Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.6

Krajobraz po rozstaniu: anatomia złamanego serca

Rozstanie, a później ból, żal, rozpacz, bezsenność, natłok obsesyjnych myśli i najgorsze - samotność. Okazuje się, że i tu nauka przychodzi nam z pomocą. Naukowcy zbadali, zmierzyli i opisali metody, dzięki którym Twój świat znowu zaroi się od interesujących kobiet. 

Krajobraz po rozstaniu: anatomia złamanego serca fot. aslysun 2015/shutterstock
Ale, do cholery, Ty wcale nie myślisz, że Twoja, w chwili, kiedy ona oświadcza Ci, że odchodzi. Słyszysz stek banałów z ust kobiety, która jeszcze chwilę temu wydawała Ci się tak bliska, najważniejsza, najpiękniejsza, i nie możesz uwierzyć własnym uszom.

 

Co to znaczy: „Zostańmy przyjaciółmi”? Przyjaciele nie traktują się w ten sposób, nie robią sobie świństw! Co oznacza tekst: „Muszę pobyć sama”? Przecież nie siedziałeś jej na karku przez cały dzień! „Nie, oczywiście, że nie ma nikogo innego poza tobą”. Taaak? No, zobaczymy! Masz ochotę kogoś zabić, a jednocześnie błagać ją, żeby Cię nie zostawiała. Nie rób głupot. Grozi Ci syndrom złamanego serca.

Co mówi nauka?

W ostatnich latach problem tzw. złamanego serca z jakichś powodów szczególnie zainteresował psychologów i neurologów. Intensywność emocji po utracie partnera, stres, jakiego doświadcza zarówno nasza psychika, jak i organizm, w bardzo wielu przypadkach nosi cechy choroby psychicznej.

W badaniach opublikowanych w magazynie „Journal of Personality and Social Psychology” stwierdzono, że 40% badanych, którzy przeżyli porzucenie, do 8 tygodni wcześniej miało objawy klinicznej depresji, z czego 12% z ostrym przebiegiem.

Prof. David Buss, autor głośniej książki „Ewolucja pożądania”, pisze, że ból spowodowany porzuceniem jest jednym z najbardziej stresujących doświadczeń, jakie może przeżyć istota ludzka. W psychologicznej skali bólu poprzedzają go jedynie tak okropne doświadczenia, jak utrata dziecka.

Koniec długotrwałego związku może być ekstremalnie traumatyczny, szczególnie w przypadku, kiedy mężczyzna został zdradzony, bez uprzedzenia poinformowany o tym, że partnerka odchodzi. Do tej samej kategorii zalicza się też utratę partnera w wyniku śmierci.

Naukowcy odkryli, że tak intensywny wyrzut hormonów stresu może osłabić mięsień sercowy. Lekarze nadali temu nawet nazwę – syndrom złamanego serca, którego objawy do złudzenia przypominają zawał (nawet obraz EKG wygląda zupełnie tak samo), chociaż nim nie są.

Na skutek nagłego, nawet 30-krotnego podniesienia się poziomu adrenaliny we krwi z powodu wstrząsu dochodzi do zablokowania przepływu wapnia do komórek mięśnia sercowego. Wtedy, na skutek braku minerału, przestają się one kurczyć, dając niepokojące symptomy.

Na szczęście, w odróżnieniu od zawału, u chorych nie stwierdza się zwężenia ani zamknięcia tętnic wieńcowych, a pacjenci wracają do zdrowia już po paru dniach. Ale nawet jeżeli serce nie jest dosłownie złamane, to porzuconemu zagraża wiele innych niebezpieczeństw.

Tacy mężczyźni popełniają samobójstwa 3-4 razy częściej niż zawiedzione w uczuciach kobiety. Poza tym miks bólu i alkoholu skłania facetów do ryzykownej jazdy samochodem, wdawania się w bójki i generalnie prowokowania losu.

Nie jest to może w raportach policyjnych klasyfikowane jako samobójstwo, ale psychologicznie niewiele je dzieli. Dlaczego rozstanie tak boli? Aby sobie na to odpowiedzieć, warto zastanowić się, co dokładnie tracimy. Żądza, przyciąganie i przywiązanie

Miłość to złożona historia. Istnieją przynajmniej trzy jej składniki, którym towarzyszą inne reakcje chemiczne w mózgu. Najbardziej prymitywny jest popęd seksualny. To on popycha nas do uprawiania seksu z jak największą ilością partnerek.

Pożądanie jest napędzane testosteronem (tak u mężczyzn, jak i u kobiet). Skan mózgu wskazuje na aktywność dwóch fragmentów mózgu – hipotalamusa ukrytego głęboko w najstarszej, „gadziej” części mózgu, i sąsiedniego, zwanego ciałem migdałowatym (amygdala), odpowiadającego za przetwarzanie oraz zapamiętywanie reakcji emocjonalnych.

