REKLAMA

Wioślarz WaterRower Home A1 - recenzja po sześciu latach użytkowania

Gdybym domową siłownię ograniczyć miał do trzech urządzeń, byłyby to ergometr wioślarski, kettlebell i drążek. Gdyby miały to być dwa sprzęty, zrezygnowałbym z drążka. Jeden? Wybrałbym oczywiście wioślarza.

ergometr, WaterRower Home A1 Motor Presse
Przez lata moja domowa siłownia trochę się rozrosła. Zaczynałem od pary ciężkich (zbyt ciężkich) hantli, później kupiłem 16-kilogramowego kettle'a i skakankę, następnie wioślarski ergometr, bokserski worek i gruszkę (plus kilka par rękawic), kolejne hantle, kettlebelle i skakanki, sztangę i piłkę szwajcarską, kółko do brzuszków (a nawet trzy), zestaw oporowych gum, maty do ćwiczeń (po sugestiach sąsiadów z dołu) oraz niezliczoną ilość gadżetów, które teraz czekają w szafie na lepsze czasy. Do klasycznej sieciówki w zasadzie nie mam teraz po co chodzić - kompletny trening jestem w stanie zrobić w domu. I nie piszę tego, żeby się chwalić (nie jest to też próba pozyskania klientów, nie otwieram w końcu fitnessowego butiku). To może odrobinę przydługi, ale jednak wstęp do myśli, która chodzi mi po głowie od dawna.

Gdybym miał z tych wszystkich sprzętów wybrać jeden, na pewno byłby to wioślarz.

 

Nie mam w domu osobnego pomieszczenia, które zaadoptować mógłbym tylko na siłownię. Worek wisi tuż obok regału z książkami, gruszka szpeci pokój dla gości, hantle poupychane są za kanapą, sztanga pod tą kanapą się kurzy, część rzeczy, jak kettlebelle i skakanki, zajmuje po prostu miejsce w szafie. A to sprawia, że czasami aż nie chce mi się kombinować, wszystkich tych sprzętów wykładać, ograniczam się więc do prostszych (co nie oznacza, że mniej skutecznych) treningów. I tylko ergometr wioślarski, WaterRower Home A1, w salonie zajmuje miejsce godne, w zasadzie nawet eksponowane, bo sprzętem jest iście designerskim, pasującym wszędzie i wzbudzającym zawsze niemałe zainteresowanie gości. W dodatku jest to sprzęt cholernie dobry.

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

Wioślarz WaterRower Home A1 - pierwsze wrażenia i moja opinia

W poprzednim, wynajmowanym mieszkaniu, miejsca miałem zdecydowanie mniej i na pewno nie pomieściłbym w nim wszystkich sprzętów wymienionych powyżej. Jednak ergometr wioślarski WaterRower A1 Home kupiłem jeszcze przed kredytem na własne M. Zaczęło się oczywiście od redakcyjnego testu (opublikowanego w listopadowym numerze MH w 2014 roku) - wystarczył tydzień, bym wiedział, że oto do czynienia mam z urządzeniem, które chciałbym mieć na własność.

WaterRower świetnie się prezentował (argument dla dziewczyny, teraz już żony), postawiony w pionie praktycznie nie zajmował miejsca, wyglądał na konstrukcję solidną, zdolną przetrwać lata, ale to szum wody w bębnie, poruszanej każdym pociągnięciem wiosła, urzekł mnie w nim najbardziej. I fakt, że jak podczas prawdziwej "zabawy" na wodzie opór zależny jest od użytkownika. Im mocniej odepchnie się nogami od platformy i im mocniej pociągnie się wiosło, tym większy opór ergometr stawia. Można popływać zupełnie rekreacyjnie, podziwiając widoki (np. serial na Netfliksie), ale można też bez problemu przycisnąć i w zasadzie połykać kilometry (patrząc tylko na wyświetlacz).

ZOBACZ TEŻ: Przez 14 dni pokonywałem codziennie 5 km na wioślarzu. 

WatreRower Home A1

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

WaterRower Home A1 to model podstawowy i najtańszy, co nie oznacza wcale, że po pierwsze, wykonany jest mniej starannie od lepszych i droższych kolegów, a także, to po drugie, że jest... tani. W tej chwili kosztuje odrobinę mniej niż 5 tys. zł. Całość waży 28 kg (bez wody!) i ma następujące wymiary:

  • długość: 212 cm
  • szerokość: 56 cm
  • wysokość: 53 cm.

Gdy postawi się go do pionu (a nie wymaga to specjalnej siły dzięki kółkom zamocowanym z przodu), długość staje się jego wysokością, a wysokość długością. W skrócie oznacza to, że na co dzień wioślarz nie zajmuje zbyt dużo miejsca. U mnie stoi sobie spokojnie niedaleko szafki RTV, nie rzucając się nawet przesadnie w oczy (gdy już przyzwyczai się do jego obecności, bo goście, widząc go pierwszy raz, od razu o niego entuzjastycznie pytają).

REKLAMA

REKLAMA

Wykonany jest głównie z jesionu i aluminium, a także polikarbonu. Większość konstrukcji to właśnie drewno. W stylowej ramie umieszczony jest bęben z kołem wodnym, znajdują się na niej również podesty i uchwyty na stopy oraz wiosło (albo rączka - to tylko kwestia nazewnictwa). To tutaj umieszczono również ekran informujący w trakcie treningu o kilku podstawowych parametrach (dystans, czas, liczba pociągnięć wiosłem na minutę, tempo na 500 m).

Z konstrukcji "wystaje" szyna, po której porusza się siedzisko. Całkiem wygodne, warto dodać, bo odpowiednio miękkie (czyli nie za twarde). Oczywiście pierwszych kilkadziesiąt kilometrów (albo i więcej) dalekich jest od komfortu - do siedziska należy się przyzwyczaić. Warto też dodać, że cały wioślarz opiera się na solidnych, gumowych nóżkach, które tłumią ewentualne wibracje i zapobiegają ślizganiu się ergometru po drewnianej podłodze czy panelach (na dywanie nie występuje żaden z tych problemów).

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

Jest jeszcze oczywiście wspomniane wiosło (rączka) o szerokości wystarczającej, by złapać je mocno na szerokość barków, połączone z mechanizmem koła wodnego solidnym, płaskim paskiem.

REKLAMA

Pojedyncza, aluminiowa szyna w modelu Home A1 to zasadnicza różnica między nim a wariantami droższymi (model S4 wykonany również z jesionu to koszt 1500 zł więcej), w których zastosowano zupełnie inną, drewnianą konstrukcję. W opisywanym przeze mnie modelu siedzisko - powiedzmy - szynę obejmuje, a kółka, które je prowadzą, znajdują się w dwóch prowadnicach wewnątrz niej.

W droższych modelach kółka śmigają z kolei po dwóch prowadnicach znajdujących się na grzbietach dwóch desek i wydaje się to z punktu widzenia wytrzymałości sprzętu rozwiązanie sensowniejsze. Dlaczego - o tym w dalszej części tekstu. Kolejną różnicą pomiędzy tańszym a droższymi modelami to wariant zastosowanego komputera pokładowego. W wariancie Home A1 jest on oczywiście dużo prostszy.

Po wyjęciu z kartonu, samodzielnym złożeniu (proste jak skręcanie regału) i napełnieniu zbiornika wodą WaterRower Home A1 wygląda naprawdę dobrze. I świetnie się na nim trenuje - o czym pisałem na łamach MH oraz na menshealth.pl już kilka razy (w tym miejscu trochę się powtórzę). Niemniej, jeśli chcesz zachować sprzęt w świetnym stanie, warto przestrzegać kilku zasad, z których nie wszystkie znajdziesz w instrukcji obsługi.

ZOBACZ TEZ: Ergometr wioślarski czy narciarski?

REKLAMA

REKLAMA

Sześć lat treningów na ergometrze WaterRower Home A1 - raport z testu na długim dystansie

Trudno mi nawet oszacować, ile treningów i ile kilometrów od września 2014 roku pokonałem na opisywanym wioślarzu, a także jaki jest jego rzeczywisty przebieg. Nie jestem w końcu jedyną osobą, która z niego korzystała. Poza tym nie wszystkie sesje rejestrowałem pulsometrem (zwłaszcza na początku) i nie wszystkie zapisywałem w logbooku.

W samym wrześniu zrobiłem na nim 90 kilometrów, wiosłując osiemnaście razy szybką piątkę jeszcze przed wyjściem do pracy. Dodając do tego kilometry żony, trochę tego będzie. To nie jest oczywiście tak, że WaterRower Home A1 pracuje u nas codziennie albo co drugi dzień od sześciu lat. Powiedzmy, że mamy swoje wioślarskie wzloty oraz upadki i korzystamy z niego nieregularnie.

Czasami trenujemy na nim właśnie codziennie, a czasami przez długie dni, może nawet tygodnie, nie używamy wioślarza do niczego innego poza rozgrzewką przed treningiem siłowym.
Kilka razy odpaliłem też na parę tygodni program biegowy na platformie Polar Flow (niedługo przygotuję o tym osobny tekst) na 10 km, oczywiście zastępując bieganie wiosłowaniem i wówczas wyglądało to tak, że trenowałem na ergometrze cztery razy w tygodniu. Najkrótszy trening (oparty na strefach tętna, a nie na dystansie) trwał wówczas trzydzieści, a najdłuższy siedemdziesiąt pięć minut.

Rozpisałem się, choć ostateczna konstatacja jest prosta i sprowadza się do zdania: ten konkretny wioślarz ma naprawdę spory przebieg.

REKLAMA

Wynika to głównie z faktu, że na ergometrze WaterRower Home A1 ćwiczy się po prostu niezwykle przyjemnie. Opisywany już szum wody to jedno, dwa to fakt, że naprawdę podczas każdego pociągnięcia wiosłem pracują w zasadzie niemal wszystkie mięśnie, z sercowym na czele. Wioślarz sprawdza się do treningów o różnym stopniu intensywności, można też potraktować go jako idealny sprzęt do kilkuminutowej rozgrzewki.

Wiosłuję, słuchając podcastów, oglądając filmy i seriale albo wsłuchując się tylko w dźwięk poruszanej kołem wody. Robiąc interwały, treningi tempowe czy sesje długie. Staram się jak najszybciej pokonać 1 albo 5 km, korzystam z rozpisanych przez specjalistów piramid; ćwiczę, pilnując określonego tętna, albo po prostu daję z siebie maksa. Staram się generować jak największą siłę, pilnując stosunkowo niewielkiej ilości pociągnięć wiosłem na minutę i solidnego tempa albo wręcz odwrotnie - macham niemal jak głupi, dbając jednak o prawidłową technikę.

Słowem: na wioślarzu nie da się nudzić i można zrobić na nim praktycznie dowolny trening. Jego ogromną zaletą jest to, że nie jest to klasyczna sesja kardio - mięśnie również muszą wykazać się sporym zaangażowaniem. Zwłaszcza gdy wykorzysta się ergometr nie tylko zgodnie z jego przeznaczeniem jak w tym właśnie ekspresowym treningu.

REKLAMA

REKLAMA

Mój egzemplarz WaterRower A1 Home ma za sobą jedną przeprowadzkę, kilka wizyt w studio fotograficznym i jedną w warsztacie. Zmuszony byłem kilka razy opróżniać i napełniać zbiornik z wodą, rozkręcać i skręcać drewnianą konstrukcję, a nawet elementy siedziska.

Ten intensywny czas wioślarz zniósł dzielnie, choć nie obyło się bez kilku wpadek.

Wizyty w studio - wiadomo. WaterRower Home A1 okazał się gwiazdą kilku materiałów opublikowanych na łamach MH i nie zawsze udawało się go przenieść w całości po klatce schodowej. Rozłożyć go na części może nie pierwsze, ale na pewno trochę mniejsze nie jest wcale trudno i okazuje się, że po ponownym skręceniu ergometr nie traci nic ze swojej solidności. Warto raz na jakiś czas sprawdzić, czy wszystkie elementy mocno trzymają; wiadomo, drewno pracuje, więc lepiej się upewnić. Co do wizyty w warsztacie - z tylko mojej winy opisywany ergometr musiał zyskać nowy zbiornik na wodę.

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

Wśród akcesoriów niezbędnych do utrzymania ergometru WaterRower w dobrym stanie przez lata znajdują się tabletki z chlorem. Jedną sztukę co kilka miesięcy (i zawsze po uzupełnieniu zbiornika świeżą wodą) należy wrzucić do wnętrza, aby zapobiec rozwojowi wyższego poziomu inteligencji. I nie ma co być mądrzejszym, sprawdziłem na sobie, zastępując dedykowany środek chlorem do basenu; oczywiście po dokonaniu wszelkich odpowiednich matematycznych działań.

Finał tej smutnej historii jest taki, że zbiornika uratować się nie dało, nawet czyszcząc go pod ciśnieniem. Koło wodne wymyśliło swoje własne koło i jedynym sposobem na poradzenie sobie z problemem była klasyczna wymiana. Dlatego to moja rada numer jeden: po ewentualnym zakupie wioślarza dbać o zbiornik, zapisując najlepiej w kalendarzu, kiedy dokładnie należy karmić go chlorowymi tabletkami. Dobrym pomysłem może być też niedorzucanie kolejnej, tylko regularna wymiana wody z jednoczesnym zasileniem chlorem.

Co prawda dołączona do zestawu pompka radzi sobie z zagadnieniem tak sobie (będąc przy okazji świetnym treningiem przedramion), nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by wykorzystać kawałek ogrodowego węża, różnicę poziomów i stary myk znany fanom filmów o złodziejach paliwa i samochodów. Rada numer dwa: lepiej ergometr postawić w cieniu niż w pełnym słońcu. Zawsze to choć trochę spowolni rozwój nowych form życia.

REKLAMA

Warto też trenować w sportowych rękawiczkach, bo pot na wiośle po miesiącach użytkowania zachowywać będzie się jak kropla, która drąży skałę. Trudno potem wyczyścić ślady na uchwycie. No i nie wiercić się na siodełku. Każda taka poprawka pozycji, zwłaszcza przy sporej wadze użytkownika, daje w kość kółkom, łożyskom, szynie - całej tej konstrukcji, dzięki której możliwy jest trening.

SPRAWDŹ TEŻ: Ergometr: galernik z wyboru.

W moim wypadku wymiana zbiornika (raz jeszcze podkreślę – to moja wina) i problem z doczyszczeniem wiosła/rączki to w zasadzie jedyne problemy, z jakimi spotkałem się w ciągu sześciu lat użytkowania. Jasne, ergometr jest głośniejszy niż kiedyś, tj. głośniej chodzi siodełko po szynie, ale do tego można się przyzwyczaić lub po prostu z tym pogodzić. Nie jest to dźwięk, który zagłusza pracę koła wodnego. To element, który musi się trochę zużyć, proste. Ciekaw jestem, jak to wygląda przy droższych modelach o innej konstrukcji tej części.

W niektórych miejscach widać również efekt działania czasu na drewno. Zmiana ustawienia wysokości platform na stopy skutkuje odsłonięciem trochę innego koloru, tak jak i odciągnięcie wiosła z zaczepu - tam również czas, pot i słońce zrobiły swoje. Przyznam jednak, że na takie detale nie zwraca się po prostu uwagi. Całość wciąż prezentuje się wybornie mimo upływu lat i sporego przebiegu. Trzeba jednak pamiętać, by ergometr WaterRower Home A1 traktować bardziej jak mebel niż zestaw hantli. Czyszczenie, konserwacja są więcej niż na miejscu.

REKLAMA

REKLAMA

Dobrze więc - to jakie wady ma WaterRower Home A1?

Globalnie - żadnych. Lokalnie - według mnie dwie. Pierwszą i podstawową jest pokładowy komputer. Ograniczenie do kilku tylko parametrów, a zwłaszcza brak podsumowania sesji z uśrednionymi wynikami raczej nie zadowoli maniaków zbierania wszelkich treningowych danych. Podczas rekreacyjnego wiosłowania to wystarczy, jednak dla budowania superformy przydałoby się trochę więcej.

Trochę więcej, czyli dokładnie tyle, ile daje apka SmartRow wraz rolką, którą zastępuje się jeden z elementów ergometru. Ale po kolei. WaterRower w zasadzie nie ma dedykowanej aplikacji, a to w obecnych czasach trochę dyskwalifikuje fitnessowy sprzęt (taka moda, nic nie zrobisz). Kilka lat temu można było pobrać z App Store'u aplikację Rowmate (o ile dobrze pamiętam, nie było wersji na Androida), czyli w zasadzie prosty logbook, który ostatecznie całkiem nieźle się sprawdzał. Dziś WaterRower takiej aplikacji nie posiada. Chyba że... dokupi się rolkę z modułem Bluetooth SmartRow, która m.in. oblicza moc generowaną przez użytkownika i synchronizuje się z aplikacją o takiej samej nazwie.

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

Brzmi to świetnie i bardzo chętnie bym się na takie rozwiązanie zdecydował, gdyby nie fakt, że to wydatek prawie półtora tysiąca złotych. Cóż, może za jakiś czas przetestuję to rozwiązanie i wówczas okaże się, że jego cena nie jest wcale tak wygórowana. Wydaje mi się jednak, że powinien to być standard, biorąc pod uwagę fakt, że sam ergometr mało przecież nie kosztuje.

REKLAMA

Podsumowanie i ocena końcowa wioślarza WaterRower Home A1

Naprawdę lubię swoją domową siłownię i każdego z posiadanych sprzętów pozbywałbym się ze sporym żalem - gdybym był do tego zmuszony. Ale - jak zaznaczyłem już na samym początku - gdybym miał w domu zostawić tylko jedno urządzenie, byłby to wioślarz. Za wszechstronność trenigu, który można na nim wykonać, za elegancki i prosty design, za szum wody w trakcie ćwiczeń. Gdybym miał dokonywać zakupu raz jeszcze, zastanowiłbym się ewentualnie nad droższym modelem. Nie postawiłbym jednak na sprzęt uznawany przez fitnessowych speców za najlepszy w klasie - Concept 2 świetnie sprawdza się w siłowni, crossfitowym boksie czy na zawodach, ale już niekoniecznie w salonie.

Po sześciu latach mój WaterRower wciąż jest na chodzie i choć nie wygląda jak wyciągnięty prosto z pudełka i swoje przeszedł, wciąż jest tym urządzeniem, na które lubi się patrzeć i z którego lubi się korzystać. Nie jest to sprzęt idealny, ale spełnia swoje zadanie więcej niż dobrze.

Wioślarz Water Rowerfot. Piotr Makowski/MPP

REKLAMA

REKLAMA

Plusy i minusy WaterRower Home A1

Plusy:

  • Solidna konstrukcja, która wytrzyma lata
  • Dostosowujący się do użytkownika opór
  • Szum wody!
  • Design

Minusy:

  • Komputer pokładowy
  • Dedykowana aplikacja wymaga dodatkowych akcesoriów
  • Cena dodatkowych akcesoriów

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA