REKLAMA

Razem a jednak osobno - prywatność w dzisiejszych związkach

Nie dla wszystkich związek musi się od razu wiązać ze wspólnym mieszkaniem. I nie oznacza to, że jesteśmy niedojrzali czy egocentryczni, tylko po prostu potrzebujemy więcej przestrzeni dla siebie. Jeśli obie strony zgodnie uznają, że taki układ im pasuje, to chyba jest OK.

shutterstock.com

Idealny związek

Wojtek i Kornelia to ludzie około trzydziestki. Obydwoje jedynacy. Razem od studiów. On informatyk, ona pedagog. Po kilku latach związku zamieszkali razem, a po roku wspólnego życia wrócili na swoje stare śmieci, czyli do domów swoich rodziców. I dalej się spotykają, twierdząc, że tworzą związek. „Wspólne mieszkanie było potwornie męczące, nie jestem przyzwyczajony do tego, żeby być z kimś 24/7. Były wieczne pretensje, że za długo siedzę przy kompie, że się nią nie zajmuję. Mnie z kolei wkurzały jej rzeczy rozrzucane po całym domu. I jeszcze to, że ona nie potrafi sobie po prostu pomilczeć. Jak z kimś jest, to musi gadać.

Obydwoje pracujemy w domu, dlatego nie mogliśmy od siebie odetchnąć ani na chwilę” – mówi Wojtek. „Odkryłam, że na dłuższą metę to mnie ten facet wkurza. Wszystkie jego drobne przyzwyczajenia doprowadzały mnie do szału. Ale w sumie bardzo dobrze się dogadujemy, dlatego lepiej nam, gdy mieszkamy osobno” – mówi Kornelia. Wydaje się, że każda para, której dobrze ze sobą, dąży do tego, żeby ze sobą zamieszkać. Wynająć mieszkanie albo kupić na kredyt, zadłużając się na pół życia, i urządzić tam sobie gniazdko. A potem spędzać ze sobą dużo czasu i uprawiać mnóstwo seksu. Brzmi jak dobry plan, ale okazuje się, że w XXI wieku zmniejsza się liczba entuzjastów tego terytorialnego stapiania się w jedno.

Coraz więcej ludzi decyduje się na to, aby będąc w związku, nie rezygnować ze swojej przestrzeni. Słyszeliśmy swego czasu o znanych parach celebryckich, które mieszkały oddzielnie. Na przykład Woody Allen i jego partnerka Mia Farrow mieszkali w oddzielnych apartamentach po dwóch stronach Central Parku (od dawna nie są już razem). Albo Tim Burton ze swoją partnerką i matką dwójki dzieci, Heleną Bonham Carter, mieszkali w dwóch sąsiadujących domach (też nie są już razem). Z tego, że nie są już razem, nie należy wyciągać pochopnych wniosków, bo wspólne mieszkanie wcale nie chroni przed rozstaniem.

ZOBACZ TEŻ: Co mężczyźni myślą, gdy kobiety wprowadzają zmiany

Takie związki nazywa się na Zachodzie LAT (Living Apart Together), a termin ten został po raz pierwszy użyty w 1978 r. przez holenderskiego dziennikarza Michela Berkiela. Jeszcze w początkach XX wieku taki typ związków był dosyć popularny wśród ówczesnych artystów. Obecnie przybywa ich w USA, Europie Zachodniej i Skandynawii. Oblicza się, że żyje w ten sposób ok. 10% par. W Polsce nikt takich badań, o ile wiemy, nie przeprowadził, ale szacuje się, że to kilka procent związków i liczba ich wciąż rośnie. Warto zwrócić uwagę, że wspólne gospodarstwo było niegdyś koniecznością ekonomiczną.

Funkcjonowało jak mała firma, produkująca i świadcząca sobie wzajemnie dobra i usługi. Jeden z członków wspólnoty chodził polować albo zarabiać w fabryce, drugi przygotowywał jedzenie, szył, sprzątał i ogarniał codzienne życie. Oprócz tego dawali sobie wsparcie emocjonalne i poczucie bezpieczeństwa. Współczesny człowiek we współczesnym świecie nie potrzebuje już tego rodzaju wsparcia. Jest coraz bardziej samowystarczalny, a usługi, które kiedyś mozolnie świadczono w domu, można teraz niedrogo kupić. Wyzwoleni z ekonomicznych konieczności i nakazów tradycji mamy mnóstwo innych możliwości tworzenia relacji.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ: Kłamstwo w związku okiem kobiet

REKLAMA

REKLAMA

Między dwoma biegunami

Sharon Hyman, reżyserka filmów dokumentalnych z Montrealu, stworzyła telewizyjny dokument o związkach LAT. Twierdzi, że w USA to rosnący trend: 62 procent to osoby w wieku powyżej 34 lat (zgodnie z najnowszymi badaniami Centrum Badań nad Rodziną i Demografią na Bowling Green State University w Ohio). „Większość osób, z którymi przeprowadzałam wywiady na potrzeby mojego filmu, była wcześniej w tradycyjnych związkach małżeńskich – mówi Hyman. – Już doświadczyli terytorialnej bliskości mieszkania z kimś i nie chcą tego robić ponownie”.

Podobnie jak my wszyscy, pary mieszkające osobno też zmagały się z ustaleniem równowagi między potrzebą własnej przestrzeni a bliskością i intymnością, zaangażowaniem a niezależnością. Tylko że tę granicę ustawili sobie w innym miejscu niż większość. Praktycznie wszyscy miotamy się między potrzebą bezpieczeństwa a potrzebą wolności. Nasza potrzeba tej równowagi jest głęboko biologiczna: aby poznawać świat i rozwijać się jako jednostki, potrzebujemy wolności i niezależności.

ZOBACZ TEŻ: Czy ładni ludzie naprawdę mają więcej partnerów seksualnych?

Ale potrzebujemy też bliskości innych ludzi, którzy dają nam poczucie bezpieczeństwa. I często zaspokajanie jednej potrzeby stoi w sprzeczności z zaspokojeniem drugiej. Jak pisze Esther Perel w swojej doskonałej książce „Inteligencja erotyczna”: „Z jednej strony wszyscy szukamy bezpieczeństwa – ta potrzeba każe budować związki i dochowywać w nich wierności. Z drugiej strony mamy jednak równie silną potrzebę wrażeń i przygody. [...]

W dzisiejszych czasach zwracamy się do jednej osoby po to, co dawniej zapewniała jednostce cała wioska: poczucia przynależności, znaczenia i ciągłości. Jednocześnie oczekujemy, że jedna osoba zapewni nam romantyzm oraz emocjonalną i seksualną satysfakcję. Czy można się dziwić, że wiele związków nie wytrzymuje tego ciężaru? Trudno odczuwać pożądanie i niecierpliwie czekać na spełnienie z osobą, u której szuka się równocześnie pociechy, spokoju i stabilizacji – nie jest to jednak niemożliwe”.

Jedynak się nie dzieli

Osoby 20-, 30-letnie dorastały w czasach, gdy to raczej oczywiste dla wszystkich było przekonanie, że ludzie mają prawo do prywatności. Dzieci miały własne pokoje, własną przestrzeń, własne rzeczy. Co więcej, w tym pokoleniu jest bardzo dużo jedynaków, dla których ich przestrzeń prywatna jest bardzo ważna. Trzeba to sobie jasno powiedzieć (przepraszamy wszystkich jedynaków), ale jedyne dzieci w rodzinie rzadko przechodziły trening w dzieleniu się swoimi rzeczami czy swoją przestrzenią. Ta przestrzeń osobista to jest jedna ze zdobyczy cywilizacyjnych.

Jak pisze dr Tomasz Szlendak, dyrektor Instytutu Socjologii UMK, w swojej pracy „Socjologia rodziny”: „Trudno mówić o prywatności w rodzinie preindustrialnej, gdzie wszystkie czynności uznawane dzisiaj za intymne – kładzenie się do snu, mycie, seks – wykonywane były na oczach innych domowników. Trudno też mówić o pełnej prywatności w wiktoriańskim gospodarstwie domowym, w którym co prawda ufundowano członkom rodziny oddzielne sypialnie, niemniej ścisła kontrola nad pewnymi kategoriami domowników – dziećmi i kobietami – daleko ingerowała w ich codzienne poczynania. Właściwie do końca XIX wieku życie prywatne było tożsame z życiem rodzinnym, a prywatności i intymności w dzisiejszych znaczeniach nie było w ogóle”. Wydaje nam się dzisiaj, że to by było dla nas nie do zniesienia. Po prostu piekło niechcianej bliskości.

REKLAMA

Pożądanie lubi dystans

Pary, które przebywają ze sobą 24/7, mogą cierpieć na syndrom „ukumplowienia”, czyli ich relacja zaczyna przypominać bardziej związek przyjaciół niż kochanków. Cytując Esther Perel: „Miłość uwielbia wiedzieć wszystko o sobie nawzajem, a pożądanie wymaga tajemnicy. Bliskość rośnie dzięki powtarzalności i zażyłości, erotyzm się na nich tępi, czerpie za to z nowości i nieprzewidywalności”.

Dbałość o własną odrębność to dbałość o związek”. Ale jeszcze dochodzą do tego zmiany fizjologiczne wynikające z bliskości – otóż facetom spada poziom testosteronu. Tak to natura zaprogramowała, najprawdopodobniej dlatego, żeby facet siedział w domu i opiekował się rodziną, zamiast poszukiwać seksu gdzieś na mieście. Ale niższy poziom testosteronu, oprócz niewątpliwych zalet, jak np. fakt, że facet staje się łagodniejszy, przekłada się na niższe libido.

Perel ma trochę obserwacji z własnej praktyki klinicznej: „Wciąż słyszę to samo: przychodzi do mnie fajna, sympatyczna para i mówi, że bardzo się kochają, ale jakoś tak się składa, że przestali uprawiać seks. Twierdzą, że czują się bardziej jak para kumpli czy nawet rodzeństwo niż kochankowie”.

W takiej sytuacji nie ma sensu doradzać im kolacji przy świecach, seksownej bielizny czy kajdanek. To byłoby sztuczne i wywołałoby tylko zażenowanie. Esther Perel twierdzi, że jedyną skuteczną metodą jest zmiana tego, jak postrzegamy partnera, i przywołanie emocji z pierwszej fazy związku. Oraz trochę psychicznego oddalenia. Większość z nas jednak jest w stanie zaakceptować ciągłą bliskość partnera, mimo że trzeba zrezygnować z jakiejś części własnej wolności. Jednak dla higieny psychicznej warto zadbać o własne granice, nauczyć się szanować naszą odrębność i odrębność partnerki.

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA