Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.2

Świat według penisa: widok z lotu ptaka

Wśród kobiet panuje przekonanie, że ośrodek decyzyjny mężczyzn znajduje się nie w głowie, lecz dużo niżej – w rozporku. To przesada, ale można zaryzykować stwierdzenie, że jegomość tam zamieszkujący ma wiele do powiedzenia. Oto życie faceta z perspektywy penisa. 

Penis, erekcja fot. shutterstock.com
Nie pamiętam swoich narodzin. Ale z opowieści ojca wiem, że po pierworodnej córce czekał na syna. 40 lat temu faceci nie garnęli się jeszcze tak ochoczo do sali porodowej – ograniczali się raczej do stania za oknem porodówki z wiechciem goździków i oddechem zalatującym alkoholem.

Sala porodowa było zarezerwowana da kobiet. Mężczyzna musiał uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż w końcu jakaś pielęgniarka zechce mu odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: chłopak czy dziewczynka? W moim przypadku okazało się, że chłopak. Rodzaj męski. Młody samczyk. A po czym to poznano? Nie po zdolnościach matematycznych, nie po niskim głosie, nie po szerszych barkach ani po wąsie. Poznano to po penisie.

To ten jeden, niewielki jeszcze wówczas wyrostek między nogami określa naszą męskość. I tak już zostaje. Na długo, najczęściej na całe życie. Różne rzeczy są dla nas ważne, wymyślamy teorie i najdziwniejsze maszyny, przejmujemy się losem narodów i planet, budujemy domy, zdobywamy szczyty i pozycje, a mimo to, jeśli się dobrze przyjrzeć, na pierwszym miejscu naszych zainteresowań i tak znajduje się nasz penis.

Henryk VIII dla niego zmienił wyznanie całemu narodowi, miliony facetów porzucają przez niego swoje dzieci, setki tysięcy wylądowały w więzieniu, dziesiątki milionów zamartwiają się codziennie jego wielkością, stanem, sprawnością i zdrowiem. Ja również należę do tej ostatniej grupy.

A Ty? Statystyka pozwala zaryzykować zdanie, że Ty też. Według badań uczonych z Porterbrook Clinic and Royal Hallamshire Hospital, którzy sprawdzali, jak faceci sami oceniają swoją wielkość, co drugi facet martwi się, że jego penis nie jest wystarczająco duży. Ale do wielkości członka jeszcze dojdziemy.

Na razie jestem noworodkiem i mój penis ma mniej więcej od 2,5 do 5,5 cm długości. Ile dokładnie? Nie wiadomo, rodzice chyba się tym nie przejmowali. Wystarczyła im świadomość, że jest, a więc że jestem materiałem na przyszłego męża i ojca, oby synów. Żeby nazwisko zostało zachowane. Moja przygoda z penisem dopiero się zaczynała.

Co z tym napletkiem?

Siusiak, bo tak nazywała go moja mama, służył mi praktycznie przez całe dzieciństwo wyłącznie do sikania. Owszem, czasami przydawał się również w rywalizacji, kto wyżej nasika na mur. Wtedy też odkryłem, że aby sikać wyżej, wystarczy lekko ścisnąć ujście cewki moczowej.

Przy okazji zauważyłem też, że skórkę na końcu siusiaka można odsunąć, a wtedy ukazuje się dziwna czerwona kulka. Hm... Tzn. mi się ukazywała, a mojemu koledze z podwórka – Tomkowi – niekoniecznie. Podpatrzył mój sposób i chciał pobić mój rekord, ale okazało się, że nie jest w stanie odsłonić żołądzi (wtedy jeszcze oczywiście nie wiedziałem, że tak się nazywa ta ukryta pod napletkiem część).

Dziś wiem, że nie on jeden zmagał się z tym problemem. Ze stulejką mamy do czynienia wtedy, gdy napletek nie daje się całkowicie odsunąć z żołędzi. I o ile w dzieciństwie nie ma to większego znaczenia, o tyle w życiu dorosłym może stanowić spory kłopot, zwłaszcza w sypialni, czasami wręcz uniemożliwiając odbycie normalnego stosunku.

U małych dzieci do 3 lat napletek może być przyklejony i taki stan jest fizjologicznie prawidłowy. Nie powinno się też wtedy próbować odsuwać napletka na siłę, bo można spowodować jego pęknięcie. Jeśli po 3. roku nadal nie chce się odsunąć, też nie ma się czym specjalnie przejmować.

Zdaniem dra J. S. Huntleya, chirurga dziecięcego z Royal Hospital for Sick Children, niemożliwość całkowitego odprowadzenia napletka jest zazwyczaj fizjologiczna i o ile występuje u połowy dzieci do 1. roku życia, o tyle w wieku lat 3 już tylko u 10%, a w wieku lat 17 – zaledwie u 1 procenta. Wszystko wskazuje więc na to, że najlepszym lekarstwem na stulejkę jest czas.

Jeśli jednak skończyłeś 18 lat i nadal nie możesz odprowadzić napletka, idź do urologa, bo może trzeba będzie zrobić zabieg, który uwolni najsilniej unerwioną część penisa, czyli żołądź. Warto, bo to właśnie żołądź jest największym dostawcą przyjemności.

Pierwsze erekcje

A propos przyjemności – o tym, że mój siusiak ma też jakieś inne zastosowania, dowiedziałem się w okolicach 13. roku życia. Wtedy właśnie erekcje zaczęły się pojawiać nie tylko rano. Pojawiały się już wcześniej, oczywiście. Właściwie odkąd pamiętam, budziłem się z „namiotem” w spodniach od pidżamy.

Traktowałem to jednak jedynie jako sygnał, że pora iść do łazienki. I faktycznie, coś w tym jest. Jak wynika z badań ciekawskich uczonych, którzy nie spoczną, aż nie zbadają wszystkiego, przeciętny, zdrowy mężczyzna ma od 3 do 5 erekcji podczas snu. I wcale nie wszystkie erekcje podczas snu to efekt erotycznych snów.

Większość jest czymś w rodzaju sprawdzania układów. Mechanizm nocnych mimowolnych erekcji nie jest jeszcze ostatecznie poznany, wiadomo jednak, że jedną z przyczyn tych wzwodów jest podrażnienie nerwów odpowiedzialnych za wypełnienie krwią ciał jamistych przez wypełniony pęcherz.

Ja już we wczesnym dzieciństwie odkryłem tę prawidłowość. Pod koniec podstawówki zauważyłem jednak jeszcze jedną zależność. Że gdy widzę moją nauczycielkę chemii, panią S. (była tuż po studiach i nosiła się swobodniej niż reszta nomen omen ciała pedagogicznego), mój penis rośnie, chociaż wcale nie chce mi się siku.

Raz ta niesforność moich klejnotów kosztowała mnie nawet ocenę niedostateczną. Pani S. chciała, bym podszedł do tablicy, żeby coś obliczyć. Ja potrafi łem to zrobić, ale... nie mogłem wstać, gdyż w luźnych spodniach, jakie wtedy miałem na sobie, nie udałoby się ukryć krępującego wybrzuszenia. Wolałem więc udawać głupiego.

Po części zresztą wcale nie musiałem udawać, ponieważ, jeśli chodzi o „te sprawy”, byłem całkiem głupi, nie wiedziałem dosłownie nic. Nie było jeszcze internetu, w latach 80. telewizja nie epatowała seksem, a rodzice nie zamierzali nas uświadamiać. W tej dziedzinie dzieci musiały się zdać na zazwyczaj starszych kolegów.

W moim przypadku było odwrotnie. To moi dwaj młodsi koledzy, bracia bliźniacy, wprowadzili mnie w podstawy życia seksualnego. Ojciec chłopaków jeździł do RFN-u i przywoził stamtąd również gazetki pornograficzne. Chłopakom sprytnie udało się je zwędzić staremu, co bardzo podniosło ich notowania w towarzystwie.

Za niewielką opłatą proponowali wspólne oglądanie „świerszczyków”. Te tajne komplety odbywaly się w szkolnej toalecie. Tam właśnie eksperymentalnie przekonałem się, że nie tylko siusianie, ale również widok nagiej kobiety powoduje erekcję. Wtedy też ci moi młodsi koledzy uświadomili mi, jak można sobie sprawić przyjemność samemu. Dzięki, chłopaki. 

Masturbacja

Końcówka podstawówki upłynęła mi więc pod szyldem samogwałtu. Tak to wówczas nazywano, powodując potworne wyrzuty sumienia u niemal wszystkich chłopców, którzy nie potrafili się powstrzymać przed rozładowywaniem napięcia, ale nikt im nie mówił, że to zupełnie naturalne. W tym również moich wyrzutów sumienia.

Wielokrotnie próbowałem zerwać z tym, jak go wówczas postrzegałem, nałogiem. Bez skutku. I znowu, nie ja jeden. Według badań Kinseya, do masturbacji przyznaje się 92% mężczyzn. A pozostałe 8%? Nie wiadomo. Być może faktycznie nigdy tego nie robili, ale może też być tak, że po prostu się nie przyznają.

A masturbacja przynosi wiele korzyści. Po pierwsze, pozwala odkryć swoją seksualność, po drugie – zmniejsza ryzyko zachorowania na raka prostaty, po trzecie wreszcie, poprawia jakość plemników.

Ma też jednak swoje minusy – jeśli za bardzo się przyzwyczaisz do określonej stymulacji, możesz mieć później kłopoty z utrzymaniem erekcji z partnerką, po drugie zaś, częsta masturbacja w niesprzyjających warunkach, czyli ukradkowe seanse w ubikacji lub pod kołdą, mogą sprawić, że gdy już w końcu nie będziesz musiał korzystać z ręki, wytrysk przyjdzie szybciej niż myślisz. Tak właśnie było w moim przypadku. 

  

Penis, erekcja fot. shutterstock.com
Pierwszy raz

Miałem 15 lat i oprócz spacerowania za rękę z koleżanką z klasy moje doświadczenia erotyczne ograniczały się do codziennego masowania ptaszka. Tego dnia Ela, przyjaciółka mojej starszej siostry, miała spać z nami w namiocie rozbitym w ogrodzie.

Po całym wieczorze opowiadania strasznych historii w końcu zaszyliśmy się w trójkę w śpiworach. Już po chwili usłyszałem, jak oddech siostry się wyrównuje. Ale obok leżała też Ela. Myślałem, że też już śpi. Zamknąłem oczy i wyobrażałem sobie, jak wygląda w staniku. Ale Ela wcale nie spała. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem, że leży odwrócona do mnie twarzą i wpatruje się we mnie dziwnie.

Przysunęła twarz do mojej i lekko pocałowała. Nieporadnie oddałem pocałunek i wiedziony instynktem wsunąłem rękę do jej śpiwora, następnie pod jej bluzkę. Wtedy po raz pierwszy dotknąłem piersi kobiety. I na tym etapie zamierzałem pozostać, bo dla mnie i tak było to dużo więcej niż szczyt marzeń.

Ale ona miała inne plany. „Chodź” – szepnęła i wyszła z namiotu. Poszedłem za nią, nie potrafiąc ukryć potężnej erekcji ledwo maskowanej spodniami od dresu. Na dworze było chłodnawo, więc schowaliśmy się w polonezie ojca. Tam zaczęliśmy się całować i dotykać. Tzn. ja ją dotykałem, a ona pozwalała.

Nie bardzo wiedziałem, co robić dalej, więc w kółko dotykałem jej twarzy, piersi, brzucha, pozwalałem sobie zejść niżej, poniżej linii majtek, by po chwili przerażony własną śmiałością zacząć wędrówkę od początku. Nie wiem, jak długo to trwało. Może dwie godziny, a może 5 minut. Byłem tak podniecony, że nie czułem upływu czasu.

W końcu Ela jakby ożyła. Zaczęła się ruszać rytmicznie, rozpięła mi rozporek i włożyła ręce w spodnie. Tego już było dla mnie za wiele. Poczułem, że dzieje się ze mną coś dziwnego, że tracę kontrolę i po chwili już wiedziałem, że mam mokro w majtkach.

Sam dotyk jej dłoni spowodował wytrysk. Dopiero wtedy się odezwała. „To twój pierwszy raz?” – zapytała. „Tak” – wycharczałem, zbyt zawstydzony, by silić się na wymyślanie samczych przechwałek. „Acha – skwitowała. – Nie martw się, zaraz dojdziesz do siebie”. I rzeczywiście, ledwo zdążyłem się nieco powycierać koszulką, mój już teraz niemal dorosły penis obudził się znowu.

Gdy się ma 15-20 lat, czas refrakcji, czyli okres od ostatniej ejakulacji do momentu, gdy penis znowu może zesztywnieć, potrafi być naprawdę krótki. Czasami wystarczą nawet 3 minuty. Z wiekiem się wydłuża i gdy przekroczysz „50”, może wynosić już nawet kilka dni. Wówczas jednak moim problemem nie był czas refrakcji, tylko przedwczesny wytrysk.

Za drugim razem nie było bowiem wiele lepiej – wprawdzie udało mi się wprowadzić go do środka, ale było to tak podniecające, że nawet nie zdążyłem się ruszyć, gdy znowu miałem orgazm. Wiedząc już, jak przyjemne to jest, postanowiłem się nie poddawać i po kolejnych kilku minutach spróbowałem jeszcze raz.

Tym razem wytrzymałem w środku może minutę – dla mnie wieczność. Potem spróbowałem jeszcze raz, z podobnym skutkiem. W końcu zasnęliśmy. Obudziliśmy się w wyziębionym aucie z zaparowanymi szybami. W środku dziwnie pachniało. Ela ogarnęła się i wyskoczyła na zewnątrz. Na odchodne rzuciła tylko: „Jeśli chcesz dogodzić dziewczynie, musisz się trochę bardziej postarać”.

Te słowa na długo zapadły mi w pamięć. I nic dziwnego, każdy z nas, choćby nie wiem jak wykształcony i uduchowiony, chciałby być superkochankiem. A co to za kochanek, który kocha się tylko minutę? Przedwczesny wytrysk jest najczęstszym problemem zdrowia seksualnego mężczyzn.

Dręczy więcej facetów niż zaburzenia erekcji. Badania podają różne liczby, najczęściej jednak mówi się, że problem przedwczesnej ejakulacji dotyka od 20% do 30% mężczyzn w każdym wieku. Jeśli ograniczyć badaną grupę do nastolatków, odsetek ten jeszcze bardziej rośnie. Jeśli problem mija, gdy znajdziesz sobie stałą partnerkę, a tak dzieje się najczęściej, wszystko wraca do normy.

Bywa jednak inaczej. Zdarza się, że facet przez całe lata zmaga się z tym problemem, a to może zachwiać pewnością siebie każdego mężczyzny i – paradoksalnie – pogłębić dolegliwość. Na szczęście w moim przypadku był to tylko problem przejściowy, który można nazwać czymś w rodzaju przysłowiowego frycowego, zapłaconego na starcie nowego życia. Tego seksualnego.

W raju

Po tym pierwszym razie nastąpiła mniej więcej roczna przerwa. O dziwo, dopiero wtedy też przy okazji moich erotycznych snów pojawiły się polucje. Wcześniej miałem już oczywiście takie sny, ale zawsze ich akcja kończyła się tuż przed finałem.

Wtedy się budziłem i – jeśli były warunki – pomagałem sobie sam lub – gdy ich nie było – po prostu przeczekiwałem. Tak jakby mój mózg, nie znając uczucia towarzyszącego wniknięciu w kobietę, nie potrafił tego „wyświetlić”. Odkąd jednak już wiedział, ja dowiedziałem się, co to znaczy budzić się ze sztywnymi spodniami od pidżamy.

Te nocne, senne podboje trwały przez całe liceum, kiedy moje życie seksualne przypominało życie seksualne bohaterów „Lodów na patyku”. Krótko mówiąc – mnóstwo energii straconej na poszukiwania partnerki i bardzo mizerny współczynnik trafień. Sytuacja diametralnie zmieniła się, gdy wyjechałem z mojego miasteczka na studia.

Z punktu widzenia mojego członka czas studiów to synonim raju. W końcu mieszkałem sam, w końcu też dziewczyny nie musiały wracać do domu przed 22. Mogły też pić, a doświadczenie nauczyło mnie, że alkohol działa destrukcyjnie na zasady moralne. Nie, nie chcę tutaj powielać mitów o wyjątkowej rozwiązłości studentów. Przypuszczam, że w koedukacyjnej armii byłoby podobnie.

Ot, wystarczy ulokować 200 młodych osobników obu płci w jednym budynku i dostarczyć im alkohol, a z pewnością zaczną uprawiać seks. Więc wykorzystywaliśmy świeżo zdobytą wolność do upadłego. To był początek lat 90. Na świecie panowała wówczas histeria związana z AIDS. Na ulicach straszyły plakaty, w gazetach co rusz pojawiały się artykuły o „bezpiecznym seksie” i konieczności używania prezerwatyw i badań. Ale na próżno.

Byliśmy wystarczająco dorośli, żeby TO robić, nie starczało nam jednak wyobraźni, by się zabezpieczać. Większość z moich kolegów i koleżanek sądziła wówczas, że problem HIV dotyczy zaniedbanych narkomanów z dworca i homoseksualistów.

A my byliśmy przecież czyści, z dobrych domów, trzymaliśmy się z dala od igieł i z całą pewnością od homoseksualistów też. Najczęściej stosowaną metodą zapobiegania ciąży był stosunek przerywany. Zważywszy na to, jak niewiele znajomych „wpadło”, odpowiednio stosowana ta wyśmiewana przez lekarzy metoda jest całkiem skuteczna. Ma jednak potężną wadę – zupełnie nie chroni przed chorobami przenoszonymi drogą płciową.

Strach

Monika była studentką psychologii. Nie miała opinii „puszczalskiej”, ale nie była też świętoszką. Osobiście znałem trzech jej byłych, a ze słyszenia wiedziałem o kilku innych. Nasza fascynacja sobą trwała około dwóch tygodni, spędzonych głównie... no, wiadomo – w łóżku.

Później ja również zyskałem status „byłego”, a Monika gdzieś zniknęła. Nikt nie wiedział, co się z nią stało, nikt też specjalnie tego nie dociekał, gdyż wszyscy byli zajęci sesją. Potem były wakacje, na których poznałem swoją pierwszą „poważną” dziewczynę. Miała na imię Ewa i byłem w niej śmiertelnie zakochany.

Ustatkowałem się, nie szukałem już nowych znajomości, planowaliśmy nawet ślub. Wszystkie plany zawisły jednak na włosku, gdy w okolicach grudnia spotkałem Monikę. Wyglądała na zabiedzoną, była chuda i jakaś taka zgaszona. Porozmawialiśmy chwilę, ale rozmowa się nie kleiła. Na pożegnanie powiedziała tylko: „Wiesz co, zrób sobie lepiej test na HIV”.

W pierwszej chwili zbagatelizowałem sprawę, jednak już po paru minutach zacząłem kojarzyć ze sobą fakty. Jej zniknięcie, dziwny zaniedbany wygląd, ten tekst na koniec... Byłem wyraźnie zaniepokojony. Postanowiłem zrobić ten test. Szedłem do przychodni blady i szarpany wyrzutami sumienia. No bo przecież, jeśli ja jestem zarażony, to moja ukochana Ewa też!

I jak ja jej to powiem? Szedłem więc coraz wolniej i wolniej, aż w końcu zawróciłem. Uznałem, że lepiej nie wiedzieć, niż wiedzieć, ale postanowiłem sobie, że od tej pory zero seksu bez prezerwatywy. Przez pół roku schudłem ze stresu 15 kg. Każda wzmianka o AIDS przyprawiała mnie o palpitację serca, a moja obsesja na punkcie prezerwatyw robiła się już wręcz podejrzana.

W końcu nie wytrzymałem, zebrałem się na odwagę i zrobiłem ten test. Wynik był negatywny. Odetchnąłem. Nie wiem, czy Monika była zakażona, czy nie. Nigdy jej już potem nie spotkałem. Wiem jedynie, że jeśli była nosicielką, to uratował mnie... mój penis. Natura jest bowiem niesprawiedliwa. Przy założeniu, że jeden z partnerów jest zakażony, kobiety zarażają się dwukrotnie częściej niż mężczyźni.

Związane jest to z różnicami fizjologicznymi. Najwięcej wirusów jest we krwi i w płynach ustrojowych. Jednak żeby doszło do zakażenia, musi być kontakt wirusa z Twoją krwią lub błoną śluzową. Sperma mężczyzny, w której stężenie wirusów jest spore, zalega w pochwie nawet kilka dni, natomiast członek w pochwie, w której również mogą być wirusy, jest o wiele krócej.

A jeśli na członku nie ma nawet mikroskopijnych ranek – ryzyko jeszcze bardziej maleje. Ta zasada dotyczy też innych chorób przenoszonych drogą płciową, czyli chlamydiozy, kiły i rzeżączki. Czujesz się uspokojony? Błąd. To tylko zależności statystyczne.

Jeśli spojrzeć na liczby bezwzględne – cały spokój znika. Wg danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia w Polsce co roku kiłę wykrywa się u ponad 400 tysięcy ludzi, rzeżączkę u nieco mniejszej grupy, kłykciny kończyste zaś stwierdza się u niemal 500 tysięcy ludzi.

W MH był kiedyś artykuł o tych chorobach – zdjęcia były wstrząsające i bardzo się cieszę, że mnie ominęły. Mój penis podoba mi się taki, jaki jest. Narośla, wrzody i wycieki mnie nie interesują.  

  

Prostata fot. shutterstock.com
Czy aby nie za mały?

Napisałem przed chwilą, że mój penis podoba mi się taki, jaki jest. Dziś to zdanie jest prawdziwe, ale gdy miałem lat 15, 20, a nawet 25 – miałem z tym większy problem. I nie chodzi tu o jego kształt, bo do tego nie miałem zastrzeżeń.

Rzecz była w długości. Jak co drugi facet, miałem kompleks małego członka. Moja wiedza na temat rozmiarów innych penisów była bardzo uboga. Większość tych, które widziałem, to były monstrualne członki aktorów porno, na dodatek filmowane w zbliżeniach i pod takim kątem, pod którym nigdy w życiu nie mógłbym zobaczyć własnego przyrodzenia, nawet gdybym przez lata trenował jogę.

Nic dziwnego, że z czasem zacząłem się martwić, czy ze mną wszystko OK. Wprawdzie nigdy nie spotkałem się z krytyką ze strony kobiet, ale nigdy też nie usłyszałem: „O! jaki wielki!”. Zacząłem więc mierzyć. I jak bym go nie naciągał, zawsze wychodziło, że ma nie więcej niż 15,4 cm. To dużo, czy mało? Przeciętnie.

Jest mnóstwo badań poświęconych temu niezwykle interesującemu facetów zagadnieniu, a wyniki są tak rozbieżne, że aż rodzą się wątpliwości w sens naukowego badania tej kwestii. Zauważyć można jednak następującą prawidłowość: w badaniach opartych na własnoręcznym mierzeniu przeciętna wielkość penisa jest zawsze większa niż w badaniach wykonywanych przez wykwalifikowany personel.

Według ostatnich badań mieszczę się niemal idealnie pośrodku. Połowa facetów ma większe, połowa mniejsze niż ja. Postanowiłem więc nie zaprzątać już sobie tym głowy, tym bardziej że badania wykazały również, że zdecydowana większość (aż 85%) kobiet jest zadowolona z wielkości członków swoich partnerów.

Myślę, że w tej grupie są też wszystkie moje byłe dziewczyny, bo żadna z nich nie narzekała na mój rozmiar. Czego nie da się powiedzieć o innych aspektach mojego największego, choć przeciętnej wielkości, skarbu.

Wstawaj, draniu!

Przełom stuleci to nie był dla mnie dobry czas. Straciłem wtedy dwóch największych zleceniodawców, wpadłem w kłopoty finansowe i na dodatek mój związek też zaczął się sypać. Ewa, poznana i poślubiona jeszcze na studiach, zrobiła się dziwnie oziębła.

Seks zrobił się mechaniczny, o ile w ogóle do niego dochodziło, bo Ewa zazwyczaj starała się zasnąć, zanim ja oderwałem się od komputera i dotarłem do łóżka.

Chodziłem coraz bardziej sfrustrowny, aż w końcu, pewnego feralnego wieczoru, jednego z tych, kiedy udało mi się ją „przyłapać”, zanim zasnęła, mój wredny członek odmówił posłuszeństwa.Na początku nawet się podniósł, ale gdy przyszło co do czego – opadł i ani myślał wstać znowu.

Zrzuciłem to na karb zmęczenia i zasnąłem. Ale po kilku tygodniach sytuacja nie poprawiała się ani na jotę. Moja samoocena spadała na łeb, na szyję. Zrobiłem się rozdrażniony i czepiałem się o wszystko, a Ewa nie pozostawała mi dłużna.

W końcu w złości nazwała mnie impotentem. Zareagowałem w tradycyjny męski sposób – poszedłem się upić. To był już czas upowszechnienia internetu. Obciążyłem więc serwery AltaVisty (Google dopiero raczkował) zapytaniami o zaburzenia erekcji.

Wyniki były monotonne do granic obłędu – viagra, viagra, viagra. Niecałe 2 lata wcześniej Pfizer wprowadził bowiem na rynek ten pierwszy doustny lek na zaburzenia erekcji i było o tym bardzo głośno. Nic dziwnego.

Według badania przeprowadzonego przez Polskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej na zaburzenia erekcji cierpi w Polsce 1,5 miliona mężczyzn. Nie tylko starszych panów, bo prawie 15% stanowią ludzie przed czterdziestką. A ja właśnie rok wcześniej skończyłem 30 lat.

O pomoc zwróciłem się do kolegi ze studiów, który wprawdzie jest ginekologiem, ale na męskich problemach też się siłą rzeczy trochę zna. Kazał mi zrobić podstawowe badania i sprawdzić poziom hormonów, a gdy wyniki nie wykazały odchyleń od normy, polecił test „znaczkowy”.

Powiedział, bym skleił sobie z serii znaczków pocztowych z perforacją (swoją drogą, był to pierwszy raz od lat, kiedy kupowałem znaczki) pierścień, który obejmie mojego oklapniętego penisa, i założył go na noc. Jeśli rano obudzę się z pękniętym papierowym pierścieniem, będzie to oznaczało, że moja niemoc ma podłoże psychiczne. I tak też było.

Co więcej, coś, co miało być tylko narzędziem diagnostycznym, okazało się lekarstwem – nabrałem pewności siebie, kłopoty z pieniędzmi nagle się skończyły, a nowy, pewniejszy ja zrobiłem się chyba atrakcyjniejszy dla mojej Ewy.

Wszystko wróciło do normy. A wręcz się poprawiło, bo w rezultacie odrodzenia naszego życia erotycznego kilka miesięcy później w naszym stadze pojawił się...

Nowy członek

Ewa zaszła w ciążę przez przypadek. Pękła zbyt pospiesznie założona prezerwatywa. Chociaż więc dzidziuś nie był planowany, pokochaliśmy go, zanim jeszcze zobaczyliśmy.

Ja oczywiście liczyłem na to, że będzie to chłopiec, ale gdyby miała być dziewczynka, też bym się nie obraził. Zbliżał się termin rozwiązania. Oczywiście, zgodnie z duchem czasu, zgłosiliśmy się na porodówce razem i miałem okazję dotrzymać towarzystwa matce swojego... no właśnie, czy syna?

Gdy akcja porodowa weszła w ostatnią, dramatyczną fazę, której opisu oszczędzę, wypatrywałem tylko jednego. Wiecie czego... Pojawiła się głowa, potem rączki i brzuszek, aż w końcu... Tak! Hurra! Jest! To on, malutki penis mojego synka! Nowy członek wielkiej rodziny posiadaczy członków.

4 sposoby na opóźnienie wytrysku

Żeby zwiększyć szanse powodzenia, możesz je stosować wszystkie naraz.

1. Ćwicz mięsień Kegla. To ten mięsień, który zaciskasz, gdy powstrzymujesz się przed sikaniem. Napnij go, policz do 10 i rozluźnij na chwilę. Powtórz ćwiczenie kilka razy. Możesz to robić w dowolnym miejscu, kiedy tylko chcesz, i bez żadnych przyrządów. Efekty mniej więcej po miesiącu.

2. Zapisz się na jogę. Badanie opublikowane w „Journal od Sexal Medicine” wykazało, że godzina jogi dziennie przez 12 tygodni wystarczy, by czterokrotnie wydłużyć czas stosunku. Joga wzmacnia mięśnie miednicy odpowiadające za kontrolę nad ejakulacją. Warto zatem trochę poćwiczyć.

3. Nie ma to jak ucisk. Jeśli podczas stosunku czujesz, że moment wytrysku jest tuż-tuż, zrób przerwę i uciśnij miejsce poniżej żołędzi. Taki ucisk spowoduje odpływ krwi z penisa i opadnięcie napięcia. Za chwilę erekcja wróci, ale wytrysk będzie opóźniony. Uwaga – ucisk nie może być za mocny!

4. Rozgrzewka przed meczem. Onanizuj się przed spodziewanym stosunkiem, wyobrażając sobie orgazm kobiety. Zapewnij sobie komfortowe, bezstresowe warunki i nie spiesz się. Zbliżaj się do szczytu, ale nie dopuszczaj do wytrysku. Postaraj się, aby cały proces trwał około 15 minut.

Nagie fakty

Wielkość

15,2 cm – przeciętna długość penisa we wzwodzie.

12,2 cm – przeciętny obwód penisa we wzwodzie.

12,9 cm – taka była przeciętna długość penisa w badaniu, w którym to lekarze dokonywali pomiarów we wzwodzie wywołanym farmaceutykami.

7 cm – penisy, które we wzwodzie są krótsze, określane są mianem mikropenisów.

84% – przeciętnie o tyle zwiększa objętość penis w czasie erekcji w porównaniu ze stanem zwisu.

1 na 100 penisów wydłuża się dwukrotnie podczas wzwodu.

22% facetów uważa, że ich penis jest duży.

66% jest zdania, że mają członka średniej wielkości.

7,5 cm – taką głębokość ma pochwa niepodnieconej kobiety.

10 cm – a taką ma wagina kobiety, która jest podniecona.

Wytrysk

15 – średnia liczba wytrysków dwudziestoletniego mężczyzny w miesiącu. Później ta liczba systematycznie maleje.

2,6 minuty – tyle czasu zajmuje przeciętnemu facetowi osiągnięcie wytrysku od momentu wprowadzenia penisa do pochwy.

Łyżeczka od herbaty – mniej więcej tyle nasienia jest w przeciętnym wytrysku.

Erekcja

Od 20% do 30% mężczyzn w wieku produkcyjnym cierpi na zaburzenia erekcji.

2 lata – tyle czasu upływa średnio od pojawiania się pierwszych objawów zaburzeń wzwodu do wizyty u lekarza.

3-5 razy w ciągu nocy penis napełnia się krwią.

80% zaburzeń erekcji ma podłoże organiczne, czyli jest związane z chorobami układu krążenia, cukrzycą i innymi. 

MH Numer specjalny - 2011

  

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij