[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Chiny - fabryka mistrzów. Jak szkoli się przyszłych Olimpijczyków?

Każdego roku dziesiątki tysięcy chińskich dzieci zostaje oddzielonych od rodziców i umieszczonych w specjalistycznych szkołach sportowych, w których rozwija się talenty i kształci przyszłych mistrzów świata. Cały świat dyskutuje, na ile etyczne i moralne są te chińskie metody hodowli geniuszy. A oni nic sobie z tego nie robią. I wygrywają. Zastanawiamy się, co z tej chińskiej mądrości moglibyśmy przenieść do naszego świata.

złoty medal Shutterstock.com
Dziewczynka o chłopięcej fryzurze stoi na wieży nad basenem olimpijskim. Ze swojego miejsca może zobaczyć zapierającą dech w piersiach panoramę Barcelony, ale jest zbyt skupiona, żeby podziwiać widoki. Za chwilę odda najważniejszy skok w swojej sportowej karierze. Jest 1992 rok, trwają Letnie Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie. Dziewczynka nazywa się Fu Mingxia, ma 13 lat i właśnie zdobyła złoty medal olimpijski dla Chin. Precyzja jej ruchów jest absolutnie perfekcyjna, co jeszcze dzisiaj możemy zobaczyć na filmach na YouTube.

W Seulu w 1988 roku Chińczycy zdobyli 5 złotych medali. W Pekinie w 2008 r. zgarnęli ich aż 51.

Fu Mingxia to jeden z dowodów na skuteczność chińskiego systemu wyszukiwania i rozwoju talentów sportowych. Fu zaczęła jako gimnastyczka, ale została przeniesiona do klasy skoków do wody, mimo że nawet nie umiała pływać. Po latach opowiadała w wywiadach o skokach ze sznurem przewiązanym w pasie tylko po to, aby trener mógł ją łatwiej wyłowić po każdym skoku. Opowiadała też o tym, jaka była przerażona, gdy po raz pierwszy stanęła na 10-metrowej wieży nad basenem. Ale znała zasady – chiński sportowiec się nie cofa.

Na konferencji prasowej po zdobyciu złotego medalu dziennikarze zapytali Fu o jej życie w sportowej szkole z internatem, czy nie brakuje jej rodziny i bliskich. Jej odpowiedź była długa, a twarz wyrażała silne emocje. Gdy skończyła, chiński tłumacz zwrócił się do dziennikarzy i odpowiedział w jej imieniu krótko: „Nie”.

Chińska zagadka

Naturalnie inne narody bardzo chciałyby powtórzyć chiński sukces, jeżeli chodzi o wyszukiwanie i hodowanie młodych talentów. Mogą mieć różne metody, inne podejście, odmiennie traktować takie sprawy, jak emocjonalne potrzeby dziecka, poszanowanie indywidualnej wolności etc., ale każdy kraj na świecie chce mieć co najmniej jednego medalistę na każdych igrzyskach.

(Sprawdź: Trening ze sztangą. Buduj mięśnie i spalaj tłuszcz z ruchami olimpijskimi)

Mistrzowie są pożądani przez władzę z wielu względów. Z historii wiemy, że absolutnie każdy totalitarny rząd próbował w mniej lub bardziej akceptowalny, z etycznego punktu widzenia, sposób hodować mistrzów. To zawsze był sposób na podniesienie prestiżu na arenie światowej (i pokazanie niedowiarkom, po czyjej stronie jest Moc).

W czasach „zimnej wojny” sport był jedną z aren, na których toczyły się zmagania między blokiem państw komunistycznych a krajami kapitalistycznymi. Był nieco tańszy niż wyścig zbrojeń, ale nie mniej istotny. Cel uświęcał środki. Związek Radziecki w czasach swojej świetności był prekursorem produkcji mistrzów na masową skalę. To tam powstały pierwsze dziecięco- młodzieżowe szkoły sportowe. Nasi czytelnicy już tego nie pamiętają, ale wystarczy zapytać rodziców, w jakich dyscyplinach znienawidzeni radzieccy zawodnicy zdobywali medale.

Łatwiej jest wymienić, w jakich nie (np. w tenisie czy w golfie, bo były to dyscypliny uważane za „burżuazyjne”). Bezlitosne metody przemysłowego chowu medalistów rozpowszechniły się też w innych krajach socjalistycznych. We wschodnich Niemczech na przykład uznaną i sponsorowaną przez państwo metodą było faszerowanie młodocianych zawodników koktajlem z anabolików, sterydów i hormonów. Wszystko finansowane przez hojne państwo. Być może niektórym wydaje się, że te metody to pieśń przeszłości. Okazuje się, że nie.

REKLAMA

REKLAMA

Demokracja i dziurawe sito

Polowanie na czempionów jest również częścią sportowej rzeczywistości w demokratycznych krajach. Sport jest postrzegany jako gałąź, w którą warto zainwestować pieniądze – tak w krajach Zachodu, jak i w Chinach. Trudno jednak opisać ten proces w Polsce, bo wciąż jesteśmy w procesie przemian i reform, a naszą politykę opieki nad młodymi talentami opisał najkrócej w nieparlamentarnych słowach Jerzy Janowicz.

Niemniej bogatsze kraje zachodnie włożyły mnóstwo pieniędzy w naukowe metody wyłaniania mistrzowskiego potencjału. Ale zachodni sposób rekrutacji to sieć o zbyt dużych oczkach. Jeżeli masz szczęście i znajdziesz się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – idziesz do przodu. Ale zbyt wiele talentów wyśliznęło się z systemu tylko dlatego, że nie trafili na odpowiednią osobę albo uprawiali nie tę dyscyplinę, w której mogli najwięcej osiągnąć. Mówi się, że za sukcesami największych zachodnich talentów na ogół stoi pełen poświęcenia rodzic. Tak jest na pewno w tenisie (świat tenisa wiele by stracił, gdyby nie ojciec sióstr Williams czy sióstr Radwańskich).

Jak się okazuje, na kolejnych olimpiadach można włożyć w zawodnika mnóstwo pracy i pieniędzy, a i tak prędzej czy później pojawi się 16-letnia chińska dziewczynka i zgarnie pulę, tak jak Ye Shiwen na igrzyskach w Londynie w 2012 roku w wyścigu pływackim na 400 m stylem zmiennym, która uzyskała czas zbliżony do Michaela Phelpsa. Potem wyszła z wody i bez najmniejszych oznak zmęczenia poszła na konferencję prasową. To jeden z wielu przykładów chińskich sukcesów, które wzbudzają podejrzliwość świata zachodniego.

Ponieważ ci zawodnicy przechodzą przez testy antydopingowe, podejrzewa się ich o wyjątkowo perfidne i zaawansowane, a przez to niewykrywalne metody stymulacji zawodników. Chodzi o genetyczne modyfikacje. Powszechnie uważa się, że chińscy nastoletni pływacy, którzy w 2002 roku skoczyli z dalekich pozycji w rankingu do światowej trzydziestki, mieli genetycznie zmodyfikowane mitochondria (czyli tzw. komórkowe centra energetyczne). Ale tak naprawdę to nie doping czy mutacje genetyczne są najistotniejsze dla chińskich sukcesów. Tu chodzi o całościowy, ściśle kontrolowany i hojnie finansowany przez państwo (przez wielu uważany za złowrogi) system.

REKLAMA

Szyty na miarę

Chiny zaadaptowały i twórczo rozwinęły radziecki model szkolenia sportowców. System wysłuskiwania talentów jest jak wielka ośmiornica – sięga do najdalszych zakątków kraju, w każdej szkole w najmniejszej wiosce może się przecież pojawić ktoś, kto kiedyś w przyszłości przyniesie chlubę ojczyźnie. Nie można sobie pozwolić na marnowanie talentów. Przyszłość Ye została zdeterminowana w przedszkolu, po tym jak wychowawczyni zwróciła uwagę jej rodzicom, że dziewczynka ma bardzo duże dłonie.

W tym momencie ok. 300 tysięcy chińskich dzieci przebywa w specjalistycznych szkołach sportowych. Wiele z tych dzieci zostało oddanych tam w wieku pięciu lat. Rodziców widują raz na kilka tygodni, i to pod warunkiem, że szkoła jest w miarę niedaleko (Chiny to ogromny kraj, a odległości dla Europejczyka – niewyobrażalne). Te najlepsze z najlepszych trafiają do Centrum Narodowego w Pekinie. To ściśle strzeżony ośrodek sąsiadujący ze Świątynią Nieba.

Tu odbywają się treningi w dyscyplinach, na które stawiają Chińczycy – pływanie, skoki do wody, siatkówka, podnoszenie ciężarów, tenis stołowy, badminton, lekka atletyka. W 1988 roku na olimpiadzie w Seulu chińscy zawodnicy zdobyli pięć złotych medali (dla porównania: ZSRR – 55, USA – 36).

Na olimpiadzie w Pekinie w 2008 – wydarzeniu, w które Państwo Środka zainwestowało wszystkie możliwe środki – gospodarze zdobyli już 51 złotych medali i byli pierwsi w klasyfikacji (dla porównania, USA zdobyły 36 złote medale, a Rosja 23). Sukces systemu? Zobaczmy, co się za tym kryje.

Szkoła czy obóz?

W 2005 roku olimpijczyk Matthew Pinsent nakręcił dla BBC dokument o chińskich szkołach mistrzostwa sportowego. Był wstrząśnięty, widząc kilkuletnich chłopców i dziewczynki płaczących z bólu na treningach, padających ze zmęczenia, a mimo to zmuszanych do kontynuowania ćwiczeń. Trenerzy nie mieli dla nich żadnej litości. Pinsent widział ewidentne ślady uderzeń na plecach dzieci. Przez tłumacza zapytał chłopca, czy ktoś go uderzył, a chłopiec tonem, jakby chodziło o najzwyczajniejszą rzecz na świecie, odparł: „Tak, gdy coś robimy źle, jesteśmy bici”.

Drugi chłopiec, przysłuchujący się rozmowie, dodał: „On jest cały czas bity”. „Te dzieci dążyły do tego samego, co ja wiele lat temu – mówi Pinsent. – Ale te metody wydają się być nie do zaakceptowania”. Steve Roush, jeden z byłych szefów amerykańskiego komitetu olimpijskiego, obecnie właściciel firmy zajmującej się rozwijaniem talentów sportowych, ma trochę inny pogląd na tę sprawę. Twierdzi, że dzięki systemowi szansę na edukację i osiągnięcie wysokiego poziomu życia dostaje wiele takich dzieci, które w innych warunkach nawet nie mogłyby marzyć o takim awansie. Wraz z nimi następuje awans społeczny całej rodziny.

Ale także zgadza się z tym, że zabieranie dzieciom dzieciństwa i zmuszanie ich do pracy ponad siły może być kontrproduktywne, bo skutkuje zbyt wczesnym wypaleniem. Chiński system wciąż produkuje mistrzów, ale biorąc pod uwagę wielkość populacji, może nie jest to znowu takie imponujące? Na jednego mistrza przypadają przecież setki, tysiące dzieci, którym się nie udało, a które mają zniszczone życie.

REKLAMA

REKLAMA

Dzieci tygrysicy

Bardzo łatwo potępiać chiński system, przykładając do niego nasze kryteria. A jednak chińskie metody wychowawcze okazują się skuteczne i w innych dziedzinach. Młodzi chińcy muzycy zdobywają laury na światowych konkursach muzyki klasycznej. Chiny zaczynają przodować na świecie, jeżeli chodzi o poziom edukacji, co pokazują najnowsze badania Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA).

Andreas Schleicher, jeden z dyrektorów tego programu, ocenił chińskie osiągnięcia jako "wybitne" i zwrócił uwagę na jeden istotny szczegół – nawet w najbiedniejszych rejonach Chin najokazalszym budynkiem jest szkoła, a nie galeria handlowa – jak w krajach zachodnich.

"Kraj, który dzisiaj wyprzedza nas w nauce, jutro przegoni nas we wszystkim innym" – powiedział Barack Obama i warto sobie zapamiętać te słowa. Może nam się wydawać, że chińskie metody wychowawcze są bezwzględne. Ale warto wziąć do ręki książkę "Bojowa Pieśń Tygrysicy" Amy Chua. To w przystępny i zabawny sposób napisana wykładnia azjatyckiego podejścia do dzieci. Chua, chińska mama, nie może zrozumieć zachodniego pobłażania dzieciom i chwalenia ich za byle co.

"Patrząc, jak amerykańscy rodzice rozpływają się nad marnymi osiągnięciami swoich pociech, takimi jak pomachanie patykiem, zrozumiałam, że chińscy rodzice mają większe ambicje wobec dziecka, a przede wszystkim większą wiarę w jego potencjał". Chiński model wychowania jest absolutnie hierarchiczny: dziecko ma słuchać i szanować rodziców i wychowawców. Rodzice uważają, że:

  1. Nauka jest na pierwszym miejscu.
  2. Szóstka minus to zły stopień.
  3. Dziecko ma wyprzedzać resztę klasy w matematyce o dwa lata.
  4. Nie należy chwalić dzieci publicznie.
  5. Rodzic, nauczyciel czy trener ma zawsze rację.
  6. Dzieci mogą uczestniczyć jedynie w zajęciach, w których jest szansa na zdobycie złotego medalu.
  7. Nie chwalimy za zdolności, tylko za naprawdę, ale to naprawdę ciężką pracę. 

Już widzę przerażone twarze zachodnich rodziców, przekonanych, że ten system unieszczęśliwia ludzi. Ale, niespodzianka!, wśród młodych Azjatów jest mniej przypadków depresji. Dzieci w ten sposób wychowane uczą się brać odpowiedzialność za siebie; uważają, że same są kowalami własnego losu i że sukces zależy od ciężkiej pracy. Może, gdybyśmy spróbowali nauczyć tego nasze dzieci mielibyśmy więcej mistrzów w różnych dziedzinach?

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij