[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Buzkaszi - narodowy sport w Afganistanie

Buzkaszi to w Afganistanie narodowy sport, który stanowi odskocznię od codzienności skażonej niekończącymi się konfliktami. Dzięki niemu młodzi mężczyźni zyskują szansę, by zdobyć pieniądze i sławę. MH wchodzi w sam środek końskiego tumultu, by pokazać Ci od kulis, jak jeźdźcy ścierają się ze sobą według praw niezmiennych od wieków.

buzkaszi
Jest piątek, więc na zaśnieżonych równinach na północ od afgańskiej stolicy, Kabulu, gromadzą się tłumy widzów, oczekujących rozpoczęcia rozgrywek buzkaszi. To narodowy sport, w którym jeźdźcy starają się przejąć kontrolę nad 50-kilogramowym ciałem martwego zwierzęcia pozbawionym głowy. Korpus jest nie tylko ciężki, ale też niestabilny – manewruje się nim więc trudniej niż piłką do rugby. Wraz z rosnącą dominacją talibów każde wydarzenie gromadzące masy ludzi to potencjalna okazja do przeprowadzenia ataku terrorystycznego.

ZOBACZ TEŻ: Afrykańscy wojownicy - boks w tumanach kurzu

Dlatego uzbrojeni mężczyźni z przewieszonymi przez ramię kałasznikowami obserwują wyładunek koni z ciężarówek. Odwracają się, kiedy Abdulhaq Chrik, jeden z czołowych jeźdźców w kraju (nazywanych tu chapandazan), dumnie przejeżdża obok nich na przerażająco wyglądającym koniu, któremu para unosi się z prychających nozdrzy. Kiedy sezon letnich walk zbrojnych zamiera, Afgańczycy przekierowują swoją uwagę na buzkaszi, które również jest formą walki. Słowo to w języku perskim oznacza dosłownie „wyszarpywanie sobie kozy”, ale obecnie częściej używa się cieląt, ponieważ są cięższe, a także trudniej je stratować lub rozerwać.

Zasady są proste – jeźdźcy muszą poderwać korpus cielaka z ziemi i, unikając przeciwników, okrążyć flagę i wrzucić mar twe ciało w „bramkę”, zwaną kręgiem sprawiedliwości. Przeciwnicy mogą robić (i robią) prawie wszystko, aby temu zapobiec. Wprawdzie gra jest zazwyczaj rozgrywana bez formowania się drużyn, jednak czasami zawodnicy tworzą je po to, żeby zdobyć przewagę. Buzkaszi wymaga zręczności i wytrzymałości (głównie na ból), a jego nieprzewidywalność odzwierciedla istotę afgańskiego życia oraz jest metaforą dla niestabilnej sytuacji politycznej kraju.

PRZECZYTAJ: Kun Khmer - tak walczy się w Kambodży

Wiele meczów jest sponsorowanych przez komendantów lokalnych milicji. W latach 70. poprzedniego stulecia buzkaszi było wspierane przez rząd centralny, a drużyny jeźdźców rywalizowały według bardziej sprecyzowanych zasad na specjalnie w tym celu zbudowanych stadionach. W latach 80., podczas sowieckiej interwencji w Afganistanie, wielu zawodników musiało porzucić sport i wstąpić do armii. Przerwa ta trwała aż do pokonania reżimu talibów w 2001 roku. Wtedy to lokalni watażkowie wspierani przez USA i NATO zaczęli wykorzystywać przekazywane im na rekonstrukcję kraju miliardy dolarów na odbudowanie tradycji buzkaszi, która miałaby im pomóc we wzmacnianiu własnej pozycji.

Ku chwale

Abdul Rashid Dostum, przywódca wojskowy uzbeckiego pochodzenia i wiceprezydent Afganistanu, jest jednym z tych, którzy budzą największy lęk. W jego północnej twierdzy używa sportu, by zwiększać swoje wpływy. Sponsoruje drużynę czołowych jeźdźców, której udostępnia nowoczesne obiekty sportowe i stajnię z około pięćdziesięcioma końmi z importu. Zawodnik wygrywający w organizowanych przez niego rozgrywkach może zarobić dziesiątki tysięcy złotych w ciągu jednego dnia lub odjechać do domu nowiutkim samochodem. Czasami jednak zdarza się, że największą atrakcją wydarzenia jest wybuchowy charakter Dostuma.

W 2016 roku został oskarżony o napad i porwanie jednego z rywali podczas meczu. Rzekomo groził też, że użyje go jako cielaka do grania. Tego zimowego popołudnia, kiedy przyglądam się grze, atmosfera w Kabulu jest na szczęście mniej napięta, ale duch rywalizacji jest równie silny. W kraju, w którym średni roczny dochód wynosi 1500 zł, perspektywa zarobienia w jeden dzień takiej kwoty (albo nawet większej) to istotna motywacja dla takich zawodników, jak Chrik, który dorastał w biedzie na wsi w prowincji Baghlan.

To oczywiście nie wszystko, bo liczy się też ogromny prestiż, jaki sukces odniesiony w buzkaszi przynosi jeźdźcom ze względu na afgańską kulturę, w której niezwykle ceni się odwagę. Dla fanów rozgrywki są sposobem na oderwanie się od trudów codzienności. „W Afganistanie, jednym z najbiedniejszych krajów świata, targanym ciągłymi konfliktami, buzkaszi jest formą ucieczki” – tłumaczy szwedzki fotograf Casper Hedberg. Na początku rozgrywki Chrik unosi truchło i chłosta swojego konia, Zarda, aby ten wszedł w galop. Przyspieszając, zawodnik musi wepchnąć sobie cielaka pod nogę, aby nikt mu go nie odebrał, a dodatkowo musi odchylić się w przeciwnym kierunku, aby zrównoważyć jego ciężar.

To wyczyn, który wymaga dużej siły i koncentracji. Po 200 metrach szalonego pędu objeżdża powiewającą na wietrze zieloną flagę i zawraca w kierunku grupy, składającej się z tuzina innych jeźdźców, blokujących mu drogę do celu. Z batem w zębach Chrik przemyka się przez tłum i wrzuca cielaka w środek koła narysowanego na śniegu, wzbudzając tym głośny aplauz fanów. Zdobywa nagrodę wyznaczoną za tę rundę – 350 złotych.

REKLAMA

REKLAMA

Historia przemocy

Nikt dokładnie nie wie, jak powstało buzkaszi, ale historycy spekulują, że wywodzić się może z treningu hord mongolskich Dżyngis Chana, siejących spustoszenie na azjatyckich stepach na przełomie XII i XIII wieku. Obecnie sport jest uprawiany w całym regionie. W Kazachstanie znany jest jako kokpar, a wygrana wymaga umieszczenia cielaka na podwyższeniu usypanym z ziemi. W zachodniej części Chin jako obciążenie służy korpus jaka. W Afganistanie rozgrywka jest narodową obsesją.

Od listopada do marca mecze odbywają się co piątek, po wieczornych modłach, i trwają około dwóch godzin (lub do wyczerpania zapasu martwych cielaków). Chłodna pora roku sprawia, że konie się nie przegrzewają . Gdy jest cieplej, zawodnicy, których na to stać, zmieniają konie w trakcie meczu, co daje im oczywistą przewagę. Większość grających w ciągu dnia pracuje jako rolnicy lub mechanicy, ale równocześnie cały rok trenują, aby zachować sprawność i siłę potrzebną do kierowania 450-kilogramowym koniem pod ciągłą presją ze strony rywali.

Ich reżim treningowy obejmuje podnoszenie ciężarów, podstawowe ćwiczenia z masą własnego ciała i bieganie na długich dystansach, budujące wytrzymałość. Dieta jest równie ważna – wielkie półmiski tłustego ryżu i kebabu to podstawa diety każdego zawodnika. Niektórzy uzupełniają dietę odżywkami białkowymi, dostępnymi, od kiedy siły zbrojne zachodnich państw przyjechały walczyć z talibami. Inni preferują gorące mleko z miodem i surowym białkiem jajka. Dobre konie są pożądane prawie tak samo, jak dobrzy jeźdźcy.

Najlepsze importuje się z Kirgistanu i mogą kosztować nawet 250 tysięcy złotych (a krążą opowieści, że poprzedni wiceprezydent Afganistanu i zapalony fan buzkaszi, Mohammed Fahim, zapłacił kiedyś za rumaka 350 tysięcy złotych). Właściciele dbają o konie jak o członków rodziny. Są karmione pełnym ziarnem, trzymane w ogrzewanych pomieszczeniach i trenowane codziennie przez specjalnych trenerów. „Tylko mój bankier i ja wiemy, ile mam pieniędzy, ale każdy wie, jakie mam konie” – mówi jeden z prominentnych właścicieli drużyn buzkaszi. W tej dyscyplinie styl jazdy zawodnika zależy od jego postury i wielkości konia.

Większość woli wysokie rumaki, ponieważ pozwalają im przebić się przez tłum i rozpychać się, będąc w jego środku. Jednak z drugiej strony może to stanowić utrudnienie, kiedy zawodnik chce się schylić i chwycić cielaka, będąc otoczonym przez innych jeźdźców. Wtedy używają techniki zwanej chakka-gir, czyli „kradzież z ręki”. Trzeba uchwycić moment, kiedy rywal unosi cielaka z ziemi, idealnie zgrać się z jego ruchem i wyszarpnąć mu trofeum z ręki. Technika ta została rozsławiona przez Gulbuddina, który w Afganistanie jest tak znany, że wszyscy używają tylko jego pierwszego imienia. Reputację zdobył w Mazar-e-Sharif – „bastionie buzkaszi”.

Jest Pasztunem, który osiągnął rzadki status – ma fanów wśród wszystkich grup etnicznych zamieszkujących Afganistan. Gdy po raz pierwszy w wieku 10 lat wsiadł na konia, spadł i rozbił sobie głowę. Mając 15 lat, zaczął startować w zawodach odbywających się w jego rodzinnej wiosce, by w końcu dotrzeć do Mazar-e-Sharif. Tam pewien bogaty biznesmen zaproponował mu starty w swojej drużynie – na czarnym ogierze, którego nikt wcześniej nie był w stanie okiełznać. To właśnie ten koń, Qara, stał się jednością ze swoim panem.

Widząc zbliżającą się parę, wielu jeźdźców wolało upuścić cielaka, niż przeżyć upokorzenie związane z jego odebraniem. Gulbuddin twierdzi, że zarabiali razem ponad 100 tysięcy złotych rocznie. Jednak sukces w tym sporcie ma także ciemne strony. Wśród wielu tadżyckich watażków wzbudzało to zazdrość i podczas jednego z meczów rozkazano mu nie dotykać cielaka. Gdy nie posłuchał i zaryzykował, pobito go i zaczął otrzymywać pogróżki. Wtedy się wycofał.

Niektórzy jeźdźcy szukają obecnie sławy i pieniędzy gdzie indziej – afgańska drużyna buzkaszi brała udział w World Nomad Games – imprezie sportowej na kształt olimpiady, odbywającej się co dwa lata i obejmującej tradycyjne dyscypliny sportowe narodów Azji Centralnej. W 2016 roku w Kirgistanie drużyna afgańska zdobyła szóste miejsce. Nie najgorzej, biorąc pod uwagę fakt, że liczyła zaledwie czterech jeźdźców, podczas gdy inne miały ich po dwunastu, oraz to, że kirgiska odmiana tego sportu różni się zasadami od afgańskiej.

REKLAMA

Wyższe cele

Chrik musiał walczyć, aby jego marzenia o buzkaszi się spełniły. Kiedy pod koniec lat 90. talibowie mocno trzymali się u władzy, uciekł z domu do Doliny Pandższeru – bazy ruchu oporu zarówno wtedy, jak i wcześniej, w czasie okupacji sowieckiej. To piękne i trudno dostępne miejsce pozwalało kultywować tradycję mimo zakazów talibów, więc Chrik mógł ćwiczyć jeździeckie umiejętności. Dopiero gdy rządy talibów się skończyły, mógł wrócić do stolicy i walczyć o sławę. Jednak widmo wojny nie całkiem zniknęło.

Ponownie rosnące w siłę oddziały islamskich ekstremistów kontrolują duże połacie kraju, a w zamachach w stolicy zginęły setki ludzi. Ponieważ państwa zachodnie wycofują z Afganistanu swoje siły zbrojne i pieniądze, wzrasta ryzyko wybuchu kolejnej wojny domowej. A Chrik modli się, żeby to nigdy się nie wydarzyło. Na szczęście narastająca przemoc nie zniechęca nowego pokolenia adeptów buzkaszi. Dzisiejsze rozgrywki dobiegają końca – widownia rozchodzi się, a konie są wyprowadzane z pola bitwy. Młodzi amatorzy jeździectwa – Abdul Whazir i jego brat Jawad – pakują konia, Toroqa, na pakę rodzinnej ciężarówki, żeby wyruszyć w prawie 130-kilometrową podróż do domu w prowincji Pandższir.

Podróżują tak co tydzień, inni – mający bliżej – wracają do domu na koniach. Zakir Mohammad Zaman, nastoletni syn rodziny sponsorującej Chrika, obserwuje, jak jego idol zsiada z konia. Trzech jego braci również uprawia ten sport. Chłopak towarzyszy Chrikowi w każdym starcie w Kabulu i spędza każdą wolną chwilę przy koniach – jeździ na nich, trenuje je i uczy się różnych trików od starszych jeźdźców. Wyznaje, że buzkaszi to jego życie. Marzy, by zostać tak sławnym zawodnikiem, jak Chrik, i nie jest w tym odosobniony. W kraju, znajdującym się w rozkroku między starym i nowym porządkiem, oszałamiającym pięknem i brutalną przemocą, urok buzkaszi jest czymś niezmiennym.  

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij