• Men's Health

  • Hi-tech

  • House of Ashes to gra idealna na Halloween, ale czy sprawdzi się w każdy inny wieczór? [Recenzja]

House of Ashes to gra idealna na Halloween, ale czy sprawdzi się w każdy inny wieczór? [Recenzja]

To już trzeci odcinek antologii "The Dark Pictures", czyli serii gier-horrorów spod znaku trudnych decyzji, eksploracji i sekwencji QTE. Pod kilkoma względami to odsłona najlepsza, pod innymi - raczej nie. W rywalizacji zewnętrznej "House of Ashes" nie ma sobie jednak równych.

House of Ashes House of Ashes/mat.prasowe
"The Dark Pictures Anthology" to seria gier od twórców fenomenalnego "Until Dawn", które kilka lat temu zniszczyło system swoim debiutem na PlayStation 4. To była gra świeża, odważna, z pomysłem, świetną historią, doskonale napisanymi postaciami i dialogami; w dodatku pełnymi garściami czerpiąca ze swojego rodowodu, czyli filmu typu slasher.

REKLAMA

Grało się w "Until Dawn" więcej niż przyjemnie - i to wielokrotnie, bo od podjętych w trakcie gry wyborów zależał los poszczególnych postaci i kształt relacji między nimi, dokładna eksploracja pomagała zrozumieć tło historii, a refleks przy sekwencjach QTE wpływał na to, kto tytułowego świtu mógł doczekać, a kto nie. Wszystko to właśnie powodowało, że do "Until Dawn" chętnie wracałem - i to przy każdej nadarzającej się okazji. Filmowość tego doświadczenia złapała mnie mocno od pierwszych scen i nie puściła chyba nigdy.

Odsłony drugiej tej gry się nie doczekałem - twórcy poszli w innym kierunku. Zamiast raz na dłuższy czas tworzyć grę na dobrych kilkanaście godzin zdecydowali się dawać graczom horrory zdecydowanie krótsze, ale za to częściej. Całość nazwano "The Dark Pictures Anthology", a w jej skład weszły do tej pory "Man of Medan" (2019), "Little Hope" (2020) i najnowsza gra, "House of Ashes" (2021). W przyszłym roku zadebiutuje ostatni odcinek sezonu pierwszego, czyli "The Devil in Me".

Wszystkie epizody łączy postać tajemniczego kuratora (Pip Torrens), tj. postaci, która prowadzi gracza przez poszczególne historie, czasami trochę podpowiada, rysuje odpowiednie tło. To w zasadzie narrator, który wraz z graczem odpowiada za kształt opowiadanej historii, jednocześnie rysując właściwy do niej dystans. Zabieg to prosty, fajny i ciekawy - bo spina poszczególne odcinki i wzmacnia poczucie sprawczości gracza. Który ma dzięki temu wrażenie, że faktycznie uczestniczy w tworzeniu tej historii, a nie tylko ją odtwarza.

REKLAMA

REKLAMA

House of Ashes House of Ashes

"House of Ashes" to horror pełną gębą. Ze wszyskimi wadami i zaletami, które za tym stwierdzeniem stoją

Jest rok 2003, Amerykanie gorączkowo poszukują w Iraku broni masowego rażenia, która posłużyła za pretekst do inwazji. I przez moment wydaje się, że za chwilę nastąpi przełom - zamiast podziemnych silosów grupka marines dowodzona przez Erica Kinga (Alex Gravenstein) odnajduje jednak wypełnione starożytną i przerażającą siłą jaskinie, z których tak trudno będzie jej się wydostać.

REKLAMA

Zadaniem gracza jest więc z jednej strony próba odnalezienia wyjścia, pozostając przy życiu jak największą liczbą z pięciu grywalnych postaci, a z drugiej odpowiedź na pytanie, z jaką nadnaturalną mocą przy okazji trzeba się zmierzyć.

Nie jest to wcale proste, bo bohaterowie nawzajem sobie nie ufają i targają nimi przeróżne emocje. Dość wspomnieć, że wspomniany dowódca ma w ekipie żonę, będącą jednocześnie agentką CIA (Ashley Tisdale), której raz, że nie widział ponad rok, a dwa, że właśnie odebrał jej zwierzchnictwo nad komandosami.

Jakby tego było mało w ekipie jest jej kochanek (Moe Jeudy-Lamour), targany wyrzutami sumienia po omyłkowym zastrzeleniu cywila. Jest też pan żartowniś, który słabym dowcipem próbuje ukryć, jak cała ta wojna go przeraża (Alex Mallari Jr.), jest dla kontrastu ten, który swojego strachu nie ukrywa wcale (Sammy Azero), jest i irakijski gwardzista (Nick Tarabay), z którym będzie trzeba lub nie sprzymierzyć się, żeby w ogóle końcowych napisów doczekać - i tak dalej.

Grywalne postaci prostej klasyfikacji szybko wymykają się i okazują się osobami niemal z krwi i kości. Spora w tym zasługa scenariusza i świetnie napisanych dialogów - w ogóle "House of Ashes" broni się historią i bohaterami oraz sposobem, w jaki wcielili się w nich aktorzy. Story wciąga, angażuje, ma swoje zwroty akcji i straszne momenty. Ale ma też z drugiej strony momenty słabsze, niepotrzebne dłużyzny, które niewiele do całości wnoszą.

REKLAMA

House of Ashes House of Ashes

"House of Ashes" to trochę gra, trochę film, ale w pełni horror

To jedna z tych produkcji, o której mówi się i pisze trudno, bo chwilami łatwo zapomnieć, że do czynienia ma się z grą, a nie z filmem. To dlatego w nawiasach podaję zawsze imię i nazwisko aktora, który się w daną postać wciela i skupiam się na fabule zamiast na właściwej rozgrywce. Ale OK, już przywołuję się do porządku. "House of Ashes" nie odbiega specjalnie od tego, co twórcy z Supermassive Games zaproponowali już przy okazji "Until Dawn" i rozwinęli w kolejnych częściach "The Dark Pictures Anthology".

REKLAMA

Mamy tu więc kilka grywalnych postaci o określonych cechach charakteru, z czytelnym backgroundem, w raczej skomplikowanych relacjach z pozostałymi. Gracz poznaje historię poprzez eksplorację, dokonuje wyborów (moralnych i nie), które narrację i relacje pomiędzy bohaterami kształtują, i bierze udział w licznych scenkach, w których musi wykazać się refleksem bądź opanowaniem, aby we właściwym momencie wcisnąć odpowiedni przycisk na kontrolerze. Ma tym samym naprawdę spory wpływ na ostateczny kształt historii - w "House of Ashes" niemal każda decyzja decyduje o tym, jak potoczy się opowieść.

Co skłaniać może do wielokrotnego podejścia do gry - o ile po drodze polubi się tych bohaterów, oczywiście. A że to więcej niż prawdopodobne, dowiodłem chyba wcześniej. Wszystko to sprawia, że gra się w to po prostu świetnie, tak jak i świetnie się to obserwuje. "House of Ashes" umiejętnie zaciera granice między filmem a grą. Jeśli gry faktycznie można określać mianem interaktywnego filmu, to produkcje spod szyldu "The Dark Pictures Anthology" zasługują na to bardziej niż inne.

REKLAMA

REKLAMA

House of Ashes House of Ashes

W "House of Ashes" nie powinno się grać samemu

Rozgrywka single player jest jak najbardziej możliwa, ale w "House of Ashes" można potraktować również jako grę multi. I to w ten sposób sprawia najwięcej frajdy. Możliwa jest rozgrywka przez sieć ze znajomym (wystarczy jedna kopia gry), ale to tryb tzw. wieczoru filmowego wydaje się najciekawszy. W największym skrócie polega on na tym, że na start przypisuje się poszczególnym graczom kolejne postaci (maksymalna liczba graczy wynosi pięć, ale spokojnie, wystarczy jeden pad, którego w trakcie gry podaje się dalej).

REKLAMA

To też ten moment, w którym każdemu z bohaterów nadać można osobny poziom trudności - co sprawdza się, jeśli w ekipie są i mniej doświadczeni gracze. To o tyle fajne rozwiązanie, że można na przykład stać po dwóch stronie barykady - podczas mojego podejścia do "House of Ashes" ja byłem mężem, a moja żona żoną. I zrodziło to, powiedzmy, kilka konfliktów nie tylko w grze, ale i w realu.

"House od Ashes"

Plusy:

minus Świetna, grywalna historia, która trzyma w napięciu

minus Bardzo dobrze napisane postaci i dialogi

minus Świetne aktorstwo

minus Dobry balans pomiędzy elementami rozgrywki

minus Kamera najlepsza w serii

Minusy:

 minus Sporo dłużyzn, zwłaszcza w trzecim akcie montaż pomiędzy kolejnymi scenkami czasami wyraźnie szwankuje

Ocena: 8,5/10

Platformy: PC, PS4, PS5, Xbox One, Xbox Series X | S

Producent: Supermassive Games

Wydawca: Bandai Namco Entertainment

Wersja polska: brak Data premiery: 22.10.2021

Zastrzeżenie: Kopię gry otrzymaliśmy bezpłatnie od polskiego wydawcy, firmy Cenega.

Zobacz również:
Murph to jeden z najtrudniejszych i najbardziej znanych crossfitowych treningów. Niewiele osób jednak wie, jakie są jego korzenie i kim był człowiek, na którego cześć został tak nazwany. Oto historia wojennego bohatera oraz jego niespodziewanego dziedzictwa.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA