[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.5

Greedfall - ciekawa fabuła, ciekawszy świat

Piękne krajobrazy, ciekawa fabuła, wspaniały system walki. To wszystko zaserwowali nam twórcy z francuskiego studia Spiders, wręczając nam bilet na statek zmierzający do Nowego Świata. I, choć nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, wycieczka była naprawdę udana. 

Przed wejściem na pokład

I możemy tu mówić o pewnej niespodziance, bo do tej pory produkcje francuskiej firmy nie zachęcały do grania po nocach z wypiekami na twarzy. Eufemistycznie rzecz ujmując. Tym razem jednak na ekranie dzieje się na tyle dużo, ciekawie i tak po ludzku ładnie, że Morfeusz wcale nie będzie obrażony, jeśli kilka razy poczeka na Was dłużej.

Ale po kolei. Greedfall to to gra RPG, w której wcielamy się w postać młodego arystokraty, mającego przed sobą misję zbadania wyspy Teer Fradee - egzotycznego i tajemniczego lądu, pełnego magii, baśniowych (lub koszmarnych) stworzeń i tubylców, którzy wcale nie są zachwyceni wizytą nieco bardziej cywilizowanych narodów. Na świat patrzymy z perspektywy trzeciej osoby i zazwyczaj poznajemy go w towarzystwie dwóch z pięciu kompanów, których możemy dobrać tak, by uzupełniali się umiejętnościami z naszym bohaterem. Nie ograniczają się oni jedynie do biernego asystowania nam podczas kolejnych awanturniczych wypraw, lecz są integralną częścią świata: zlecają misje, mają swoje historie, humorki i charaktery. 

Jeśli tło wydarzeń kojarzy się Wam z europejskimi wyprawami do obu Ameryk,  dobrze Wam się kojarzy. Wirtualni odkrywcy, w przeciwieństwie do swoich odpowiedników ze Starego Kontynentu, nie pałają jednak tylko i wyłącznie żądzą zysku i dominacji nad wszystkim, co się rusza. Nie są oczywiście święci, ale jedną z głównych motywacji wypraw na Teer Fradee jest odnalezienie lekarstwa na nieuleczalną jak dotąd zarazę, która dziesiątkuje narody starego świata nie patrząc na polityczne podziały. A tych jest bez liku.

I tak doszliśmy do pierwszej mocnej strony Greedfall, w której będziemy mogli zanurzyć się w świat intryg, lawirować pomiędzy stronnictwami i frakcjami, podejmować polityczne decyzje i rozwiązywać spory. Każda z frakcji jest dobrze przedstawiona i w zależności od upodobań czy poglądów, możemy wykreować rozwój wydarzeń tak tak, by sprzyjać naszym faworytom.

Bo, a jakże, kolonizatorzy (nie bójmy się tego słowa) przenieśli swoje odwieczne waśnie na nową planszę. Tylko od nas zależy, jak pokierujemy pionkami i ważniejszymi figurami. A propos pionków - jak w każdej klasycznej rozgrywce RPG, nasze początkowe umiejętności lokują nas właśnie wśród pionków. Na szczęście jeszcze przed wypłynięciem do Nowego Świata otrzymujemy możliwość zdobycia pierwszych szlifów i z pałacowego mięczaka powoli awansujemy na dobrze rokującego poszukiwacza przygód. 

Zaczynamy od stworzenia postaci, określając jej wygląd i płeć za pomocą dość prostodusznie skonstruowanego kreatora. Następnie szybki wybór umiejętności i gotowe. Drzewko rozwoju postaci podzielono na trzy główne ścieżki: techniczną, wojskową i magiczną. Dodatkowo możemy rozdzielać zdobyte punkty doświadczenia na sześć różnych atrybutów i tyleż samo talentów. Jest tego całkiem sporo, a raz podjęte decyzje można zmieniać za pomocą Kryształów pamięci. Sprawia to, że poszukiwanie własnego wirtualnego ja staje się fajną zabawą. 

A o wszystkim, co przeczytaliście powyżej, dowiadujemy się z kilkugodzinnego samouczka, który rozgrywa się jeszcze przed wypłynięciem na odległą wyspę. Jest nauka walki, są różnorodne zadania i zadanka, których celem jest nauczenie gracza podstaw.  Sprytne rozwiązanie, dzięki któremu można zacząć dobrze operować postacią, zanim przyjdzie nam wpaść w wir głównej fabuły. 

REKLAMA

REKLAMA

Czy naprawdę jest tak dobrze?

Jest. Zwłaszcza wtedy, gdy nasz bohater postanowi porzucić przynależne jego stanowi dobre maniery i przejdzie do godnego pospolitych oprychów mordobicia. Oczywiście możecie wszystko próbować załatwić polubownie, starać się nie ranić czyichś uczuć i nie brudzić aksamitnych rękawów krwią złoczyńców. Możecie też podążać drogą skrytobójcy i rozwiązywać zadania w iście hitmanowskim stylu, ale... nie warto.

Bo walka jest naprawdę świetna, a wybór wszelkiej maści oręża jest przeogromny. Miecze, topory, pałki, włócznie, halabardy, broń palna krótka i długa, magiczne eliksiry, zaklęcia. Sposobów uśmiercania przeciwników nie sposób naliczyć i tylko od nas zależy, który wybierzemy. 

Starcia z wrażymi szeregami to zdecydowanie najmocniejsza strona całej produkcji. Animacje są przyjemne dla oka, zaklęcia efektowne, a fechtunek czy magiczne popisy wywołują to charakterystyczne poczucie satysfakcji. Nie ma tu miejsca na znużenie przy kolejnych potyczkach. 

Duża w tym zasługa taktycznej pauzy, która pozwala nam spojrzeć na rozgrywaną właśnie bitwę z dystansem i zaplanować nasze poczynania na kilka kroków do przodu. Najpierw unik, potem łyk eliksiru uzdrowienia i na końcu atak dystansowy? Proszę bardzo. Taktyczna pauza umożliwia nam też skomponowanie własnych skrótów i przypisanie do nich najczęściej używanych lub najbardziej przydatnych w walce umiejętności, broni czy zaklęć. I zabawa staje się naprawdę intuicyjna. 

REKLAMA

Panie, którędy do Teer Fradee?

Pomysł na oprawę graficzną ma ewidentnie barokowy rodowód. Czuć tu klimat znany z obrazów Caravaggia, a w powietrzu unosi się morska bryza i proch strzelniczy, przypominając czasy bardzo intensywnej kolonizacji świata przez Europejczyków.

Szczególnie w miastach obserwujemy ciekawą grę światła i cieni. Niestety większość obszarów zurbanizowanych wygląda całkiem podobnie do siebie. Jeśli tęsknicie za zróżnicowanymi lokacjami, nie znajdziecie ich w obrębie murów miejskich. Mało tego, bardzo duża część mapy będzie niedostępna, bo Greedfall zdecydowanie nie jest grą z otwartym światem, gdzie możecie zajrzeć pod każdy kamień i zdmuchnąć każdą świeczkę. Nie, trzeba pogodzić się z faktem, że niektórych drzwi nigdy nie otworzycie i tyle. A nawet jeśli otworzycie, możecie poczuć się trochę rozczarowani, bo lokacje wewnątrz budynków nie zachwycają różnorodnością. Twórcy gry chyba chcieli nas wygnać na zewnątrz, sugerując, że tam zaczyna się zabawa. 

I coś w tym jest, bo poza miastami jest... lepiej. I ładniej. Tak, dopiero na odległość strzału z łuku od miejskich murów możemy podziwiać najpiękniejsze pejzaże i widoki. Tylko jedna uwaga - Greedfall to nie jest gra, która rzuci Was na kolana grafiką. Co to, to nie. I im bliżej, tym gorzej. Średnio bowiem wyglądają animowane dialogi, podczas których postaci przypominają bohaterów polskich komedii romantycznych - są po prostu drewniane.

Za to przedstawiony świat jest naprawdę spory i ma wiele do zaoferowania. Spotykamy w nim rdzenną ludność Teer Fradee, mnóstwo magicznych i niemagicznych stworzeń oraz licznych śmiałków ze starego świata, a wraz z nimi wspomniane już polityczne zatargi i wspomnienie umierającego na zarazę Starego Kontynentu. Wszystko to jest bardzo różnorodne i aż prosi się o odkrycie. Nowy Świat pełną gębą.

Jego bogactwa możemy eksplorować, korzystając z opcji szybkiej podróży, podczas której każdorazowo rozbijamy obóz. Na takowym postoju możemy zaczerpnąć tchu, porozmawiać z towarzyszami, kupić wyposażenie, czy zmienić coś we własnym rynsztunku. Kolejne, po taktycznie pauzie, ciekawe i dobrze zaimplementowane rozwiązanie. 

No dobrze, czyli podróże są fajne, ale po co podróżujemy? Fabuła nie poraża wielowątkowością, ale też nie zniechęca liniowością. Trochę poszukiwania cudownego leku, szczypta polityki, dwie garści klasycznych misji w stylu znajdź kogoś, przekonaj, zabij. Narracja jest umiarkowanie ciekawa, a każde z zadań możemy rozwiązać na kilka sposobów. Zazwyczaj do wyboru mamy rozwiązanie siłowe lub sposób mniej bezpośredni. Wszystko zależy od tego, jak chcemy zagrać i w jaki sposób rozwinęliśmy naszą postać. Jeśli przydzieliliśmy jej trochę punktów retoryki, możemy liczyć na polubowne załatwienie wielu spraw. Jeśli natomiast nasz nobliwy podopieczny mocniejszy jest w szabli niż w gębie, cóż, trup ściele się gęsto. Jest też trochę biegania z punktu A do B, ale tego po prostu nie dało się uniknąć. Na szczęście w większości przypadków nie jest to bieganie bezsensowne i nawet zadania poboczne zasługują na naszą uwagę. 

REKLAMA

REKLAMA

A co poszło nie tak?

No i koniec pochwał. Teraz będzie lista uchybień i niedoróbek. Na szczęście nie jest długa. Pierwszą rzeczą, o której już mimochodem wspomniałem, jest brak otwartego świata. Jak na grę, która opowiada o odkrywaniu całkowicie nowego kontynentu, zaskakująco dużo jest w tym odkrywaniu ograniczeń. Szkoda, bo byłaby to idealna sceneria, by zapełniać kolejne białe plamy na mapie i poznawać tajemnice dziewiczego terytorium bez narzuconej z góry ścieżki. Chciałoby się z niej zejść, a nie można. Budżet wynosił tyle i tyle.  Wyżej podskoczyć się po prostu nie udało.

A właśnie, skakanie. Z tym skakaniem też śmieszna sprawa, bo go nie ma. Nie wskoczycie na żaden głaz, kufer, beczkę czy inne podwyższenie. Wszystkie elementy krajobrazu, na które możecie się wdrapać, zostały oznaczone. Poza nimi nawet tak niebosiężne szczyty jak taboret są poza zasięgiem grającego. Jest to bardzo irytujące i dość skutecznie zmniejsza przyjemność płynącą z gry. 

Nie bez powodu nie wspomniałem też wcześniej o oprawie audio. Nie ma bowiem za bardzo o czym wspominać. Muzyka ani nie przeszkadza, ani nie wprowadza klimatu, który zapadłby w pamięć. To nie poziom ścieżki dźwiękowej trzeciego Wiedźmina, gdzie z przyjemnością wchodziło się do karczmy, by posłuchać gwaru gawiedzi i przygrywających muzykantów. Również napotykani po drodze przechodnie odstają od swoich kolegów z Novigradu czy Velen i skutecznie wtapiają się w otoczenie. 

Jak to podsumować? Greedfall to na pewno opowieść z ciekawym światem, sprawnie poprowadzoną fabułą i niezwykle grywalnym systemem walki. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że gdyby twórcy gry poświęcili więcej czasu lub mieli więcej środków, cała produkcja mogłaby z kategorii dobrego rzemiosła przenieść się do kategorii artyzmu. Może nie wirtuozerii, ale na artyzmu na pewno. Ja polecam. To RPG z krwi i kości, który tymczasowo pozwolił mi ugasić gdzieś tam tlące się we mnie oczekiwanie na czwartą odsłonę przygód pewnego zabójcy potworów. 

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij