonkę na Roberta Lewandowskiego, którego odznaczył prezydent Duda. Że niby mają prawo manifestować swoje poglądy polityczne? Jasne, że mają, tyle tylko, że bezinteresowna małość i nienawiść to nie jest przejaw poglądów, ale charakteru.

Zaryzykuję zresztą z dużą pewnością wygranej, że zdecydowana większość tego – by zacytować znowu Atkinsona – „cyfrowego motłochu” nie ma żadnych poglądów politycznych i w ogóle o polityce żadnego pojęcia. Świecą odbitym światłem zero-jedynkowego świata swoich mediów, w których panują plemienne reguły tożsamości: albo jesteś za, albo przeciw, a symetrystów się zjada.

PRZECZYTAJ: Konserwatyści kontra liberałowie - czy świat oszalał?

Ten problem nie jest zresztą wyłącznie nasz (stąd zresztą trop w kierunku mediów społecznościowych, które rządzą globalną wioską), bo gdyby Donald Trump odznaczył jakiegoś sportowca lub artystę, pół Ameryki wyłoby z nienawiści. Na szczęście dla nas to szaleństwo ma jeszcze u nas wymiar indywidualny, a nie instytucjonalny. Ot, jeden bałwan z drugim wpiszą najwyżej coś obraźliwego w komentarzu, ale daleko nam jednak do Oregonu, w którym matematyka uznana została za zbyt patriarchalną i opresyjną ze względu na jednoznaczność wyników.

Swoje pięć minut mają też profesorowie z Oxfordu, którzy postulują ograniczenie studiów nad Mozartem i Beethovenem, kompozytorami epoki kolonializmu, wiadomo, i wprowadzenie do zajęć więcej hip-hopu. A inni jeszcze domagają się, by twórczość czarnych pisarzy i poetów nie była tłumaczona na obce języki przez białych, ale wyłącznie przez czarnych. Wygląda na to, że w Polsce trochę zaczekamy na ich twórczość. I to Jaś Fasola miał nas śmieszyć do łez, prawda? Ot, czasy.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA