Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Mass Effect: Andromeda - w poszukiwaniu nowego domu [nasza recenzja]

Wystarczy przejrzeć prasowe nagłówki, żeby zrozumieć, że prędzej czy później jako ludzkość będziemy musieli się przeprowadzić. Pytanie tylko, czy Andromeda to na pewno dobry i prestiżowy adres. Można mieć wątpliwości.

Mass Effect Andromeda fot. Wydawcy i Producenci
Kosmiczne (r)o(z)czarowanie

Jeśli coś może pójść nie tak, na pewno pójdzie źle. Dowódcy Hyperiona, czyli futurystycznej arki, która wysyła 20 tys. ludzi do nowego domu w Galaktyce Andromedy, powinni wziąć sobie te słowa do serca. Podróż do tak odległego miejsca swoje trwa (600 lat), nic więc dziwnego, że po wybudzeniu z hibernacji to wymarzone miejsce we wszechświecie nie wygląda już tak zachęcająco.

Jako tzw. Pionier ludzkości o nazwisku Ryder (możesz wybrać jedno z rodzeństwa – Scotta albo Sarę – co w pewnym stopniu ma wpływ na dalszą rozgrywkę) musisz ten potencjalny nowy dom sprawdzić. I tutaj warto wrócić do pierwszego zdania: jeśli coś może pójść nie tak – i tak dalej.

Założenie było ekscytujące: kosmiczna podróż kolonistów z Drogi Mlecznej w poszukiwaniu nowego domu dalej niż sięgają teleskopy? Dodać do tego walkę z obcymi cywilizacjami i robi nam się z tego trochę taki "Interstellar" na sterydach. Biorę w ciemno, i to mimo obaw fanów serii "Mass Effect", bo przecież trylogia RPG stworzona przez BioWare i wydana przez Electronic Arts to niemal obiekt kultu, z którym nie powinno się zadzierać.

Zaspokoić oczekiwania takiej grupy, jednocześnie otwierając się na totalnych żółtodziobów, na pewno nie jest łatwo. No a jak nie jest łatwo, to coś może pójść nie tak –a jak coś może pójść nie tak... W efekcie mamy do czynienia z bardzo nierówną grą, która momentami zachwyca, momentami nuży, a czasami po prostu irytuje.

Postawiony na silniku Frostbite 3 "Mass Effect: Andromeda" potrafi cieszyć oczy, ale tylko do czasu, gdy na ekranie pojawiają się zbliżenia na mówiące postaci. O problemie z animacjami postaci słyszeliśmy już przed premierą i twórcy obiecują coś z tym zrobić. Problem polega na tym, że nawet daleko idące usprawnienia nie zatrą złego wrażenia.

A gdy się ogląda cut scenki, można odnieść wrażenie, że oto mamy do czynienia z remasterem produkcji nawet sprzed 15 lat. To tym bardziej wkurza, bo podczas eksploracji widoki czasami zapierają dech w piersiach. Pod tym względem trudno nowemu "Mass Effectowi" cokolwiek zarzucić – robota została wykonana na medal, i to złoty.

Wracając jednak do cut scenek – dialogi też zasługują na delikatną burę. Czasami są świetne, czasami paskudnie nużące – nawet nie chcę liczyć, ile razy usłyszałem zdanie, że jestem Pionierem i w związku z tym ciąży na mnie odpowiedzialność.

Więcej podobnych wezwań miałem chyba tylko w dzieciństwie, gdy w pokoju walały się po podłodze książki. Żeby nie jojczeć jednak zbyt wyraźnie – walka jest świetna, wciągająca, satysfakcjonująca. Możliwości taktyczne są spore, zwłaszcza że zrezygnowano z podziału na klasy postaci i można swojego bohatera rozwijać w wielu kierunkach naraz. To się przydaje, to sprawia frajdę.

Mass Effect Andromeda fot. Wydawcy i Producenci
Największy jednak zarzut mam do fabuły "Mass Effect: Andromeda". Znowu dałem nabić się w butelkę. To się zdarza coraz częściej – twórcy zadany temat traktują po macoszemu albo starają się zadowolić zbyt wiele grup odbiorców naraz.

"Andromeda" to historia zaprzepaszczonego potencjału, niepotrzebnie rozdrobniona, starająca się za bardzo być i dojrzała, i zabawna jednocześnie. Temat jest totalny i aż prosi się naprawdę o postawienie wielu "dorosłych" pytań, nawet bez silenia się na odpowiedzi.

Tymczasem do czynienia mamy bardziej z "Gwiezdnymi wojnami" niż z "Łowcą androidów". Och, gdyby gdzieś w tej historii ktoś wypowiedział zdanie podobne ciężarem do słynnego: "Widziałem rzeczy, którym wy, ludzie, nie dalibyście wiary", byłbym zachwycony.

Chociaż z drugiej strony – gdyby wypowiedział je bohater z mimiką godną kubka na blacie, który właśnie obserwuję, pewnie tylko bym się wkurzył. Ukończyłem tę grę z mieszanymi uczuciami (pewnie zdążyłeś już się zorientować). Ciągle czegoś mi brakowało, choć rzecz jasna wielokrotnie po drodze bliski byłem zachwytu.

Nie żałuję spędzonego z tym tytułem czasu, mam jednak nieodparte wrażenie, że graczom raz jeszcze wciśnięto niedopracowany produkt. I tak korzystam tu z eufemizmu, bo aż korci, żeby powiedzieć: niedokończony. To martwi tym bardziej, że na nowego "Mass Effecta" po prostu czekałem, z zapałem śledząc każdy, nawet najmniejszy strzępek informacji prasowych.

Następnym razem pozostanę raczej na pozycji sceptycznego obserwatora. Dużo lepiej dać się chyba pozytywnie zaskoczyć. Przynajmniej trochę.

Nasza ocena: 6/10.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij