A miało być tak pięknie [recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition]

Stwierdzam to z bólem, ale nowe wydanie trylogii jest dla mnie gamingowym rozczarowaniem roku.

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition fot. rockstargames.com
Pierwsze plotki na temat odświeżonej trylogii pojawiły się jakoś na początku tego roku. Jako, że w sieci nie brakuje przecieków wyssanych z palca, starałem się podchodzić do tematu na chłodno. Przyznam szczerze, że nie było to łatwe, bo jestem fanem serii Rockstara od dzieciństwa. I chociaż wiem, że kierowanie się nostalgią bywa zgubne, to myśl o powrocie na odpicowane ulice Vice City i San Andreas wywoływała banana na mojej twarzy.

REKLAMA

Gdy w końcu nadszedł dzień, w którym Rockstar oficjalnie zapowiedział odświeżoną trylogię, cieszyłem się jak dziecko. Co prawda miałem cichą nadzieję, że „gwiazdy rocka” szarpną się na pełnoprawny remake, ale ani mi się śniło narzekać. „Przecież to Rockstar. Remastery na bank będą trzymać wysoki poziom” – myślałem.

Kilka dni później pojawił się pierwszy zwiastun, w którym zestawiono stare wersje gier z nowymi. Stwierdziłem, że „szału nie ma", ale postanowiłem wstrzymać się z osądami do dnia premiery. A nuż będą to najlepsze remastery, w jakie grałem.

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Oczekiwania kontra rzeczywistość

W końcu nadszedł ten dzień. Odświeżona trylogia wylądowała na dysku mojego PS5. Postanowiłem, że na dobry początek odpalę drugą część, czyli GTA Vice City. Po kultowej czołówce i szybkim ogarnięciu ustawień, na ekranie pojawiły się pierwsze cutsceny. Minęło mniej więcej 30 sekund, a moim oczom ukazał się pierwszy błąd krytyczny. „Dziwne” – stwierdziłem. Ostatni raz doświadczyłem czegoś takiego prawie rok temu, podczas premiery Cyberpunka. Złe wspomnienia zaczęły powracać.

Włączyłem grę po raz drugi, znowu pogrzebałem w ustawieniach i po raz kolejny obejrzałem filmowe intro. Tym razem wszystko odbyło się be zakłóceń. Przez chwilę wydawało mi się, że była to pierwsza i ostatnia negatywna niespodzianka tego wieczoru. Niestety, szybko okazało się, że byłem naiwny.

Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Płynność? A komu to potrzebne?

Wszystkie gry z odświeżonej trylogii mają w opcjach dwa tryby: „jakość” i „wydajność”. Pierwszy ma gwarantować więcej detali i 30 klatek na sekundę, a drugi płynniejszą grę z podwojoną liczbą fpsów. Testowałem gry na PS5, więc wydawało mi się, że nie muszę się o nic martwić.

Przypominam: Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Edition to nie kolekcja remake’ów, a zwyczajne remastery.

Przed rozpoczęciem gry wybrałem więc tryb „jakość”.

Niestety, po kilku minutach okazało się, że gra zwyczajnie sobie z nim nie radzi. Spadki płynności były na tyle duże, że nie byłem w stanie skupić się na rozgrywce. Postanowiłem sprawdzić, czy pozostałe części mają ten sam problem i wyszło na to, że tak. Remastery gier z początku lat 2000 nie potrafią utrzymać 30 klatek na sekundę. Dasz wiarę?

Tryb „wydajność” prezentował się znacznie lepiej, więc postanowiłem, że w nim zostanę.

Oczywiście ktoś może powiedzieć, że klatki to nie wszystko. Tak, zgoda, ale współczesne produkcje przyzwyczaiły nas do pewnych standardów. Zacinający się gameplay w grach na nową generację jest dla wielu graczy nie do przyjęcia. Spadki płynności psują odbiór i kropka.

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Czy później było lepiej?

Niestety nie. Bardzo szybko okazało się, że remastery autorstwa Groove Street Games (do momentu premiery nie byłem świadomy, że Rockstar Games „tylko" nadzorowało projekt) zawierają masę błędów. Podczas gry natykałem się m.in. na zniekształcone modele postaci, znikające/lewitujące elementy otoczenia czy dziwne zachowania NPC-ów, przez które musiałem czasami powtarzać misje. I tak – wspomniane niedociągnięcia pojawiały się w każdym tytule.

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Co zmieniło się względem oryginalnych wersji?

Powiedziałbym, że głównie grafika. Tekstury w odświeżonej trylogii są zdecydowanie ostrzejsze (choć momentami wyglądają nienaturalnie). Najkorzystniej prezentuje się GTA San Andreas, chociaż niektóre zabiegi twórców (np. zmiany na twarzach bohaterów) gryzą w oczy.

Rockstar zapowiadał przed premierą, że oprócz ostrzejszych tekstur, gry otrzymają nowoczesne mechaniki rodem z GTA V.

Nie mogę napisać, że nic się nie zmieniło, bo w grach rzeczywiście pojawiło się kilka usprawnień (np. wygodniej się strzela), ale fakty są takie, że większość kluczowych elementów pozostała bez zmian. Mechaniki gry są wciąż mocno oldschoolowe i próżno w nich szukać podobieństw do wspomnianej „piątki”.  

Odświeżone gry dalej nie mają checkpointów (wyjątkiem jest San Andreas, ale i tak mogłoby być ich więcej), bohaterowie (oprócz CJ’a) nie potrafią pływać, a auta zaczynają się palić i wybuchać po każdej wywrotce.

Ja rozumiem, że nie może być za łatwo, ale c’mon.

Powyższe kwestie w połączeniu z kiepską sztuczną inteligencją doprowadzały mnie częściej do szału, niż do nostalgicznych westchnień w stylu „kurła, kiedyś to było".

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Czy o The Definitive Edition można powiedzieć coś dobrego?

Coś tam można, ale szczerze mówiąc niewiele.

Na pochwałę zasługuje na pewno nowy system oświetlenia i cieni. Nie jest to oczywiście poziom Red Dead Redemption 2, ale w niektórych momentach gry prezentują się całkiem przyzwoicie.

Twórcy upiększyli również przyrodę: trawy, drzewa czy krzaki wyglądają teraz znacznie lepiej. Wspomniane wcześniej ostrzejsze tekstury widać też na pojazdach i budynkach. Te ostatnie są w końcu widoczne z większej odległości, za co również należą się propsy.

Pod względem graficznym, remastery prezentują się lepiej niż wydania z początku lat 2000. Różnice nie są bynajmniej powalające, choć widać, że gry zostały odświeżone. Ale czy warto wydać na to prawie trzy stówy?

Recenzja Grand Theft Auto: The Trilogy – The Definitive Editionfot. rockstargames.com

Remastery do poprawki

Powiem tak: jeśli jakimś cudem nie grałeś w żadną z trzech części, to zdecydowanie warto. GTA III, Vice City i San Andreas to gry kultowe, które trzeba ograć chociaż raz w życiu. W końcu fabuły, postacie, dialogi i stacje radiowe nie uległy zmianie, a to właśnie nimi stoi ta seria.

Poczekałbym jednak na większe aktualizacje.

Tak jak wspomniałem na początku, jestem rozczarowany kondycją premierowego wydania remasterów. Wierzę jednak, że twórcom uda się je załatać i złe emocje odejdą w zapomnienie. Pamiętajmy, że wpadki zdarzają się nawet najlepszym, a Rockstar Games zdecydowanie do najlepszych należy.

Plusy:

 minus lepsze tekstury, światła i cienie

minus wygodniejsze strzelanie

minus obecność większości radiowych hitów

minus polska lokalizacja

Minusy:

minus problemy z płynnością

minus błędy, błędy i jeszcze raz błędy

minus oszpecenie niektórych postaci

minus usunięcie niektórych animacji z oryginałów

minus brak większych usprawnień rozgrywki

Ocena: 5/10

Powyższe wrażenia pochodzą z wersji na PlayStation 5.

Przetestowaliśmy gry dzięki uprzejmości firmy Cenega.

Wydanie fizyczne trylogii zadebiutuje 7 grudnia.

Zobacz również:
Niby wiedzieliśmy to od dawna, ale miło przekonać się, że naukowcy są tego samego zdania.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA