The World's Strongest Man 2019 - srebro Mateusza Kieliszkowskiego!

W weekend na słonecznej Florydzie odbyły się zawody The World's Strongest Man 2019, które wyłoniły najsilniejszego człowieka na świecie. Gdy opadł kurz na najwyższym stopniu podium stanął Amerykanin Martins Licis. Drugie miejsce, wyprzedzając słynnego Hafthora Bjornssona, zdobył Polak – Mateusz Kieliszkowski.

Strong Man
Tegoroczny triumfator w dwóch poprzednich edycjach konkursu na najpotężniejszego ziemianina zajmował miejsce najbardziej nienawidzone przez sportowców - kończył klasyfikację końcową tuż za „pudłem”. 29-latek, znany do tej pory pod pseudonimem „Dragon”, po wygraniu tytułu dodał do i tak już majestatycznej ksywki przedrostek „Król”. Może niezbyt skromnie, ale za to po amerykańsku, przyznacie?

REKLAMA

Osiągnięcie nowego monarchy w świecie strongmanów jest o tyle imponujące, że ustępował on wagowo zeszłorocznemu zwycięzcy – wspomnianemu już Hafthorowi Bjornssonowi – aż o 50 kg!

Umarł król, niech żyje król

Wielkim faworytem i jednocześnie obrońcą tytułu był znany z serialu „Gra o Tron” Islandczyk i okładkowicz MH, Hafthor Bjornsson. Tym razem jednak musiał uznać wyższość innych śmiałków. Warto jednak wspomnieć, że podczas jednej z konkurencji kwalifikacyjnych "Góra" doznał kontuzji stopy, co niewątpliwie miało wpływ na jego końcowy rezultat.

Jesteśmy jednak pewni, że facet, który ma na ciele wytatuowane hasło „Nie ma żadnego powodu, by żyć, jeśli nie można robić martwego ciągu” jeszcze powalczy o tytuł. W wywiadzie udzielonym The New York Post „Góra” stwierdził, że żeby osiągnąć cel, jakim jest zdobycie tytułu najsilniejszego człowieka na świecie, trzeba pracować przez 365 dni w roku i mieć na tym punkcie obsesję. Naprawdę lubimy tego gościa.

Srebro jedzie do Polski

Dla nas prawdziwym bohaterem jest jednak nasz rodak, Mateusz Kieliszkowski, który w piekielnym słońcu Florydy wywalczył srebro, pozostawiając w pokonanym polu m. in. zeszłorocznego mistrza. Zapamiętajcie to nazwisko, bo usłyszycie o nim jeszcze nie raz. Gratulujemy!  

 

Zobacz również:
W październiku zaliczyłem 33 treningi, poświęcając im łącznie 39 godzin. Spaliłem łącznie 27 367 kcal. Nie wiem, ile razy uderzyłem w treningową tarczę, worek czy sparingpartnera. Nie wiem też, ile ciosów przyjąłem, choć kilka z nich pamiętał będę długo. Niczego nie żałuję.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA