Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.5

Sto na sto, czyli sekret celnego rzutu

Żaden inny gatunek nie rzuca tak celnie, jak homo sapiens. Mimo to wciąż nie trafiamy zbyt wielu rzutów wolnych, marnujemy serwisy albo nie udaje się nam umieścić piłeczki w dołku golfowym. Oto nasz przepis na lepszą skuteczność w każdym sporcie.

Rzucanie to znajdowanie porządku w chaosie. Im bardziej potrafimy myśleć sekwencyjnie, tym więcej pomysłów jesteśmy w stanie połączyć - rozwinąć słownictwo, połączyć niezwiązane ze sobą znaczenia czy planować przyszłość. (fot. Jamie Chung)
Joe Darrah w jednej ręce trzyma cztery tomahawki, a w drugiej pikowego króla. Przyczepia kartę do celu - kawałka grubej belki przyśrubowanej do starego stołu - i wraca do miejsca, w którym stoję (około 6 m od celu).

"Czego potrzeba, żeby celnie rzucać?" - pyta.

"Dobrego wzroku, powtarzalności, zdolności koncentracji" - odpowiadam, bo odrobiłem zadanie domowe.

Joe podaje mi jeden z tomahawków.

"Zamknij oczy. Nie myśl, po prostu rzuć" - mówi.

Wystarczy trafić do kosza na śmieci zgniecionym w kulkę papierem po kanapce, a przez kilka sekund czujesz się jak młody bóg.

Mocno zaciskam powieki, z góry przepraszam przechodzące obok koty i właściciela okna, które zaraz rozbiję, a potem rzucam. Trach. Otwieram oczy i widzę toporek wbity kilkanaście centymetrów od karty.

"Wymień, proszę, jeszcze raz te trzy cechy niezbędne do celnego rzucania" - prosi Darrah.

"Dobry wzrok, powtarzalność...".

Trach, trach, trach. Darrah obraca się i bez patrzenia umieszcza trzy pozostałe tomahawki w trzech różnych celach. Ostatni toporek wbija się w sam środek karty.

"W takim razie wytłumacz to, co teraz zrobiłem" - mówi.

Nie potrafię tego zrobić. Więcej, nie jestem pewien, czy on umie to wytłumaczyć.

Euforia po trafieniu zapisana w DNA

Jeśli chodzi o błyskawiczne sprawienie przyjemności, nic nie może równać się z trafieniem w sam środek tarczy. Cały proces celowania i rzucania może trwać zaledwie jedną ósmą sekundy, czyli mniej więcej tyle czasu, ile potrzeba, aby impuls z mózgu dotarł do właściwego miejsca i spowodował reakcję, a efektem trafienia w środek jest dziwne, nieomal wprawiające w zakłopotanie poczucie własnej wartości.

Nieważne, jak fatalnie układa się dzień, wystarczy trafić do kosza na śmieci zgniecionym w kulkę papierem po kanapce, a przez kilka sekund czujesz się jak młody bóg. Darrah wciąż cieszy się tym uczuciem, chociaż wbijaniem żelaza w drewno zajmuje się już od 45 lat.

"O tym, czy rzut jest dobry, wiem już w chwili, gdy tomahawk opuszcza moją dłoń - mówi. - W tym momencie wydaje się, że cały wszechświat integruje się z tobą".

Nie mamy kłów i pazurów, jesteśmy słabo umięśnieni, przegrywamy na setkę z byle psem, ale za to natura obdarzyła nas umiejętnością celnego rzucania.

William H. Calvin, profesor neurologii na University of Washington i specjalista w dziedzinie ewolucji ludzkiego mózgu, wyjaśnia, że ta umiejętność czerpania przyjemności z rzucania była programowana w naszym DNA przez ponad 2 miliony lat, tzn. od momentu, gdy człowiek pierwotny używał strzelectwa do zapewnienia sobie dwóch najważniejszych w życiu rzeczy: dzieci i pożywienia.

Sądząc po zachowaniu szympansów, naszych genetycznie bliskich kuzynów, polowanie było sposobem na zdobycie nie tylko pożywienia, ale również partnerki. Gdy szympans zabija smacznego gryzonia, często otaczają go flirtujące samice, oferujące seks w zamian za przekąskę.

Nie jesteśmy, tak jak szympansy, obdarzeni śmiercionośnymi szczękami i małpią zręcznością. Nasi przodkowie z epoki kamiennej mieli tylko jedną naturalną broń - zdolność do zamieniania czegoś leżącego na ziemi w coś lecącego w powietrzu.

Rzucasz celnie, wygrywasz wszystko w życiu

Człowiek pierwotny świetnie radził sobie z kamieniami, bo ze wszystkim innym szło nam fatalnie. Rozebrani jesteśmy największymi mięczakami w dzikim świecie. Nie mamy czym się bronić ani atakować. Jesteśmy powolni, pozbawieni kłów i pazurów, a w porównaniu z konkurencją prawie nie mamy umięśnienia.

Jedyne, co mamy, to talent do geometrii. Umiemy w mgnieniu oka oszacować dystans, trajektorię i siłę rzutu oraz na podstawie tych danych wydać precyzyjne komendy mięśniom od stóp do głów.

"Celne rzucanie wymaga od mózgu wysiłku, w jaki nie wprawia go żadna inna aktywność - mówi Calvin. - Ludzie to jedyne stworzenia mające taką umiejętność".

Na razie mówimy o rzucaniu w nieruchomy cel. Pomyślcie tylko, czego wymaga trafienie w uciekające zwierzę. Prehistoryczne króliki nie stały, czekając cierpliwie na możliwość poświęcenia się w imię ewolucji gatunku ludzkiego. Uciekały, ile sił w nogach, co znaczyło, że mózg myśliwego musiał przeanalizować trzy odrębne sekwencje ruchu - swoją, ofiary i broni - by znaleźć punkt, w którym kamień spotka się z królikiem.

"Takie myślenie sekwencyjne, przewidywanie następstw wymaga intelektu najwyższej próby" - ocenia Calvin.

Szczególne znaczenie ma tu wyobraźnia - zdolność przewidywania przyszłości, wizualizowania ewentualności i myślenia abstrakcyjnego. Właśnie dlatego Calvin uważa, że język, literatura, medycyna, a nawet miłość, są zakorzenione w naszej prehistorycznej umiejętności trafienia w zająca z dwudziestu kroków.

"Rzucanie to znajdowanie porządku w chaosie. Im bardziej potrafimy myśleć sekwencyjnie, tym więcej pomysłów jesteśmy w stanie połączyć - rozwinąć słownictwo, połączyć niezwiązane ze sobą znaczenia, planować przyszłość czy budować więzi społeczne - twierdzi Calvin. - Wszyscy jesteśmy podłączeni do tych obwodów, ale nie znaczy to, że wykorzystujemy cały swój potencjał. Ciągle wraca więc pytanie, przez które w ogóle chwyciłem za tomahawk: jeżeli wrócimy do podstaw i opanujemy sekrety celowania, czy to pomoże nam w udoskonaleniu wszystkiego innego?".

Starasz się kontrolować rzut, a to niemożliwe. Nie celuj, po prostu patrz. Nie próbuj, po prostu rzucaj. Nie analizuj, po prostu poczuj to.

Calvin uważa, że tak: "Ewolucja nie daje nam wielu szans na dodatkowe bonusy, ale rzucanie jest jednym z nich. Sekwencyjny ruch oraz wszystko, co jest z nim związane, można poprawić dzięki treningowi".

Jak rzucałem tomahawkiem

Darrah chodził jeszcze do przedszkola, kiedy jego ojciec, spadochroniarz armii USA, włożył mu w rękę komandoski nóż. Gdy Darrah był nastolatkiem, w wędrownym cyrku zadziwiał widzów, miotając ostre jak brzytwa noże wokół swoich asystentek. Teraz, kiedy ma 50 lat, jest siedmiokrotnym mistrzem świata zarówno w rzucaniu nożami, jak i tomahawkami. Z zabójczą precyzją używa również dmuchawek, bykowca czy starożytnego, azteckiego miotacza oszczepów atlatl, który działa jak przedłużone ramię.

Jego sąsiedzi z małej wioski Berwyn w stanie Pensylwania są tak przyzwyczajeni do zabójczych broni fruwających po jego posesji, że nikt nawet nie zwraca uwagi, gdy rozpoczynamy trening z tomahawkami. Jednym z celów jest specjalnie skonstruowana deska z pięcioma balami, przyśrubowanymi do niej w kształcie litery X (na środku każdego z nich przyczepiona jest karta do gry).

"Nie myśl o swoim ramieniu. Biorąc zamach, odwodzisz je za głowę, więc i tak go nie widzisz - mówi Darrah, podając mi toporki. - Masz je po prostu poprowadzić do celu".

Każdy z tomahawków ma 40-centymetrowy trzonek z twardego drewna i głowicę z kutej na zimno stali, tak ostrą, że można by się nią ogolić. Podaje mi je tak szybko, że ledwie mam czas rzucić jeden, a już dwa następne są gotowe. Za bardzo się spieszę, żeby "prowadzić je myślą do celu", ale przynajmniej trafiam w kłody, a nie w sąsiadów.

Nagle dzieje się coś dziwnego. Darrah podaje mi toporek, odsuwa się i zaczyna mi się przyglądać. Teraz, gdy wreszcie mam czas przymierzyć, porządnie przygotowuję się do rzutu. W myślach powtarzam wszystkie wskazówki: lewa stopa wysunięta w przód, stanąć w szerokim rozkroku, płynny ruch ręki znad głowy. Brzęk! Tomahawk odbija się od brzegu kłody i ląduje na ziemi. Joe podaje mi następny. Lewa noga do przodu... Brzęk!

"Co robię źle?" - pytam.

Darrah się uśmiecha: "W grę wchodzi czynnik psychologiczny. Starasz się kontrolować swój rzut, a to jest niemożliwe. Nie celuj, po prostu patrz. Nie próbuj, po prostu rzucaj. Nie analizuj, po prostu poczuj to. Musisz zajrzeć w głąb siebie i wyczuć odpowiedni rytm. Gdy ci się uda, będziesz w stanie zrobić wszystko" - radzi.

Nie jestem przekonany, ale w końcu to jego tomahawki rozwalam. Biorę garść toporków i zaczynam miotać jeden za drugim, nie celując, nie próbując, nie analizując. Trzy rzuty później przecinam treflowego króla na pół.

Szybko i celnie

"Chcesz dowodu, że to może zmienić Twoje życie? - pyta dr Tom Amberry. - Popatrz na mnie".

W 1992 roku dobiegała końca pełna sukcesów kariera chirurga dr. Amberry'ego. Sławę przyniosła mu jego "technika czasu i ruchu", która bardzo skróciła czas wielu chirurgicznych zabiegów stóp, a także znacznie zredukowała liczbę komplikacji pooperacyjnych. Jego innowacja była odwróceniem dotychczasowej relacji pomiędzy prędkością i precyzją. Zamiast zwalniać, by zyskać na dokładności, on przyspieszył.

Dr Amberyy odkrył, że dzięki zwiększeniu szybkości jego ciało zaczęło rejestrować nawet najmniejsze zakłócenia pracy, zanim jeszcze dowiedział się o nich mózg. W ten sposób mógł stwierdzić po każdym delikatnym zakłóceniu pracy skalpela, czy pakuje się w kłopoty. Na podobnej zasadzie Darrah wiedział, czy trafi w cel już w chwili, gdy tomahawk opuszczał jego dłoń i sekundę później umiał wprowadzić odpowiednie korekty do kolejnego rzutu.

Po analizie sekwencji ruchów i roku treningów dr Amberry trafił do Księgi Rekordów Guinnessa z wynikiem 2750 trafionych rzutów osobistych z rzędu.

Zanim jednak Amberry mógł przyspieszyć operowanie, uświadomił sobie, że musi opracować wydajne sekwencje kolejnych posunięć, czyli innymi słowy: zastosować ten sam sposób działania, dzięki któremu nasz przodek z epoki kamiennej trafiał w zająca z chirurgiczną precyzją.

"Gdy brałem do ręki konkretny instrument, już planowałem, co z nim potem zrobię. Dzięki temu wykorzystywałem go tylko do niezbędnych czynności" - mówi.

Połączenie kolejnych kroków w jeden płynny ruch - od pierwszego nacięcia po założenie ostatnich szwów - umożliwiło mu takie przyspieszenie działania, że stało się ono automatyczne i właściwie samo korygowało błędy. Swoje umiejętności przekształcił w odruch.

Jak chirurg pokonał Kobe Bryanta

Dr Amberry nigdy nie słyszał o Joe Darrahu czy profesorze Calvinie, ale stał się ludzkim łącznikiem ich teorii: celem, do którego trzeba dążyć, jest mięśniowy odruch ("Nie myśl, po prostu rzucaj"), a sekwencyjne myślenie, niezbędne do wyćwiczenia takiego odruchu, jest również fundamentem innych, niezwykłych ludzkich osiągnięć. Dr Amberry jednak zmienił kolejność - najpierw zastosował odruch w innowacyjnej technice operowania, a dopiero potem w umiejętnościach strzeleckich.

Kiedy w wieku 69 lat poszedł na emeryturę, zaczął grać w koszykówkę, by być w formie. I chociaż od 50 lat nawet nie dotknął piłki do kosza, to przecież przez cały czas w sali operacyjnej ćwiczył rzuty.

"Znowu najważniejszy były czas i ruch. Chirurgia i rzuty wymagają tego samego podejścia" - mówi.

Po przestudiowaniu sekwencji ruchów niezbędnej do trafienia osobistego i rocznym treningu dr Amberry zadziwił wszystkich: rzucał nieprzerwanie przez 12 godzin i trafił do Księgi Rekordów Guinnessa z wynikiem 2750 trafionych rzutów osobistych z rzędu. Wkrótce potem w konkursach upokarzał gwiazdy NBA (przykro nam, Kobe, ale skuteczność na poziomie 86% to ciut za mało).

Większość pełnych podziwu widzów skupiła się na zewnętrznych aspektach techniki Amberry'ego: trzy kozły, kciuki na liniach, łokcie przy ciele, nogi mocno ugięte w kolanach, tylko krótkie spojrzenie na kosz. Nie mogli jednak dostrzec najważniejszego - tego, co dzieje się w głowie.

"To jest rzemiosło, a nie sztuka" - mówi Amberry.

Do tej pory był jowialny i żartobliwy, gawędziarz, cieszący się swoją historią, ale gdy nasza rozmowa telefoniczna dobiega końca, jego głos staje się cichy i twardy.

"To wydaje się proste, ale jest kluczem do wszystkiego, co będziesz kiedyś robił. Nigdy nie zastanawiam się, czy rzut będzie celny, to jest właśnie teatr i działanie na pokaz. Koncentruję się wyłącznie na zadaniu, które ma wykonać moje ciało. To jest rzemiosło".

Każdy może być mistrzem

To zabawne, że dr Amberry nie mógł przekonać wielu graczy NBA, aby zastosowali jego metodę, a zastosowały ją setki normalnych facetów. Przybiło go to na chwilę, aż zrozumiał, dlaczego amatorom bardziej niż profesjonalistom zależy na ćwiczeniu rzutów osobistych: oni dążą do czegoś ważniejszego niż dobre statystyki z ligi letniej.

"Szkoliłem ludzi, którzy potem wracali do mnie i mówili, że to jest jak mantra. Zwalniają tempo, uczą się oddechu, szukają rytmu w codziennym życiu. Pewien profesor powiedział mi, że teraz czuje się dużo pewniej, kiedy stoi przed swoimi studentami" - opowiada.

By trafiać bez pudła, ćwicz tak dużo, jak to możliwe. Mózg lubi powtarzanie czynności. Gdy potem dasz mu zadanie do wykonania, będzie działał automatycznie.

"Zaraz, a może masz piłkę do kosza?" - pyta.

"Nie, ale za to sprawiłem sobie kilka tomahawków" - odpowiadam.

"Tomahawków..." - zamyślił się, najwyraźniej rozważając, czy fruwająca stal mogłaby być tak efektywna w podrasowaniu mojego myślenia sekwencyjnego, jak chirurgia dla niego. - "Bez różnicy, też się nadadzą" - powiedział.

Dlatego gdy odkładam słuchawkę telefoniczną, zaraz chwytam moje nowe tomahawki i wychodzę na podwórko. Stawiam na sztorc mój stary stół piknikowy i zabieram się do przyczepiania kart. Nie jestem pewien, co uda mi się osiągnąć, ćwicząc umiejętności przydatne człowiekowi jaskiniowemu, ale może będzie to o wiele więcej niż się spodziewam.

Zaprogramuj swój mózg na wygraną

Kilka prostych nawyków i wiedza, jak działa mózg, pomogą Ci osiągnąć lepszy wynik w życiu i we wszystkich sportach, w których liczy się precyzja.

 1.


Najpierw mózg szacuje odległość pomiędzy celem a miejscem, w którym się znajdujesz. Potem ocenia, ile energii musi wykrzesać z ciała, żeby oddać celny rzut. Następnie ponownie skupia wzrok na celu i tu kończy się nasza świadomość.

 2.


Wyłącz świadomość. Stwórz cichą mantrę albo rytuał i odwróć uwagę umysłu, który stara się wszystko kontrolować. Np. przed każdym rzutem osobistym zakozłuj piłką trzy razy.

 3.


Po rzucie mózg szybko ocenia wykonaną robotę. Neurony przekazują sygnał o utrwaleniu udanego rzutu albo o konieczności wprowadzenia poprawek. W nagrodę za udany rzut mózg uwalnia serotoninę i dopaminę (hormony szczęścia).

 4.


Ćwicz tak dużo, jak to możliwe. Mózg lubi powtarzanie czynności. Gdy będzie już wiedział, że jesteś przygotowany, aby wykonać jakieś zadanie, przełączy się z trybu nauki na tryb automatyczny.

 5.


Zachowaj zimną krew. Wystrzegaj się triumfalnych myśli i samozadowolenia, gdy zaczniesz osiągać szczyty, bo okaże się, że właśnie z nich spadłeś. Ignoruj chwilowe wzloty i upadki. Po prostu wykonuj swoją robotę.

 6.


Wierz w siebie. Wystrzegaj się przeświadczenia, że miałeś szczęście albo cudem wzniosłeś się na wyżyny umiejętności. Zamiast tego przygotuj się na następny raz, budując przekonanie, że możesz pobić rekord za każdym razem.

MH 11/2008

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij