REKLAMA

Długodystansowy test plecaka miejskiego Thule Paramount 27

Coraz częściej zdarza się, że płacimy jak za zboże, a kupujemy tandetę ze znanym logotypem. To nie ten przypadek. Plecak - owszem - tani nie jest, ale po ponad 14 miesiącach intensywnego używania wiem, że dawno nie miałem tak porządnie wykonanej rzeczy. W dwóch słowach: Pan Pancerny.  

Plecak Thule Paramount Motor-Presse Polska
Plecak Thule Paramount 27, Fot. Wojciech Małkowicz
Plecak Thule Paramount 27 wraz z pierwszymi, krótkimi wrażeniami z użytkowania zaprezentowaliśmy wam w Men's Health 03/2020. A to znaczy, że momencie, w którym piszę te słowa, jest na służbie już ponad 14 miesięcy. Jego test można więc bez najmniejszego wahania określić długodystansowym. Warto podkreślić, że na dodatek bardzo wymagającym. Tak, trzeba to powiedzieć wprost - Pancerny dostał u mnie w tym czasie naprawdę konkretny wycisk. 

REKLAMA

Gdyby ten testowy egzemplarz trafił do jakiegoś wielkomiejskiego hipstera, miałby życie usłane różami. Woziłby tylko piękne przedmioty z logotypem jabłuszka i podróżowałby głównie na siedzeniu klimatyzowanego samochodu. Trafił jednak do mnie. A to znaczy, że w życiu miał naprawdę pod górkę. 

Z plecakiem bardzo się - uwaga, spoiler! - polubiłem, więc nosiłem go praktycznie codziennie. Po mieście głównie jeżdżę rowerem, albo chodzę na piechotę, więc miałem go na plecach w słońcu, deszczu i śniegu przez jakieś 250 dni w roku (szacunek przybliżony - w sądzie by się nie obronił, ale dość dobrze oddaje skalę zjawiska). Nie miał lekko nawet w domu, ponieważ tam czekał na niego z utęsknieniem kot, który z siatki pokrywającej plecy uwielbiał sobie robić drapak.

Nie służył mi do przenoszenia laptopa i okularów przeciwsłonecznych. To znaczy one też czasem do niego trafiały, ale ich udział w ogólnej liczbie transportogodzin określiłbym jako marginalny. Zamiast nich w przepastnych czeluściach plecaka znacznie częściej lądowały ziemniaki, jabłka i cebula, albo akcesoria treningowe. Był bowiem prawdziwym wołem roboczym i służył mi absolutnie do wszystkiego. 

Pojemność plecaka - konkretny transporter

Producenci plecaków są trochę jak koncerny samochodowe. Do określania pojemności swoich wyrobów podchodzą czasem z podobną swobodą, jak ci drudzy do podawania zużycia paliwa na 100 km. W tym wypadku warto więc sprecyzować, że widoczne w nazwie 27 l absolutnie nie jest dobrane na wyrost. 

Thule Paramount to plecak bardzo pojemny. Jak bardzo? Posłużmy się konkretami. Mieści się w nim przykładowo spora część moich weekendowych zakupów spożywczych, ważących nawet kilkanaście kilogramów. Plecak nosi się wygodnie nawet wtedy, gdy jest mocno wypakowany, a ładunek, dzięki grubej warstwie pianki pokrywającej plecy, nie uwiera. I to pomimo faktu, że w markecie przy kasie nie ma czasu na przemyślane pakowanie i wszystkie opakowania - często kanciaste, plastikowe, albo metalowe - wlatują do niego jak popadnie.   

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Plecak jest niezwykle pojemny i mieści naprawdę spore zakupy. Jednak kiedy jest wypakowany, klapa, która normalnie zwisa luźno i trzyma się na lekkim magnesie, zaczyna nieładnie odstawać. Minus natury estetycznej, a nie funkcjonalnej, ale jednak minus. Fot. Max Pflegel

 

Bez problemów pakuję się do niego, idąc na trening do siłowni. Strój sportowy, buty, ręcznik, klapki pod prysznic, kosmetyki - a miejsca i tak zostaje jeszcze sporo. Wyjątkiem może być jedynie sytuacja, kiedy uprawiasz sport wymagający jakichś specjalistycznych akcesoriów, np. rękawic czy ochraniaczy. Wtedy oczywiście może zrobić się ciasno.    

Na trening często wybieram się, łącząc to z wyjściem do redakcji. Więc w plecaku mam jeszcze notatnik, różne papiery, egzemplarz MH albo latop. I znowu - wszystko mieści się bez problemu, a osobna, pojemna kieszeń na komputer i papiery sprawia, że sąsiedztwo mokrych po treningu ubrań albo ręcznika zupełnie im nie przeszkadza. 

Plecak okazał się także świetnym kompanem na weekendowe wyjazdy. Jasne, pakując się na nie, trzeba robić to z głową, ale z drugiej strony nie musiałem się też jakoś specjalnie ograniczać. Podsumowując - w żadnym z codziennych zastosowań miejsca mi w nim nie brakowało.     

 

REKLAMA

REKLAMA

Wyjątkowa trwałość - nie do zdarcia

Gdybym chciał poszukać porównania, możliwie precyzyjnie oddającego to, jak traktowałem przez te 14 miesięcy plecak, musiałbym sięgnąć do początku podstawówki. W określeniu, że miałem dla niego tyle poważania, co pierwszoklasista dla tornistra, naprawdę nie będzie wiele przesady.

REKLAMA

A mimo to nie widać po nim praktycznie żadnych śladów tych wszystkich harców. No, może w kilku miejscach nieco się przybrudził, a w jednym rogu delikatnie postrzępiła się nitka w miejscu rozpoczęcia ściegu. Tyle. Nie puścił żaden szew. Nie poddał się żaden zamek. Nie naderwał żaden uchwyt albo szelka, a przecież często gwałtownie podnosiłem plecak z zakupami ważącymi kilkanaście kilogramów.

Ku mojemu zdziwieniu jak nowe wyglądają nawet elementy zużywające się najszybciej, czyli siateczka na wewnętrznej stronie szelek oraz pokrywająca gąbkę na plecach. I to pomimo faktu, że - jak już wspominałem - mój kot uwielbia robić sobie z nich drapak. Pilnowałem dziada, jasne, ma też systematycznie przycinane pazury, ale wciąż...  

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Tył plecaka i szelki wyglądają po 14 miesiącach używania jak nowe. Pokonały nawet kota, który uwielbia je drapać. Fot. Max Pflegel

 

Plecak wykonano z grubego, mięsistego nylonu, który od wewnętrznej strony został podgumowany. Materiał jest dzięki temu nieprzemakalny, a plecak - również dzięki klapom osłaniającym główną komorę oraz zewnętrzną kieszeń - skutecznie chroni zawartość przed zamoczeniem w przypadku deszczu. Największym wyzwaniem, jakiemu go poddałem, była półgodzinna jazda na rowerze podczas średnio mocnego opadu. Papiery w specjalnej przegrodzie od strony pleców dojechały suche. 

Firma Thule określa go jako "odporny na warunki pogodowe" i to właściwie dobrane słowa. Bo wodoodporny, ze względu na szwy oraz zamki, które przed wodą zabezpieczone nie są, plecak już oczywiście nie jest. W miejskich warunkach radzi sobie jednak więcej niż dobrze.

Na gromką pochwałę zasługuje jakość szwów oraz zamków błyskawicznych. Chodzą wyjątkowo płynnie, a dzięki fragmentowi pokrytemu gumą chwyta się je wygodnie i pewnie. 

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Dzięki fragmentowi pokrytemu gumą zamki chwyta się wygodnie i pewnie. I trudno przestać się nimi bawić. Sprawdzone info. Fot. Max Pflegel 

 

Generalnie w kategorii jakość wykonania Thule Paramount dostaje ode mnie 6 punktów na 5 możliwych. Po prostu bomba. Nie mam żadnych wątpliwości, że to rzecz, która będzie służyć przez dłuuugie lata. 

Kieszenie na każdą okazję

Kiedy omawiałem przekazanie plecaka do testu, usłyszałem od PR-owca firmy Thule historię o tym, jak był bliski zapłacenia mandatu, ponieważ w trakcie kontroli drogowej nie mógł znaleźć w plecaku Paramount dokumentów. Tyle w nim jest kieszeni. Wtedy jakoś nie zapadła mi ta opowieść głębiej w pamięć, ale przypomniałem sobie o niej błyskawicznie, kiedy mój syn musiał przejechać przez całe miasto, żeby przywieźć mi klucze do mieszkania. Swoją parę znalazłem tuż przed tym, jak dotarł. Były w jednej z 17 kieszeni plecaka Thule Paramount. 

Tak, ta liczba to nie jest pomyłka. Według moich rachunków plecak ma aż 17 różnego rodzaju kieszeni, komór i przegródek. Przyznaję, w pierwszej chwili byłem tą liczbą nieco przytłoczony i wydawało mi się, że taki poziom komplikacji bardziej przeszkadza, niż pomaga. Historia z kluczami nie była wyjątkiem. Kilka razy zdarzało mi się, że nie mogłem znaleźć rzeczy, która gdzieś w nim była. 

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Mnogość kieszeni i przegródek w plecaku Thule Paramount pozwala na wygodną obsługę mobilnego biura. Fot. Max Pflegel

 

Wystarczyło jednak kilka tygodni, żeby ogarnąć ten labirynt. Przyzwyczaić się do niego i polubić. A nawet trochę uzależnić. Bo kwestia organizacji i przechowywania różnego rodzaju przedmiotów została przez projektantów Thule gruntownie przemyślania i z czasem okazuje się, że zaprojektowanych przez nich rozwiązań brakuje mi w innych moich plecakach. 

Po prostu uwielbiam błyskawiczny boczny dostęp do części przeznaczonej na laptopa, tablet oraz dokumenty. Równie dobrze działa drugi boczny zamek, umożliwiający dostanie się do głównej komory. To tak praktyczne rozwiązania, że poza pakowaniem zakupów w sklepie, albo rzeczy na trening czy dłuższy wyjazd, na co dzień właściwie w ogóle nie korzystam z dostępu od góry.

Wymaga on bowiem odsłonięcia górnej klapy i odsunięcia zamka, podzielonego na dwie części. Razem trzy mało naturalne ruchy wobec jednego, wyjątkowo wygodnego w przypadku dostępu z boku. Bez sensu.      

Uwielbiam też małą, boczną kieszeń od strony pleców, która pozwala bezpiecznie nosić np. portfel, a jednocześnie mieć do niego dostęp szybki niczym rewolwerowiec do swego Colta. Dobrze sprawdza się także boczna kieszeń na elektronikę umieszczona po drugiej stronie plecaka.     

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Uwielbiam szybki, boczny dostęp z boku do laptopa i dokumentów, a także małą kieszonkę od strony pleców, np. na portfel. Fot. Max Pflegel

 

REKLAMA

Plecak idealny?

Niestety nie. Niby drobiazg, ale jednego się czepię. Paramount jest jak ryba - psuje się od głowy. Zaznaczyłem już, że dostęp od góry do głównej komory nie jest zbyt wygodny, a teraz to rozwinę.

REKLAMA

Po pierwsze klapa mocowana jest na magnesy. W pierwszej chwili wydało mi się to świetnym bajerem, ale z czasem okazało się jedynie bajerem właśnie. Magnesy trzymają ją delikatnie i w praktyce klapa po prostu zwisa luźno. W moim egzemplarzu nie da się jej mocować na różnej wysokości, jak pokazuje to zdjęcie produktowe na stronie producenta. 

Normalnie ta zwisająca klapa, której zadaniem jest ochrona przed deszczem, zupełnie mi nie przeszkadza, jednak kiedy plecak jest mocno wypakowany zaczyna odstawać (co pokazuje jedno ze zdjęć na początku testu) i w mojej ocenie wygląda nieładnie. 

Druga uwaga jest już nie natury estetycznej, a funkcjonalnej. Górny zamek głównej komory jest niepotrzebnie podzielony na dwie części. To mało ergonomiczne rozwiązanie, bo żeby go odpiąć potrzeba dwóch osobnych ruchów ręką zamiast jednego. A korzyści płynących z takiej opcji w czasie użytkowania nie odkryłem.

Plecak Thule ParamountMotor-Presse Polska
Górny zamek niepotrzebnie podzielono na dwie części, przez co korzystanie z niego jest niewygodne. Na szczęście jest alternatywa w postaci genialnego zamka bocznego. Fot. Max Pflegel

 

Biorąc pod uwagę zamek i klapę oceniam, że góra plecaka konstruktorom Thule udała się wyraźnie słabiej niż reszta. Na szczęście fantastyczne boczne zamki ratują całość i dzięki nim jest to tylko drobny mankament, a nie istotna wada.

Plusy:

  • wyjątkowo wysoka jakość wykonania
  • mnogość kieszeni pozwalająca wygodnie rozmieścić całą masę przedmiotów o różnym charakterze
  • boczne zamki dające błyskawiczny dostęp do komory głównej oraz tej na laptopa i dokumenty
  • odporność na deszcz
  • wygoda noszenia nawet przy dużym i ciężkim ładunku

Minusy:

  • niewygodny dostęp od góry

A gdzie wysoka cena, zapytasz? Przecież recenzenci zwykle umieszczają ją w tym miejscu, żeby znaleźć na siłę jakiś minus produktu. Otóż tym razem jej tutaj nie ma. Fakt, tanio nie jest, ale biorąc pod uwagę trwałość i jakość produktu, a także to, jak ostatnio poszybowały w górę ceny wszelkiego rodzaju plecaków, kwota jakiej życzy sobie Thule nie wydaje mi się już tak wygórowana jak jeszcze 14 miesięcy temu.  

Plecak do testu dostarczyła firma Thule. Cena: 689 zł

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA