Dying Light 2: Stay Human jest grą świetną i taką sobie jednocześnie

„Dying Light 2: Stay Human” to wzorowa kontynuacja hitu sprzed 7 lat, ale grze i tak trochę brakuje do ideału.

Dying Light 2 fot. materiały prasowe

Dwdzieścia lat po wydarzeniach z Harran cywilizacja ostatecznie (czyżby?!) upadła. Ocalali ukryli się przed złowrogim światem w zaledwie kilku osadach, zresztą też niespecjalnie bezpiecznych, bo wypełnionych rozpolitykowanymi frakcjami oraz - oczywiście - nieumarłymi/zombie/dopadniętymi przez wirus. Który to wirus, warto to zaznaczyć, znalazł się już przecież pod kontrolą; chciwi wojskowi próbowali zrobić jednak z niego biologiczną broń i ten "uciekł" z laboratorium. Brzmi znajomo? Jak jedna z teorii spiskowych dotycząca rzeczywistej pandemii? To na pewno nie przypadek, a próba zakotwiczenia historii opowiedzianej w Dying Light 2: Stay Human w obecnych realiach. Czy udana - o tym dalej.

REKLAMA

Pomiędzy wspomnianymi osadami krążą kurierzy, tzw. pielgrzymi. Jednym z nich jest Aiden - główny bohater Dying Light 2 - który do europejskiego Villedor trafia w poszukiwaniu siostry. Aiden szybko orientuje się, że jest to zadanie zdecydowanie trudniejsze, niż mogłoby się początkowo wydawać. W Villedor będzie musiał opowiedzieć się po którejś ze stron trawiącego miasto konfliktu, pomóc jego mieszkańcom, uratować niejedno życie, w tym wielokrotnie swoje.

Pomoże mu w tym spryt, umiejętność poruszania się po ulicach i dachach w stylu parkour, a także masa zmyślnej broni białej - niezastąpionej w walce z nieumarłymi, którzy za dnia ukrywają się przed dziennym światłem w każdym zakamarku i mało liczebnie włóczą się ospale po ulicach, aby nocami te ulice stadnie zaludniać, tfu, zazombiać, jednocześnie ułatwiając penetrację bogatych w łupy zabudowań. Ten system dynamicznie zmieniających się reguł - nomen omen - gry bardzo udał się w pierwowzorze, ale w drugiej części jest jeszcze lepszy, w zasadzie kompletny. To w ogóle najlepiej zrealizowany element Dying Light 2: Stay Human.

Dying Light 2: Stay Human jest grą bardzo nierówną

Ta gra powstawała długo, chyba nawet zbyt długo - i to widać. Normalnie 7-letni proces twórczy pozwala każdą produkcję dopracować do perfekcji. W wypadku Dying Light 2: Stay Human wielokrotnie widać jednak, że już sama koncepcja gry ulegała w tym czasie wielokrotnie zmianie, a niektóre mechaniki pojawiały się na późniejszych etapach, mocno wpływając na te dotychczasowe . Problemy produkcyjne w wypadku produkcji polskiego Techlandu nie są zresztą żadną tajemnicą - branżowe media donosiły o nich regularnie.

Problem polega na tym, że finalnie te problemy, a w zasadzie ich efekty, w Dying Light 2: Stay Human po prostu widać. Gra potrafi jednocześnie zachwycać i odpychać. Na papierze wszystko zrealizowane jest tu wzorowo, w praktyce jednak wiele rzeczy po prostu kuleje.

Już pal licho nierówną fabułę, której sam nawet punkt wyjścia brzmi raczej absurdalnie - z tego przecież łatwo można wybrnąć. Większym problemem jest tu mniej satysfakcjonujący niż w jedynce system walki i parkour. Początkowo wydawać może się, że Dying Light 2 po prostu uczyć będzie gracza kolejnych technik zdecydowanie bardziej oszczędnie, całość próbując w ten sposób uwiarygodnić; po wielu godzinach spędzonych z grą to uczucie "sztywności" jednak nie znika. Bywają oczywiście momenty, w których pojedynki z nieumarłymi czy poruszanie się po mieście ma to właściwe flow, jednak w wielu przypadkach ma się wrażenie pewnej ociężałości.

Dying Light 2fot. materiały prasowe

Problematyczny jest też sam układ Villedor. Miasto przypomina miejscami wręcz makietę pod parkour spreparowaną i nie jest to rzecz dobra. Wiele miejscówek w grze wygląda zresztą identycznie. Na start lokacje potrafią zachwycić - ale gdy odwiedza się kolejny raz dokładnie tę samą, położoną jednak w dwóch różnych częściach miasta, to o immersji i wiarygodności łatwo zapomnieć.

Tak jak i podczas podążania za wątkiem głównym, a zwłaszcza w trakcie misji pobocznych. Samą historię Dying Light 2: Stay Human wypada ocenić stosunkowo wysoko, mimo wspomnianego absurdalnego punktu wyjścia. Rozbudowane wątki poboczne i ogrom możliwości, które oferuje Villedor, sprawiają jednak, że Aiden z poszukiwaniami siostry, które przecież definują jego dorosłe życie, wcale się nie spieszy. Tak jak Geralt w Wiedźminie 3 podążający tropem Yen i Ciri, tak Aiden zatrzymać potrafi się przy każdej, najmniejszej nawet pierdółce. Ważniejsze od siostry może się na przykład okazać ściągnięcie z latarni futra z lisa średnio ogarniętej śpiewaczki. Co ona w ogóle w tym świecie robi, pytać nawet nie będę, ale kształt tej misji, jej wydźwięk, związane z nią linie dialogowe pasuje do Dying Light 2 jak pięść do nosa. Takich potknięć w całej grze jest niestety dużo więcej.

Dla porządku dodam jeszcze, że w ogóle linie dialogowe bywają w produkcji Techlandu bardzo dobre; całkiem sprawnie napisane i trzymające odpowiednie tempo, ale pełno jest też w Dying Light 2: Stay Human okropnych banałów i zwykłych zapychaczy, z których to nic, ale to absolutnie nic nie wynika. Wypowiedzianych zresztą również raczej słabo - dubbing (zarówno polski, jak i angielski) są chyba najsłabszym elementem gry.

To wszystko nie zmienia faktu, że Dying Light 2: Stay Human potrafi błyszczeć

Błyszczy na przykład sam wstęp do gry. Skąpany w zachodzącym świetle, niezwykle klimatyczny, zapowiada rzecz wydawałoby się znakomitą. I to wrażenie utrzymuje się aż do momentu, w którym świat gry otwiera się na gracza. Nagle, gdy z raczej liniowego doświadczenia, otrzymuje się pełną swobodę, czyli zabawa w zasadzie dopiero się zaczyna, cała magia znika. Dying Light 2: Stay Human okazuje się wówczas grą, do której spróbowano napchać wszystkiego i naraz, tak mocno przy okazji inspirując się innymi produkcjami; w ogromnej mierze serią Far Cry. I jest jak w wierszu Marcina Świetlickiego: świat stoi przed graczem potworem, choć miał przecież otworem.

Błyszczy też wspomniany już system dzień-noc. Ucieczka nocą przed nieumarłymi czy penetracja wnętrz budynków pompują do krwi adrenalinę dokładnie tak jak trzeba. Ta mechanika zrealizowana jest perfekcyjnie, nawet gdy ucieka od głównej fabuły - tutaj wystarczy, że gracz dopowie ją sobie sam, by ulec zachwytowi świata przedstawionego.

Błyszczą zdecydowanie niektóre misje i niektóre postaci niezależne. Błyszczy niekończąca się zawartość gry (choć ten ogrom możliwości z drugiej strony psuje właśnie mocno wrażenia płynące z wątku głównego). Villedor w zasadzie non stop zachęca do tego, żeby zejść z obranej wcześniej ścieżki i sprawdzić kolejny zaułek, budynek, dach. Jeśli ktoś ceni sobie tego rodzaju eksplorację, będzie zachwycony.

Dying Light 2: Stay Human to jedna z tych gier, w której tak łatwo można znaleźć choćby ten jeden element, który do ekranu przyciąga i nie pozwala się od niego oderwać. To wzorowa piaskownica, w której bawić można się na własnych warunkach.

Nawet jeśli drażni fabuła, momentami wkurza grafika albo konstrukcja misji pobocznych, to i tak pełno jest tu elementów, czasami nawet tak drobnych, że początkowo niewidocznych, które zwyczajnie zachwycają. Dying Light 2: Stay Human jest nie jedną, a kilkoma różnymi grami naraz, lepszymi i gorszymi - największa siła tej produkcji tkwi właśnie w tym, że to gracz tak łatwo zdecydować może, w którą w danym momencie grę ma ochotę zagrać.

Można więc narzekać, ale można też najpierw przymknąć trochę oko (na niedoskonałości) i pozwolić następnie dać je sobie otworzyć (solidną dawką adrenaliny). Polecam właśnie to rozwiązanie.

Ocena redakcji: 7/10

Dying Light 2fot. materiały prasowe
  • Producent: Techland
  • Platformy: PC, PlayStation 4, PlayStation 5, Xbox One, Xbox Series X|S

Zastrzeżenie: Kopię gry do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od producenta gry.

REKLAMA