Chris Pratt – nastawienie do życia to wybór

Chris Pratt zrzucił 16 kilogramów, wyrzeźbił sześciopak i udowodnił wszystkim, że tendencja do nadwagi to nie wyrok, tylko wyzwanie. Teraz kolej na Ciebie. Wstawaj i walcz o lepszą sylwetkę oraz zawodowy sukces. Pomoże Ci w tym odpowiednie nastawienie i kilka sprytnych ćwiczeń.

Chris Pratt FOT. PATRIK GIARDINO, EAST NEWS

Przewiń dalej:

Nowy rozdział kariery

REKLAMA

Zła dieta... pomogła mu w karierze

Trening receptą na sukces

Kluczem jest nastawienie

Zawsze można coś zmienić

Niedziela, popołudnie, Chris Pratt robi pompki. Jednonóż, bo inaczej byłoby nudno. Najpierw 20 na lewą nogę, potem 20 na prawą nogę, w końcu 10 zwykłych, żeby zakończyć 20 sekundami w pozycji do deski. Z głośników leci muzyka country; aktor, nie przerywając ćwiczeń, co jakiś czas podśpiewuje. Tak rozpoczyna się sesja zdjęciowa dla „Men’s Health”.

Od razu widać, że Pratt jest w świetnym humorze. Gdy w oddali słychać policyjną syrenę, aktor odwraca się do swojej asystentki i żartuje, że na pewno jadą po jej źle zaparkowany samochód. Gdy asystent fotografa włącza wiatrak, mówi: „To sekret wszystkich scen płaczu. Patrzysz na wiatrak i starasz się nie mrugać”. Poza tym podciąga nogawkę spodni, żeby pochwalić się blizną, której dorobił się podczas treningu, próbując wskoczyć na zbyt wysoki boks. Humor nie opuszcza go przez całą pięciogodzinną sesję.

Nowy rozdział kariery

Pratt ma powody do radości. W ciągu 2 lat z gościa grającego trzecioplanowe role przerodził się w kasowego aktora, przyciągającego do kin prawdziwe rzesze widzów. Ostatnio mogłeś go oglądać w „Jurassic World”, gdzie walczył z genetycznie zmutowanym dinozaurem. Sądzisz, że to chwilowy przebłysk talentu, a jego gwiazda zaraz zgaśnie? Nic z tego. Już ma zakontraktowane kolejne filmy, i to z udziałem śmietanki Hollywood: Jennifer Lawrence, Keanu Reevesa czy Denzela Washingtona. Wielkie zyski przyszły razem z wielką utratą. Utratą wagi.

W 2009 r. Chris został obsadzony w serialu komediowym „Parks and Recreation”. Epizod, ze względu na jego talent komiczny, przerodził się w całkiem dużą rolę. Co, jak się okazało, miało swoje dobre i złe strony. „Zobaczyłem siebie w jednym z odcinków i niemal w tej samej chwili do głowy przyszły mi dwie myśli – mówi aktor. – »O mój Boże, tyję!«, a zaraz potem: »Cholera, nigdy nie byłem równie zabawny«”.

Problemy z wagą nie wynikały z niepowodzeń czy nieszczęść. Wręcz przeciwnie. „Przez większość życia byłem w dobrej formie fizycznej. Zacząłem przybierać na masie, gdy zakochałem się w kobiecie, która lubi karmić swojego mężczyznę”. Mowa o uroczej Annie Faris, aktorce, znanej między innymi z serii „Straszny film”. „Piliśmy morze wina i dobrze się bawiliśmy. Tyle że ona jadła tylko trochę, a ja pochłaniałem obie porcje” – dodaje Pratt.

Zła dieta... pomogła mu w karierze

Chris nie może zwalać całej winy na żonę. „Moja waga często ulegała wahaniom i zawsze stabilizowała się, gdy wracałem do gymu. Jednak zaproponowałem autorom serialu, że dla lepszego efektu przytyję jeszcze bardziej. Pomysł od razu im się spodobał. Gdy powiedziałem o tym całej obsadzie, zaczął się wyścig z czasem. Jak szybko uda mi się to zrobić? Ile kilogramów przybiorę na wadze?”. Ostatecznie skończyło się na 13,6, co w ogólnym rozrachunku dało prawie 130 kg. „Jadłem trzy albo cztery cheeseburgery podczas każdego czytania scenariusza. Mogłem swobodnie korzystać z cateringu. Szybko stałem się naprawdę gruby”. Chris ma 190 centymetrów wzrostu, dlatego od zawsze wyglądał na dużego gościa. Jednak po hamburgerowej diecie mógł pochwalić się naprawdę okazałą sylwetką. W złym tego słowa znaczeniu.

Nawet jeśli tłuszczyk pomógł Prattowi w rozwoju kariery, wpłynął negatywnie na jego samopoczucie. „Byłem bezsilny, zmęczony, wyczerpany emocjonalnie – wylicza. – Poza tym zacząłem mieć problemy zdrowotne. Ze skórą, sercem, całym organizmem”. Samopoczucie poprawił mu scenariusz „Moneyball”, w którym grany przez Brada Pitta menedżer drużyny bejsbolowej z grupy nieudaczników tworzy zwycięską drużynę. Chris doskonale nadawał się do roli zawodnika z potencjałem i nadwagą.

„Naprawdę dużo wysiłku musiałem włożyć w to, aby dostać się na przesłuchanie – mówi Pratt. – A i tak odpowiedź była krótka i składała się z jednego zdania: >>Brad Pitt bardzo cię lubi, ale jesteś za gruby<<. Pomyślałem, że dam sobie z tym radę. Co tydzień wysyłałem nowe selfie i dzwoniłem do agenta z pytaniem, czy już obsadzili wszystkie role”. I tak jak wcześniej Pratt w szaleńczym tempie tył, tak teraz równie szybko zrzucał zbędne kilogramy. „Codziennie biegałem po 8-10 kilometrów” – mówi, co jesteśmy w stanie pochwalić.

„Żyłem na liściu sałaty oraz proteinowych szejkach” - dodaje, co nam podoba się już zdecydowanie mniej. „Wtedy nie wiedziałem zbyt wiele na temat zdrowego jedzenia. Zrezygnowałem dodatkowo z alkoholu i w sumie w ciągu 6 tygodni straciłem prawie 16 kilogramów! Wysłałem jeszcze jedno zdjęcie i dostałem wiadomość: >>Hej, chcą cię spotkać jeszcze raz<<. Udało się!”.

Trening receptą na sukces

Najpierw Chris zagrał z Bradem Pittem. Potem trafił do obsady filmu „Wróg numer jeden” laureatki Oscara Kathryn Bigelow, opowiadającego o polowaniu na Osamę bin Ladena, gdzie wcielił się w żołnierza jednostki specjalnej. Do biegania dołożył jeszcze pracę z ciężarami i efekty przeszły jego najśmielsze oczekiwania. „Widziałem siebie we »Wrogu« – mówi aktor. – Od razu stwierdziłem, że grany przeze mnie bohater to prawdziwy sukinkot! On by mnie bez problemu zabił! Wcieliłem się w gościa, który jest znacznie twardszy ode mnie. Podobnego zdania byli ludzie, którzy oglądali film. Nawet kumple z SEALs przyznawali, że zrobiłem to dobrze”.

Gdyby to była bajka, miałby już prostą drogę na szczyt. Jednak to jest życie, dlatego potem przyszedł „Wykapany ojciec” z Vince’em Vaughnem. Chris ustanowił wówczas swój osobisty rekord - 133,8 kilograma. „W tym momencie stwierdziłem, że muszę wrócić do formy. Już nigdy więcej nie będę tłusty!” – przyznaje aktor. Koniec z tyciem do roli czy obżeraniem się śmieciowym jedzeniem. Nadszedł czas zdrowego, przyjemnego wysiłku. Szczególnie, że studio przygotowujące „Strażników Galaktyki” potrzebowało gościa, który z jednej strony ma poczucie humoru, a z drugiej udźwignie ogromną produkcję. Chris spełniał oba warunki. Brakowało mu tylko... sylwetki bohatera.

„Gdy byłem gruby i nieszczęśliwy, jedyne momenty wytchnienia przychodziły, gdy jadłem – mówi aktor. – Czułem się świetnie, łykając kolejne kęsy, i tragicznie przez całą resztę dnia. Teraz posiłki są czasami kiepskie. Tak już musi być, gdy jesz zdrowo, ale za to potem czuję się świetnie”.

Kluczem jest nastawienie

Chris Pratt niedawno ukończył swój pierwszy triathlon na dystansie Half Ironman z czasem 7 godzin, 4 minut i 56 sekund. „Moim celem było po prostu dotrzeć do mety” – tłumaczy, po czym najzupełniej szczerze przyznaje, że utrzymanie dobrej formy i jeszcze lepszej sylwetki wymaga – delikatnie rzecz ujmując – pewnych poświęceń.

Po zakończonej właśnie dla MH sesji Chris udaje się do baru, a my w ślad za nim. To taka mała nagroda za cały tydzień ciężkiej pracy, jak przyznaje. Jednak zamiast kilku piw czy wymyślnych drinków zamawia jedynie szklaneczkę whisky. „Wszystko to kwestia samokontroli – tłumaczy. – Jutro już nie będę mógł się napić. Na szczęście jestem gościem, który potrafi sobie z tym poradzić. Pojedyncza szklaneczka nie spowoduje, że nagle zapragnę zrobić sobie wielką libację, aby w końcu napić się porządnie za wszelkie czasy”.

Z alkoholem czy bez, Chris to gość, w którego towarzystwie każdy dobrze się czuje. Jest pozytywnie nastawiony do świata, choć twardo stąpa po ziemi. Można oczywiście powiedzieć, że taki się już urodził, ale to nieprawda.

„Nastawienie to twój wybór – tłumaczy Pratt. – Gdy świetnie się bawisz, nie ma o czym mówić, ale we wszystkich innych przypadkach to już zależy od Ciebie. Możesz zdecydować, czy wychodząc, chcesz zostawiać ludzi zadowolonych. Po prostu wiedz, że Twoje nastawienie jest zakaźne”. Sam musisz zdecydować, czym chcesz zarażać swoich znajomych. To lekcja, którą nagrywamy na dyktafon i zapisujemy w notatnikach – i jesteśmy pewni, że skorzystamy z niej nie tylko pisząc ten artykuł.

Zawsze można coś zmienić

Chris nauczył się tego, gdy miał 19 lat. Często zmieniał pracę, niczego nie planował, nie myślał o pójściu na studia. Gdy nie sprawdził się jako akwizytor, postanowił dołączyć do kolegi, który pracował w restauracji. „Po prostu płynąłem przez kolejne dni, nad niczym się nie zastanawiając – tłumaczy Pratt. – Nie miałem pomysłu, nic mi nie pasowało. Gdybym miał jak najkrócej opisać moje nastawienie do świata z tamtego okresu, musiałbym chyba użyć zwrotu: do bani. Tak było do pewnego dnia...”.

Dzień, który wspomina Pratt, zaczął się zwyczajnie i pewnie tak samo by się skończył, gdyby nie wizyta pewnej niezbyt znanej kanadyjskiej aktorki przygotowującej się do nakręcenia filmu krótkometrażowego. Była pod takim wrażeniem Pratta, że zaproponowała mu małą rolę. W Hollywood.

„Nie do końca jej wierzyłem. – mówi Chris. – Wiedziałem, że mam urok, którym potrafię zaczarować kobietę, ale żeby od razu dostać rolę...”. Młodemu chłopakowi nie pozostało nic innego, tylko się zgodzić. Najpierw przez dwa lata w mieście marzeń z trudem wiązał koniec z końcem i to właśnie wtedy Pratt zmienił swoje podejście do świata.

„Zacząłem wierzyć, że się uda, i po prostu pracowałem ciężko” – mówi. Po jakimś czasie zaczęły wpadać epizodyczne role, coraz więcej i więcej. Co się wydarzyło później, wiesz. „Teraz czas na ciebie. Niezależnie, czy chodzi o zrzucenie kilku kilogramów, czy światową karierę. Przekażcie to waszym czytelnikom” – kończy wywiad Chris. Nie ma sprawy.

REKLAMA