Druga z sił, które powodują, że ludzie łączą się w pary, jest przyciąganie, u człowieka zwane „romantyczną miłością”. W odróżnieniu od pożądania (które pcha nas do uprawiania seksu ze wszystkimi kobietami dookoła) romantyczna miłość ukierunkowuje nasze działania i energię na jedną konkretną osobę.

Ta siła objawia się wtedy, kiedy spotykamy kobietę i czujemy, że to ta jedna, jedyna. Robimy wtedy wszystko, żeby ją zdobyć. Ta siła z ewolucyjnego punktu widzenia ma duże znaczenie adaptacyjne, ponieważ chroni nas przed traceniem czasu oraz zasobów na partnerki „słabo rokujące”.

Badania mózgu aktualnie zakochanych kobiet i mężczyzn wykazują zwiększoną aktywność w obrębie tzw. brzusznej części nakrywki śródmózgowia (VTA). „To prymitywna struktura mózgu, która wykształciła się wcześnie w procesie ewolucji” – mówi prof. Lucy Brown, neurolog z Albert Einstein College of Medicine w Nowym Jorku.

Komórki w tej strukturze produkują i przesyłają dopaminę – neuroprzekaźnik odpowiedzialny za motywację i nagrodę. To dopamina skłania nas do aktywnego zdobywania jedzenia, picia, seksu czy miłości i to dzięki niej odczuwamy satysfakcję po ich uzyskaniu.

Trzecia siła to przywiązanie. O wiele mniej malownicze i emocjonujące niż poprzednie, ale wykształciło się w procesie ewolucji jako zabezpieczenie opieki rodzicielskiej dla potomków. W bajkach i romantycznych komediach przywiązanie to jest to, co załatwia się jednym lakonicznym zdaniem: „A potem żyli razem długo i szczęśliwie”.

Przywiązanie to proces rozłożony w czasie, w którego powstawaniu biorą udział hormony – oksytocyna, zwana hormonem przytulania, ponieważ wydziela się w momencie, kiedy odczuwamy największą bliskość z drugą osobą, oraz wazopresyna, która powoduje obniżenie napięcia.

To przybliża nas do wyjaśnienia dramatu, jaki przeżywa każ- de stworzenie (bo w przypadku zwierząt stadnych obserwuje się podobnie dramatyczne reakcje) w chwili rozdzielenia z kochaną osobą. Na poziomie biologicznym pozbawia nas hormonów niwelujących napięcie i zwiększa wydzielanie hormonów stresu.

Co Ci się należy od życia?

Właściwie po co nam cierpienie? „Wydaje nam się, że tylko te dobre stany są adaptacyjne, a rzeczy, które wprawiają nas w zły nastrój, są patologiczne – mówi Matthew Keller, prof. psychologii na uniwersytecie w Boulder (USA). – Ale tak nie jest. Dokucza nam np. ból, gorączka, mdłości, biegunka, zdecydowanie nieprzyjemne stany, ale służą naszemu przetrwaniu.

Życie bez cierpienia jest iluzją”. W bardzo interesującej książce „Ogólna teoria miłości” (A General Theory of Love) naukowcy tłumaczą nam, co dzieje się w organizmie odrzuconego. Wyróżnia się dwie fazy – zaprzeczania i pogodzenia się ze stratą.

Na początku nasz mózg jest wprost zalewany przez dopaminę, norepinefrynę i pokrewne neuroprzekaźniki, które sprawiają, że czujemy przypływ desperackiej energii, a w dodatku czujemy się bardziej zakochani niż kiedykolwiek przedtem.

Skoro stan zakochania można porównać do kokainowego haju (bo angażuje podobne struktury w mózgu), to pozbawieni miłości czujemy się jak narkoman na głodzie. Czyli mamy w sobie desperacką energię, aby odzyskać to, co nam dawało to błogie uczucie.

Potem przychodzi czas, kiedy musimy spojrzeć prawdzie w oczy – ona nie wróci. Ogarnia nas głęboki pesymizm, zaczynamy analizować swoje postępowanie, obwiniamy się o to, że sami spieprzyliśmy sprawę. Biologia ewolucyjna tłumaczy, że taki stan jest niezbędny, abyśmy mogli z nieprzyjemnych doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Zagłuszanie rozpaczy za pomocą prochów czy alkoholu nie pozwala nam się uczyć na błędach i rozwijać. Cechą charakterystyczną tego stanu jest też płacz. Nikt nie wie dokładnie, czemu służą łzy, jednak 90% porzuconych mężczyzn łzy przyniosły ulgę w cierpieniu.

STRONA 1 z 2

Komentarze

 (3)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij