Sztuka chodzenia – fitness w wersji slow

Zamierzam przekonać Cię, że bicie rekordów, pościg za adrenaliną i nowoczesne gadżety  nie są jedynym sposobem na aktywność fizyczną. W moim przypadku  – zarówno dla ciała, jak i ducha – rewelacyjnie sprawdza się zwyczajne chodzenie. Sylwetki z okładki może tak nie zrobisz, ale wszystko inne jest w zasięgu ręki.

chodzenie, NEAT, fitness shutterstock.com
Zacznę od małego coming outu. Kiedy ostatni raz uśmiechałeś się do świata w drodze do pracy? Ja rano, w dniu pisania tego tekstu. W drodze do redakcji przez dłuższą chwilę gapiłem się w parku na wiewiórkę i jakoś tak samo się zrobiło, że twarz bez udziału świadomości rozciągnęła się w naturalnym uśmiechu. A ja poczułem, że jestem we właściwym miejscu i ogarnął mnie spokój. Nie byłoby tego, gdybym, jak kiedyś, jechał do redakcji samochodem.

REKLAMA

ZOBACZ: NEAT - jak ważna jest aktywność pozatreningowa?

Niby oczywiste, ale nie wydarzało się to także, gdy jeździłem przez park rowerem, którym już od wielu lat poruszam się po mieście. Nie to, żebym po drodze bił jakieś sportowe rekordy, ale i tak tempo było zbyt duże, aby zauważać, że świat, który ostatnio wydaje się stać na głowie, w wielu aspektach działa dokładnie tak samo jak dawniej.

Psychologowie trąbią o potrzebie bycia tu i teraz, o tym, by żyć wolniej i uważniej, ale to wszystko długo były dla mnie słowa, których nie potrafiłem świadomie przekuć w codzienność. Aż tu nagle okazało się, że wystarczyło postawić na chodzenie – aktywność dla człowieka absolutnie najbardziej naturalną – żeby zrobiło się samo. Taki slow life, że mucha nie siada. 

PRZECZYTAJ: Powody, dla których warto więcej chodzić

Szybciej, wyżej, mocniej

Masowe uprawianie sportu to wynalazek ostatnich 20-30 lat. Wcześniej zdecydowana większość dorosłych ludzi nie zastanawiała się, jak wcisnąć między codzienne obowiązki morsowanie, dwa treningi i przygotowanie idealnie zbilansowanych posiłków na cały tydzień, a także czy za nerkę dostaną wystarczająco dużo pieniędzy na nowy rower, bo zeszłoroczny model jest o 200 g cięższy. Przejaskrawiam?

Jasne, ale w dobrym celu. W żadnym razie nie zmierzam do tego, by w czambuł potępić sport i powiedzieć, że lepiej zalec na kanapie. Coraz częściej łapię się jednak na myśli, że to wszystko zabrnęło trochę za daleko i aktywność fizyczna stała się dla nas przymusem zamiast przyjemnością i sposobem na zdrowie. Wszystko musi odbywać się w najnowszych ciuchach i z profesjonalnym sprzętem, na oczach znajomych w mediach społecznościowych, z nieustannym porównywaniem wyników z osiągnięciami innych ludzi.

I mówię to jako właściciel dwóch rowerów, tony sprzętu outdoorowego i po przejściu trzech zabiegów chirurgicznych, spowodowanych kontuzjami odniesionymi podczas uprawiania kolarstwa górskiego.

Gdzieś w kontrze do tego wszechogarniającego sportowego pędu jakiś czas temu w moim życiu pojawiło się po prostu chodzenie. Najpierw zacząłem coraz częściej jeździć w góry i wydłużać trasy, które w nich pokonuję. Z czasem jednak dotarło do mnie, że nie o to chodzi. A w każdym razie nie tylko o to. Ja nie urodziłem się sportowcem i nie mam we krwi potrzeby bicia rekordów. Mam za to głęboko zakorzenioną potrzebę fizycznej aktywności. W ruchu czuję się dobrze. Czuję się spełniony i szczęśliwy. I żeby to osiągnąć, nie potrzebuję brać udziału w zawodach. Wystarczy mi, żeby na co dzień stawiać krok za krokiem, jakkolwiek mało atrakcyjnie by to brzmiało.

Ile kroków

Jak dużo powinniśmy chodzić? Większość ludzi odpowie bez specjalnego zastanowienia: 10 tysięcy kroków dziennie. Ta liczba mocno zadomowiła się w powszechnej świadomości, bo jest wszędzie powtarzana jak mantra. Nie ma jednak specjalnie mocnych podstaw naukowych, by upierać się akurat przy 10 tysiącach kroków, a sama liczba wzięła się od nazwy urządzenia Manpo-kei – krokomierza produkowanego w Japonii w latach 60. XX wieku.

Z kolei naukowcy z Harvard Medical School odpowiedzą: dziennie od 4400 do 7500 kroków. Podczas czteroletnich badań zaobserwowali bowiem, że w tym przedziale widać związek między liczbą wykonywanych kroków a spadkiem śmiertelności.

A ja odpowiem jeszcze inaczej: w moim przypadku zamiast wyznaczenia jakiejś normy, którą muszę codziennie wyrobić, o wiele lepiej sprawdziła się zasada, aby po prostu chodzić najwięcej, jak się da. Aby wszystkie codzienne sprawy, kiedy to tylko możliwe, załatwiać na chodząco. To oznacza bowiem zmianę perspektywy. Stanem naturalnym jest dla mnie ruch, a nie bezruch, z którego się na siłę wyrywam, aby wykręcić jakiś wynik. I kiedy już ten nawyk wszedł mi w krew – co oczywiście chwilę trwało – okazało się, że w ogóle nie muszę się do chodzenia zmuszać i motywować.

Jestem więc jak Forrest Gump, który wszędzie biegał. Tylko ja chodzę. Żeby dotrzeć do redakcji – idę. Po wejściu do budynku wybieram schody, ale nie poprzestaję na drugim piętrze, tylko wchodzę na piąte, a potem wracam na redakcyjny poziom. Kiedy mam zejść na dół do baru na obiad, również robię całą rundkę góra-dół.

Zamiast dzwonić do kolegi trzy pokoje dalej, załatwiam sprawę twarzą w twarz. Zakupy spożywcze? Oczywiście na piechotę. Ciężki ładunek? Torba na kółkach jest może i oldskulowym, ale iście genialnym wynalazkiem. Kiedy czekam na przystanku na tramwaj lub autobus (tak, wsparcie w postaci transportu kołowego to żaden dyshonor), przechadzam się po peronie. A w weekend wyjeżdżam w góry i robię kilkudziesięciokilometrową trasę.

Jasne, pandemia trochę pokrzyżowała mi tę rutynę. Gdy pracuję w domu, ruszam się zatrważająco niewiele – w końcu stanowisko pracy mam zaledwie metr od łóżka. Radzę sobie tak, że w plan dnia wplatam marsz trwający 1-2 godziny. Początkowo robiłem go wieczorem, po ciemku, kiedy już poradziłem sobie z wszystkimi obowiązkami. Z czasem zacząłem modyfikować plan dnia, żeby ruszać się w dzień, kiedy słońce ładuje mnie energią. A robotę przerzucam na inne godziny. Jasne, jestem uprzywilejowany, bo rodzaj wykonywanej pracy pozwala mi na dość elastyczną jej organizację.

Mieszkam też w mieście, w którym większość spraw załatwiam na dystansie kilku kilometrów od domu. Nie wszyscy mają ten luksus i radzenie komuś, żeby szedł do biura oddalonego o kilkanaście kilometrów, jest absurdalne. Jestem jednak święcie przekonany, że naprawdę wielu z nas ma realną możliwość przeorganizowania swojego trybu życia w podobny do mojego sposób. To tylko kwestia odpowiedniego ustawienia optyki.

Zatem ile kroków dziennie robię? Nie mam zielonego pojęcia. I nie zamierzam sprawdzać. Chodzenie jest bowiem dla mnie nie tylko niezbędną jak powietrze aktywnością fizyczną, ale trochę też formą buntu przeciwko rzeczywistości, w której wszystko sobie mierzymy, publikujemy i porównujemy. Ścieżki w parku na szczęście nie są jeszcze podzielone na segmenty na Stravie. I chciałbym, żeby jak najdłużej tak zostało.

Bez ciśnienia

Zmotywowanie się do wyjścia z domu ułatwia fakt, że chodzenie to aktywność o najniższym progu wejścia, jaki tylko można sobie wyobrazić. Nie musisz nakładać termoaktywnej bielizny i trzech wartw odzieży, które będą ze soba idealnie współpracować. Nie potrzebujesz specjalnych butów: kilka kilometrów można spokojnie przejść nawet w chińskich trampkach.

Konieczny nie jest zegarek mierzący tempo i ilość kroków. W parku nikt nie spojrzy na Ciebie krzywo, że idziesz zbyt wolno, albo nakładasz na sztangę zbyt niski ciężar. Maszerując, raczej nie złapiesz kontuzji, chociaż owszem, można się przecież poślizgnąć na skórce od banana. Radziecka nauka zna i takie przypadki. Ryzyko jest jednak nieporównywalnie niższe niż w przypadku jakiegokolwiek innego sportu.

Nie będę Cię oczywiście przekonywał, że, chodząc, zbudujesz sylwetkę z okładki MH. Do tego potrzebna jest aktywność zupełnie innego rodzaju, którą pokazujemy Ci na innych stronach tego magazynu. Jednak każdemu według potrzeb. Dla mnie objętość bicepsa nie jest celem nadrzędnym i mam graniczące z pewnością wrażenie, że wiele osób również nie ma problemu, aby pogodzić się z tym, jaką budowę przewidziała dla nich natura.

Spalanie kalorii? Fakt, nie jest to tabata, która pozwala zamienić się w hutniczy piec. I spoko. Ja jednak lepiej się czuję w możliwie ciągłym ruchu o niskiej lub średniej intensywności (marsz w tempie 6 km na 1 h pozwala już odetchnąć w szybszym tempie) niż w sytuacji, w której odrywam się na chwilę od biurka na bardzo intensywny trening. A o tym, że taki model może być skuteczny, świadczą wspomniane już poprzednie pokolenia, wśród których nadwaga i otyłość należały do rzadkości, a sportu przecież masowo nie uprawiano.

Za to dzień schodził na do bólu zwyczajnej krzątaninie, którą obecnie określamy modnym angielskim skrótem NEAT.

W poszukiwaniu wiewiórki

Na koniec nie będzie żadnego Sokratesa ani nawet Paulo Coehlo. Żadnego mniej lub bardziej filozoficznego, dotykającego trzewi ludzkiej natury cytatu, uzasadniającego absolutny prymat chodzenia nad innymi rodzajami atywności fizycznej.

Jeśli do tej pory to nie wybrzmiało wystarczająco mocno, powtórzę: to nie jest wyścig, a jedynie próba zwrócenia uwagi, że często gonimy za czymś, co mamy przed sobą na wyciągnięcie ręki. Dlatego ja sznuruję buty, zakładam słuchawki, odpalam kolejny podcast (w czasie chodzenia zapamiętuję lepiej i mam mnóstwo czasu na naukę) i wychodzę. Wiewiórki w parku czekają, aż ktoś je zauważy.

Zobacz również:
Już dziś o godzinie 13:00 czasu polskiego zapłonie znicz olimpijski. Z rocznym opóźnieniem, spowodowanym pandemią COVID-19, w końcu startują XXXII Letnie Igrzyska Olimpijskie w Tokio 2020. Sprawdź, gdzie będzie można zobaczyć transmisje z IO w TV i online.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA