REKLAMA

Hotel na 4 kołach. Test VW Grand California

Skoro nie możesz wybrać się na wakacje do wymarzonego hotelu, wymarzony hotel zabierz na wakacje ze sobą. Wystarczy przejść przez próg VW Grand California, by poczuć się jak u siebie. A to oznacza, że podróżując kamperem, u siebie będziesz wszędzie.

Volkswagen
Grand California świetnie jeździ. O mało którym domu można wypowiedzieć takie słowa. Fot. Volkswagen
Trudno powiedzieć dokładnie, ile w życiu mieszkań zaliczyłem. Na pewno dom rodzinny, jeden i drugi, po drodze były jednak czasy studenckie, a wtedy, wiadomo, człowiek mimowolnie specjalizuje się w nieruchomościach. Było tego dużo, i to na tyle, że ze wszystkich wspomnień już teraz powstało jedno zbiorcze. Podobnie rzecz ma się z hotelami. Początki miałem, rzecz jasna, skromne, później natomiast, wraz z kolejnymi latami, kolejnymi sezonami wakacyjnymi i masą prasowych wyjazdów, trochę się tego nazbierało. Żaden ze mnie James Bond, hotele widziałem jednak różne, od zapluskwionych dziur po miejsca prawdziwie luksusowe. Dziś jako wspomnienie to również tylko jeden, ciągle ten sam, anonimowy hotel.

Jednego mieszkania, jednego hotelowego pokoju, i to wcale nie dlatego, że historia to raczej świeża (bo sprzed pół roku), nie zapomnę nigdy. To była miłość od pierwszego wejrzenia; gdy otworzyłem przesuwne drzwi, z boku wysunął się podświetlony schodek, a ja przekroczyłem próg. I wszedłem do przestronnego wnętrza, sprytnie łączącego w sobie hol, kuchnię, salon, sypialnię z garderobą, pomieszczenie gospodarcze i łazienkę. No i kabinę, bo przecież ja cały czas mówię o kamperze.

Jaki jest VW Grand California

W VW Grand Californii spędziłem wraz z narzeczoną równo tydzień. Jeździliśmy nim po autostradach, drogach szybkiego ruchu, klasycznych krajówkach, drogach gminnych czy dojazdówkach. Mieszkaliśmy na kempingu, na dziko w lesie, na parkingu pod redakcją i pod mieszkaniem w kamienicy, które za dwadzieścia kilka lat będzie nasze.

Dlatego właśnie z marszu potrafię odpowiedzieć na standardowy zestaw trzech pytań, które padały zawsze, gdy w rozmowie ze znajomymi / rodziną / obcymi na trasie (niepotrzebne skreślić) wspominałem o swojej, nie bójmy się tego słowa, przygodzie w kamperze:

  1. Jak się mieszka w Grand Californii?
  2. Jak się jeździ Grand Californią?
  3. Czy chciałbym Grand Californię kupić?

Odpowiem zgodnie ze sztuką, czyli po kolei, ale pozwolę sobie na spojlery. Mieszka się w Grand Californi wybornie (mimo kilku irytujących detali). Jeździ się Grand Californią równie dobrze. Będę za Grand Californią tęsknił i z ogromną chęcią wybiorę się nią na kolejną wyprawę, ale nie, nie kupiłbym jej.

VW Grand California zbudowana jest na bazie Volkswagena Craftera. Ma 600 cm długości, 183 cm szerokości i imponuje wysokością, która wynosi aż 303 cm. To naprawdę sporych gabarytów samochód, przed którym, gdy się obok niego stanie, czuje się prawdziwy respekt. I odrobinę stresu, gdy pomyśli się, że za chwilę ten oto mobilny dom będzie się prowadzić (wystarczy do tego prawo jazdy kat. B; Grand California 680, czyli ten jeszcze większy model, wymaga już prawa jazdy kat. C). A dom ten bez problemu pomieści 4-osobową rodzinę. Do dyspozycji są dwa obracane fotele, tylna kanapa (w rozmiarze w sam raz dla dwóch bąbelków, ewentualnie dla rodzica z dzieckiem), jedno łóżko o imponujących wymiarach 1950 x 1400 mm z materacem o grubości 80 mm (bardzo wygodne!) z tyłu pojazdu oraz drugie, mniejsze, nad kabiną i salonem.

Volkswagen
Tylna kanapa jest w sam raz dla dwóch bąbelków, ewentualnie dla rodzica z dzieckiem. Fot. Volkswagen

Na wyposażeniu jest oczywiście część kuchenna z naprawdę sporą (70 litrów) lodówką z zamrażalnikiem, kuchenka gazowa z dwoma palnikami oraz niewielkich rozmiarów zlewozmywak. Są też wysuwane blaty, sprytne szafki, schowki, półki i półeczki, nastrojowe oświetlenie, składany stolik, rolety i moskitiery w oknach, wi-fi, kompaktowa, ale wygodna łazienka z umywalką, toaletą, prysznicem i lustrem (a także szafkami, rzecz jasna), bagażnik na rowery na tylnych drzwiach (uwaga, łatwo walnąć głową); jest więc wszystko.

Volkswagen
Kompaktowa kuchnia zachęca do przygotowania w terenie czegoś więcej niż kiełbasa (wegańska!) z ogniska. Fot. Volkswagen

Piwo pod markizą

Robotę robi markiza po prawej stronie auta, pod którą bardzo przyjemnie spędza się czas przy kempingowym stole. W standardzie znajdują się też dwa składane krzesła turystyczne sprytnie ukryte na tylnych drzwiach. Potrzeba tylko kilkudziesięciu sekund, żeby wygodnie rozsiąść się w cieniu markizy z zimnym piwem, a to oznacza właśnie, że ta kawalerka na kołach (albo hotelowy apartament) ma również mobilny taras.

Volkswagen
Nad wejściem do części mieszkalnej zamontowano markizę, którą można błyskawicznie rozłożyć. Fot. Volkswagen

Całość jest zaskakująco dobrze przemyślana, bardzo wygodna i po prostu przyjemna w użytkowaniu - nawet jeśli jakieś rozwiązanie początkowo wydaje się, powiedzmy, dziwne, z czasem łatwo się do niego przekonać i oddać Californii to, co kalifornijskie. Aha, wewnątrz, obok drzwi do łazienki, znajduje się jeszcze panel - centrum dowodzenia tym wszechświatem. Grand Californię fajnie się odkrywa, poznaje, wykorzystuje kolejne udogodnienia, które znajdują się dokładnie tam, gdzie być powinny, jak na przykład wszędobylskie gniazda USB. Zanim zdążysz pomyśleć, że oto jest miejsce, w którym gniazdko by się przydało, dostrzegasz je - i są to momenty, w których uśmiech na twarzy rośnie.

Volkswagen
W pełni wyposażoną łazienkę łatwo docenić podczas nocy na dziko. Fot. Volkswagen

Bywają jednak momenty, w których ten uśmiech gaśnie. Wszystko wydaje się skrojone na miarę i niezwykle intuicyjne, czasami jednak - z niewiadomego powodu - coś zawodzi. Niby robisz wszystko dokładnie jak w instrukcji, ale pojawia się niezidentyfikowany problem i np. nie działa ogrzewanie. Powtarzasz czynność kila razy i nic. Czytasz w tejże instrukcji, że jest to system niezależny od innych, decydujesz się jednak na klasyczne wyłącz-włącz, i, eureka, działa. Do takich upierdliwych sytuacji (o czwartej nad ranem, gdy temperatura na zewnątrz spada niemal do zera, do głowy przychodzą inne określenia) jeszcze wrócę.

REKLAMA

REKLAMA

VW Grand California na drodze

Kamper może pochwalić się w standardzie silnikiem 2.0 TDI (177 KM) oraz automatem z ośmioma przełożeniami. Plus, jasna sprawa, toną systemów bezpieczeństwa. Warto jednak pamiętać o wysokości auta (żeby później, jak ja, w pośpiechu przed wjazdem pod niewysoki wiadukt jej nie googlować), która powoduje, że podczas silnego wiatr trzeba mocniej zaciskać dłonie na kierownicy. Spalanie? Bardziej niż znośne. Aha, jeszcze jedno - wszystkie te sprytne szafki i schowki podczas jazdy po nierównych nawierzchniach potrafią o sobie przypomnieć. Czasami robi się naprawdę głośno, jak w starym autobusie.

Przy gabarytach Grand Californii prowadzi się ją zaskakująco dobrze i pewnie. Bardzo szybko można się do wielkości auta przyzwyczaić, co oznacza, że ani na autostradzie, ani na mniejszych drogach nie czuje się tej początkowej presji. Zwłaszcza że siedzi się naprawdę wysoko, widoczność jest świetna, a fotele (przednie, bo o kanapie trudno to powiedzieć) są bardzo wygodne. Grand California dysponuje wystarczającą mocą, żeby na autostradzie wyprzedzić to i owo, jest zwrotna, gdy trzeba - trudno do czegokolwiek się tu przyczepić. Solidny, niezawodny Volkswagen - tyle w temacie.

Dlaczego nie kupiłbym Grand Californii, choć chciałbym ją mieć

Końcówkę poprzedniego lata, bo to wtedy właśnie testowałem VW Grand Californię, będę pamiętał długo. To był, nie popadając w przesadę, piękny czas. Stworzył go pojazd, który świetnie spełniał swoje zadanie i spowodował, że aż chciało się ruszać w trasę, a przy tym donikąd się nie spieszyć. Bo to właśnie droga, taki slow life w kamperze, okazuje się ważniejsza niż finalna, jak to się mówi, destynacja.

W ciągu tygodnia pokonałem trasę Warszawa-Wrocław i z powrotem, nocowałem w Grand Californii ustawionej pod domem i na redakcyjnym parkingu. Wybrałem się na weekend (blisko Wrocławia, fakt; wyszedłem jednak z założenia, że to, jak sprawuje się kamper na trasie, już wiem, a dużo istotniejsze jest poznanie jego właściwości mieszkalnych), dwie noce spędzając na kempingu, a jedną na dziko w lesie.

W skrócie: było świetnie. Dokładnie tak, jak być powinno, czyli przyroda, poranna kawa w totalnym odosobnieniu i wczesne śniadanie wśród śpiewu ptaków, na które padało przebijające się przez korony drzew słońce. A wieczorem kieliszek białego wina i zimne piwo (no dobra, kilka piw) z szyją nienaturalnie wygiętą do tyłu, bo przecież widok nieba pełnego gwiazd to luksus, od którego trudno się oderwać.

Grand California sprawdziła się w tym czasie niemal doskonale, chociaż - jak wspominałem wcześniej - paru zgrzytów nie brakowało. Jednak chwilowe problemy z ogrzewaniem, wyłączająca się bez powodu lodówka czy zimny prysznic, bo tutaj znowu coś nie pykło, nie były w stanie zakłócić tak pozytywnego odbioru całości (tak jak i najmniej przyjemny element podróżowania kamperem, czyli opróżnianie na stacji zbiornika na nieczystości). Podejrzewam, że wina rozkłada się tu pół na pół; swoje za uszami ma samochód, ale i ja mogłem w instrukcję wczytać się uważniej. Prawda jest taka, że jest to turbogadżet, którego trzeba się nauczyć. Gdy już się go kupi, ma się na to nieskończoną ilość czasu. Gorzej, gdy przychodzi do wynajmu. Wówczas należy zadbać o dokładne przeszkolenie przez pracownika wypożyczalni, bo w trakcie wakacji szkoda tracić nerwy na coś, co nie działa, a powinno, w dodatku kosztuje niemałą kasę.

Właśnie, kasa. Krótko: Grand California w testowanej wersji kosztuje dokładnie 267 992 zł i niech to wystarczy za odpowiedź, dlaczego jej kupna nawet nie rozważam. No, chyba że wygram w totka, wówczas kto wie. Na pewno jednak - z drugiej strony - raz jeszcze chętnie wybiorę się nią (albo innym kamperem) w podróż. To naprawdę świetny sposób na spędzanie czasu.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA