[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ

Arnold Schwarzenegger i nowy Terminator, czyli jak być w formie, mając 70 lat

Arnold Schwarzenegger może mieć „70” na karku. Może też nadal dokopać każdemu młodziakowi na ekranie, co udowadnia w najnowszym „Terminatorze”.

Chociaż umówiłem się z twórcami nowego „Terminatora” na zwykłą turystyczną przejażdżkę z Santa Monica do Venice, Schwarzenegger mknie z determinacją kierowcy ambulansu, nie zważając na czerwone światła czy znaki stopu. Bez kasku i bez mrugnięcia okiem mija policyjny radiowóz, żeby zniknąć nam z oczu za zakrętem. Nie mamy szans dogonić 72-latka, który nawet nie wydaje się specjalnie dociskać pedałów. On po prostu nigdy nie zwalnia.

Rola życia

Pierwszy „Terminator” wyszedł 35 lat temu. Arnold był już wtedy znanym kulturystą i naoliwkowanym ekranowym uosobieniem Conana Barbarzyńcy. To jednak postapokaliptyczny film młodego wtedy reżysera Jamesa Camerona uczynił go ikoną popkultury. Rola pozbawionego emocji androida T-800 ewoluowała w czasie, zupełnie jak kariera Schwarzeneggera. W pierwszym filmie był bezlitosną maszyną do zabijania, wysłaną z postapokaliptycznej przyszłości, aby zgasić wszelką nadzieję.

Ten groźny image przylgnął do niego na kilka dobrych lat. Schwarzenegger przyznaje zresztą, że – o dziwo – to właśnie brak człowieczeństwa przysporzył bohaterowi taką sympatię fanów. „Ludzie podziwiali go, bo mógł zrobić wszystko, do czego oni chcieliby być zdolni – wyjaśnia. – Kto nie miał kiedyś ochoty zmieść komisariatu z powierzchni ziemi, jak zrobił to T-800? W trakcie małego testu pokazaliśmy tę scenę 50 policjantom. Wszyscy klaskali w momencie zniszczenia komisariatu, bo nie zrobił tego złośliwy człowiek, tylko wykonująca zadanie maszyna”. Ale postać ewoluowała.

Milszy, łagodniejszy T-800 w „Terminatorze 2: Dzień sądu” z 1991 roku – przeprogramowany na ochronę niewinnych i wyszczekujący chwytliwe teksty w stylu „Hasta la vista, baby” i „Chillout, dickwad” – był podobny do pozytywnych, komediowych postaci odtwarzanych przez Arnolda w „Bliźniakach”, „Gliniarzu w przedszkolu” czy „Juniorze”. W tegorocznym „Terminatorze: Mroczne przeznaczenie” T-800, tak jak prawdziwy Schwarzenegger, ma śnieżnobiałą brodę i zmarszczki na twarzy.

Nowy Terminator...

...też jeździ furgonetką, reaguje na imię „Carl” i łączy siły z Sarah Connor (Linda Hamilton, powracająca po raz pierwszy od T2). Tim Miller, reżyser „Mrocznego przeznaczenia”, mówi, że z chwilą, gdy Schwarzenegger zgodził się wziąć udział w realizacji filmu, wiadomo było, że T-800 będzie w jego realnym wieku. „Byłem pewien, że nie chcę robić cyfrowo odmłodzonego Arnolda – zapewnia.

– Chciałem pokazać, co to znaczy być herosem w pewnym wieku. Uwielbiam styranych bohaterów, którzy mimo trudności starają się podołać bo kiedy stanę na planie przed Schwarzeneggerem, będę chciał, żeby naprawdę poczuł w moim bohaterze przeciwnika. Nie mógł pomyśleć na mój widok: »Mógłbym zgnieść tego gostka jednym palcem «”.

Dzięki determinacji Luny i pomysłowi Millera zaawansowana sztuczna inteligencja w postaci Rev-9 jest bardziej ludzka od człowieka. „Chcieliśmy, by nowy cyborg w jednej chwili był zabawnym gadułą, a w kolejnej przybierał spojrzenie ku***sko niebezpiecznego zabójcy. Gabriel robi to świetnie”. Dotąd obojętny na naszą rozmowę Arnold nagle zwraca się do Gabriela: „Poczekaj, jak to wychowałeś się na moich filmach? Z którego ty właściwie jesteś roku?”. „Osiemdziesiątego drugiego” – odpowiada rozbawiony Luna.

„Osiemdziesiąty drugi – Schwarzenegger przeciąga sylaby, powtarzając jakby do siebie. – Tego roku wyszedł Conan”. Okazuje się, że kiedy Gabriel chwytał swój pierwszy oddech, Arnold pewnie promował swój debiutancki film w Niemczech. A teraz ten o połowę młodszy gnojek próbuje spuścić mu wciry w nowym filmie. Luna przyznaje jednak, że mimo ogromnego doświadczenia Arnold nie próbował narzucać mu się z radami na temat tego, jak zagrać śmiercionośnego cyborga.

„Tylko raz, na siłowni, zapytałem go, czy ma dla mnie jakieś uwagi – opowiada Luna. – Ale odpowiedział, że powinienem stworzyć tę postać sam. Kiedy nie dawałem za wygraną, doradził mi tylko, żeby wszystko, co robię, wyglądało na pozbawione wysiłku. Na przykład kiedy cyborg strzela, robi to automatycznie, z biodra, nie musi opuszczać wzroku, bo celownik ma w oku. To była naprawdę cenna rada”. Ale Schwarzenegger nie słyszy pochwały, pędząc znowu w kierunku jakiegoś budynku – to legendarna siłownia Gold’s Gym. Dzięki Bogu przy drzwiach gwiazdor pozwala nam wreszcie zsiąść z rowerów.

REKLAMA

REKLAMA

W swoim raju

Nigdy nie wchodziłem do katolickiej świątyni jako członek papieskiego orszaku, ale wkroczenie do Gold’s Gym u boku Arnolda Schwarzeneggera wydaje mi się zbliżonym doświadczeniem. Chociaż aktor ma na sobie zwykły szary T-shirt, niebieskie szorty i sneakersy, to i tak odwracają się za nim wszystkie głowy. W końcu to ten sam Arnold, który w latach 60. zaczynał tu swoją karierę. Buff , młody recepcjonista, wychodzi zza swojego komputera i z pytającym wyrazem twarzy przybiera kulturystyczną pozę. Schwarzenegger z uwagą przygląda się chłopakowi i rzuca słowa zachęty: „Tak! Zegnij kolano! Jesteś tu najbardziej umięśniony!”.

Wieczorem Schwarzenegger trenuje w domu, ale kiedy jest w mieście, woli poćwiczyć rano w Gold’s. Lubi tłum i jego energię. Wita się i rozmawia z innymi bywalcami, jakby był po prostu kolejnym dziarskim staruszkiem z hollywoodzkiej siłowni. Każdy ma szansę porozmawiać ze Schwarzeneggerem oko w oko – bo ten gość nie spuszcza z ciebie wzroku, dopóki nie skończycie gadać.

„Chociaż mógłby stawiać się na piedestale, stara się rozmawiać z innymi jak równy z równym – wyjaśnia Luna. – To rozbraja medialną bańkę wokół niego”. Luna i Rauter – 50-letni dubler Arnolda – przechodzą do innej sali potrenować martwy ciąg. Schwarzenegger zostaje z tyłu i zaczyna ćwiczyć na maszynie do podciągania na drążku. W 2012 roku przeszedł operację barku i odstawił wolne ciężary na rzecz maszyn. Ta jest jego ulubioną. Schwarzenegger przeszedł też operację stawu biodrowego i kolana, a w zeszłym roku wymieniono mu sztuczną zastawkę w sercu. Gdy patrzę, jak przechodzi od jednej maszyny do drugiej, widzę ciężkość w jego ruchach.

Nic dziwnego: nawet T-800 jest na zewnątrz zbudowany z żywej tkanki, a żywa tkanka się starzeje. Z bliska opalona skóra na bicepsach Arnolda jest mocno pomarszczona, gdy jednak zaczyna się on podciągać, lata wydają się cofać, ciało nabiera sprężystości, a mięśnie czerpią siłę z jakiegoś nieznanego mi źródła. Facet naprawdę ma krzepę. I choć wydaje mi się, że jest w tej chwili skupiony wyłącznie na sobie, nagle przywołuje mnie: „Teraz twoja kolej!”. Chwytam więc za drążek i pociągam w dół, ale natychmiast słyszę: „Nie!” i czuję jego chłodne, suche dłonie na swoich nadgarstkach. Były kulturysta fachowo przesuwa moje ręce dokładnie tam, gdzie powinny chwytać za maszynę. Chyba wreszcie nauczyłem się właściwie podciągać, bo jeszcze dwa dni po spotkaniu tricepsy paliły mnie nawet przy próbie spisania wywiadu.

REKLAMA

Zawsze pierwszy

 O 7.45, po godzinie ćwiczeń i kilku starych austriackich żartach Schwarzeneggera i Rautera, postanawiamy, że pora już iść. Ale w recepcji fan Arnolda znów chce pochwalić się swoimi kulturystycznymi umiejętnościami. Niestety, tym razem poza go przerasta, a Schwarzenegger nie zamierza tego ukrywać.

„Dramat!” – krzyczy. Sam staje przed lustrem, napina mięśnie w jakimś dziwnym ułożeniu i przed naszymi oczami zmienia się w Conana Barbarzyńcę. Brakuje mu tylko miecza i oliwki na klacie. Gość z recepcji gapi się w osłupieniu, a Rauter w geście rezygnacji kiwa głową i mówi: „Tak jest za każdym, k***a, razem, gdy gdzieś z nim wychodzisz”. Wreszcie wsiadamy na rowery i pędzimy na śniadanie – a raczej Arnold pędzi, a my próbujemy go dogonić i nie dać się przy tym zabić, przejeżdżając za nim na czerwonych światłach.

„Ten człowiek ma potrzebę bycia pierwszym, jak chyba żaden inny na świecie” – mówi rozbawiony Luna. Kilka minut później dołączamy do siedzącego już przy stole Arnolda, który czeka na śniadanie w prywatnej sali restauracji Fairmont Miramar. Siadam obok i pytam, czy żądza rywalizacji towarzyszy mu jeszcze od czasów pierwszych treningów w Gold’s.

„A ja mam żądzę rywalizacji? – pyta zdziwiony Arnold, po czym wszyscy wybuchają śmiechem. – Nie czuję, żebym zawsze musiał wygrywać” – wyjaśnia niewzruszony. „Tylko lepiej nie grać z tobą w szachy!” – krzyczy z drugiego końca stołu Rauter, po czym zwraca się bezpośrednio do mnie: „Możesz z nim wygrać sześć partii z rzędu, ale jeśli przegrasz ostatnią, i tak będzie uważał się za zwycięzcę”. Dubler obniża głos i parodiuje austriacki akcent Schwarzeneggera: „You leave da house as a loosah. I’m da winnah”.

„Takie są zasady – mówi spokojnie Arnold. – Przegrywasz ostatnią partię, przegrywasz całą grę”. Po czym dodaje, oczywiście nie żeby się chwalić, że w tej chwili i tak wygrywa w ostatecznym rozrachunku 193 do 145. „Ale to nie przez moją dobrą grę – mówi z zadziornym uśmiechem do Rautera. – Po prostu ty jesteś słaby”. Na szczęście w tej chwili na stół wjeżdżają kosze słodkiego pieczywa. Schwarzenegger od razu zamawia herbatę i rzuca się na croissanty z czekoladą. Z pełnymi ustami wyjaśnia, że zdrowie psychiczne, które zapewnia mu rozsądna dawka słodyczy, jest równie ważne jak fizyczna forma organizmu.

„A wracając do tematu współzawodnictwa – mówi, gdy większość śniadania znika ze stołu. – Wydaje mi się, że po prostu zawsze potrzebuję treningowego partnera. Obecność innych mnie motywuje. Na planie też szukam kogoś, z kim mogę omówić sens sceny, powtórzyć kwestie... Gabriel jest świetnym towarzyszem i wydaje mi się, że nasza relacja nie ma w sobie pierwiastka rywalizacji”. Pytam więc, czy Arnold widzi w jakichś aktorach młodego pokolenia postać, która mogłaby, jak on, na długo zapisać się w historii hollywoodzkiego kina akcji. „Na pewno nie można ignorować The Rocka – odpowiada bez chwili zastanowienia.

– Robi świetne filmy, które zarabiają krocie. Facet ma na koncie chyba ze 2 miliardy dolców”. Dalej wspomina Leonarda DiCaprio i Brada Pitta. Ale zastrzega, że nie chce porównywać innych do siebie. Przecież – jak sam zapewnia – nie zależy mu, żeby być we wszystkim najlepszym...

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij