Startujemy w Amatorskiej Lidze Bokserskiej Maxliga - blog #2

W październiku zaliczyłem 33 treningi, poświęcając im łącznie 39 godzin. Spaliłem łącznie 27 367 kcal. Nie wiem, ile razy uderzyłem w treningową tarczę, worek czy sparingpartnera. Nie wiem też, ile ciosów przyjąłem, choć kilka z nich pamiętał będę długo. Niczego nie żałuję.

boks, Maxliga Fot. Max Pflegel/MPP
Jeśli coś może pójść nie tak, na pewno pójdzie nie tak. O swoim starcie w Maxlidze wiem od początku sierpnia, bo to właśnie wtedy ogłoszono nabór do drugiej edycji tej bokserskiej imprezy. Zdecydowałem się od razu. To była łatwa decyzja - byłem akurat na wakacjach. Wypoczęty, maksymalnie zrelaksowany, aż paliłem się do kolejnego sportowego wyzwania, bo przecież ile można patrzeć na morze z poziomu leżaka? Miałem przed sobą masę czasu, w głowie błyskawicznie rozpisałem cały plan przygotowań. Co mogło pójść nie tak? Oczywiście wszystko.

REKLAMA

Czym dokładnie jest Amatorska Liga Bokserska Maxliga?

Ale najpierw przypomnę. Maxliga to Amatorska Liga Bokserska, inicjatywa raczej lokalna, wywodząca się z Wrocławia, ale z ogromnym potencjałem na ogólnopolską ekspansję. Stoi za nią szereg ludzi z dwojgiem pasjonatów, którzy poznali się na treningach we wrocławskim klubie Maximus, Marysią Grzegorzek oraz Łukaszem Kubasikiem na czele. "Chcieliśmy najpierw zorganizować wewnętrzne, klubowe sparingi - opowiada Marysia. - Ale w nocy długo nie mogłam zasnąć i ten prosty pomysł szybko urósł do dużo większej imprezy". "To prawda, podczas kolejnego naszego spotkania Marysia miała już i rozpisany cały plan" - dodaje Łukasz.

Maxliga (jej druga edycja) to cztery bokserskie zloty i wielki finał. W trakcie każdego zlotu ma miejsce kilka, a nawet kilkanaście bokserskich walk. Wszystkie zloty odbywają się w Dzierżoniowskim Klubie Bokserskim. To miejsce, którego kibicom pięściarstwa przedstawiać nie trzeba, a pozostali pasjonaci sportu powinni obowiązkowo je poznać. Klub prowadzony jest przez byłego pięściarza, mistrza Europy organizacji EBU, a teraz świetnego trenera, Piotra Wilczewskiego.

Maxliga, boksFot. Max Pflegel/MPP

Miejsce aż puchnie od klimatu. W jego centralnej części znajduje się pełnowymiarowy ring, przy ścianach podwieszone są worki, cała przestrzeń pełna jest bokserskich gadżetów, plakatów i zdjęć, pamiątek z kolejnych eventów. Do tej pory odbyły się trzy zloty: pierwszy z nich miał miejsce 16 października, drugi 30 października, a trzeci dosłownie chwilę temu, bo 6 listopada. Przed nami jeszcze zlot numer cztery (20 listopada, około 20 walk na karcie). Finał Maxligi przewidziano na 18 grudnia i będzie to wydarzenie, do którego organizatorzy przygotowują się już od jakiegoś czasu.

"Dzięki wsparciu Piotra Wilczewskiego finał Maxligi odbędzie się w dzierżoniowskiej hali OSiR. Postaramy się o naprawdę imponującą oprawę, bliską galom zawodowym" - snują plany Marysia Grzegorzek i Łukasz Kubasik. Bokserzy-amatorzy w Maxlidze dobierani są według kategorii wagowych, wieku i ringowego doświadczenia. Rywalizują ze sobą w trzech 2-minutowych rundach. Możliwa jest jeszcze runda czwarta, gdy walka jest tak bliska, że konieczne jest rozstrzygające starcie. Zwycięzca walki pnie się w tabeli w górę, stopniowo dochodząc do potyczki o prymat w swojej kategorii wagowej. Przegrani rywalizują o kolejne miejsca na podium Maxligi.

Wśród startujących w Maxlidze znajdują się osoby trenujące boks od dawna, a także początkujący pięściarze, którzy rękawice pierwszy raz założyli na dłonie zupełnie niedawno. To nie tylko białe kołnierzyki - przekrój zawodników jest wyjątkowo obszerny i stanowi materiał na osobny artykuł, który zresztą na łamach MH niebawem się ukaże. Wszystkich łączy jednak miłość do boksu i ostrego wycisku, bo żeby zadawać ciosy i nie dawać się trafić przez trzy 2-minutowe rundy, naprawdę trzeba mieć żelazną kondycję i mięśnie ze stali. "Ten dystans wydaje się krótki tylko tym, którzy sami nigdy w podobnej walce nie wzięli udziału" - opowiadają Marysia i Łukasz. A autor tego tekstu w pełni się pod tym stwierdzeniem podpisuje.

Maxliga, boksFot. Max Pflegel/MPP

Maxliga to solidny wycisk, ostra walka i ogrom satysfakcji

Wracając. Swój start w Maxlidze zaplanowałem skrupulatnie jeszcze w sierpniu, wiedząc, że pierwszą walkę przyjdzie mi stoczyć mniej więcej w połowie października. Rozpisałem więc sobie przygotowania na kilka etapów; miksując treningi siłowe, wytrzymałościowe, sesje z trenerem i sparingami. Plan wydawał mi się ambitny, ale możliwy do zrealizowania. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, bo druga połowa roku to w redakcji zawsze dużo bardziej gorący okres. Byłem jednak zdeterminowany, wystartować chciałem bardzo.

Raz, że boks to od lat moja pasja. Dwa, chciałem na własnej skórze raz jeszcze sprawdzić, jak to jest trenować na poziomie, nazwijmy go, półprofesjonalnym. Chciałem zobaczyć, jak na tak intensywne treningi zareaguje moje ciało, ile uda mi się zbudować masy mięśniowej, ile spalić tkanki tłuszczowej i tak dalej. To miał być materiał wcieleniowy, który z jednej strony skutkować będzie szeregiem publikacji online i w papierowym wydaniu MH, a z drugiej pozwoli mi jeszcze lepiej wczuć się w tych czytelników magazynu, którzy pracę zawodową łączą z ostrymi treningami.

W ten sposób, tak rozumowałem, będę w stanie jeszcze lepiej wraz z redakcją kształtować kolejne numery Men's Health. Jeśli jednak coś może pójść nie tak, najczęściej idzie nie tak. To stara prawda w sporcie, w boksie tym bardziej, bo przecież wystarczy zajrzeć za kulisy bokserskich pojedynków, by zrozumieć wypadkową jak wielu czynników jest finalna forma zawodników w ringu.

boks, MaxligaFot. Max Pflegel/MPP

Po drodze zdarzają się przecież wypadki losowe, kontuzje, rodzinne dramaty i tak dalej - dość powiedzieć, że w kontraktach na największe walki zawarte są klauzule wykluczające na przykład udział zawodników w grach zespołowych typu koszykówka czy nawet jazdę na rowerze. Na stole leżą zbyt duże pieniądze, by ryzykować kontuzję którejkolwiek z gwiazd. Mój plan zaczął sypać się już na początku września, gdy niespodziewanie musiałem na kilka tygodni z powodów rodzinnych opuścić Wrocław, a co za tym idzie bokserski klub, trenera, siłownię. Sama zmiana miejsca to jedno; gorzej, że tam, dokąd się udałem nie miałem ani warunków, ani czasu na treningi. Cóż, siła wyższa. Zagryzłem zęby i po prostu starałem się robić tyle, ile mogłem - na ile pozwalały warunki.

Po powrocie do Wrocławia musiałem jednak przyspieszyć. Tu już nie było czasu na budowanie najpierw siły, później wytrzymałości i doskonalenie techniki. Musiałem wejść na wyższe obroty od razu - i od razu rozpocząć sparingi. Potrzebowałem jak najwięcej ringowych rund, bo zdążyłem już trochę zardzewieć. Nie trenowałem w parach od wybuchu pandemii, a kiedy w końcu miałem to zmienić, cały plan legł w gruzach. Dlatego maksymalnie podkręciłem obroty, rękawice zakładając na ręce w zasadzie codziennie.

Maxliga, boksFot. Max Pflegel/MPP

Moje ciało szybko do takiego wzmożonego wysiłku się przyzwyczaiło, a nawet go polubiło. Każdego dnia budziłem się co prawda cały obolały, ale to nic, mówiłem sobie, najwżniejsze, że z treningu na trening notuję progres. W październiku robiłem więc wszystko, co mogłem, żeby wrzucić swoją formę na najwyższy poziom. Trenowałem w bokserskiej sekcji WKS Śląsk, regularnie odwiedzałem trenera Łukasza Baranka w Royal Boxing Club, biegałem, wzmacniałem mięśnie oddechowe. W samym tylko październiku zaliczyłem 33 treningi, poświęcając im łącznie 39 godzin. Spaliłem łącznie 27 367 kcal.

Mógłbym oczywiście te liczby podwoić, ale nie pozwalały mi na to praca i ogólne przemęczenie. Nie byłem w stanie wkleić w tak zwane życie dodatkowych treningowych godzin, nie pozwalały mi na to obowiązki i ciało. Choć czułem, że sesje typowo bokserskie powinienem przeplatać treningami siłowymi, nie zrobiłem tego, bo zabrakło mi czasu. Tak samo jak na odpowiednią regenerację, rozciąganie, rolowanie i masaż obolałych mięśni. Miałem ograniczone zasoby i musiałem zdecydować, na co postawić.

Zdecydowałem, że to tych bokserskich treningów brakuje mi najbardziej, wszystkie siły przerzuciłem więc na nie. Z drugiej strony dbałem oczywiście o sen i dietę. Z suplementacji postawiłem jedynie na kofeinę i kilka daktyli przed treningiem. Uznałem, że to wystarczy. Że tak będzie dobrze.

W MH od lat piszę: jeśli trenujesz jak zawodowiec, powinieneś też jak zawodowiec dbać o regenerację, bo to dwa nierozerwalne elementy. Świadomie zdecydowałem się własną radę zlekceważyć. Tak jak jednocześnie lekceważyłem kolejne sygnały, które dawało mi ciało. Porządna rozgrzewka jest przecież w stanie zamaskować każdy ból. Który pojawi się może po treningu, ale co z tego; grunt, żeby nie bolało w trakcie. Tyle że... w którymś momencie zaczęło. Jeden przestrzelony lewy sierp za dużo. Dokładnie tyle wystarczyło, by niemal odnowiła mi się stara, wyleczona - wydawałoby się - kontuzja.

boks, MaxligaFot. Max Pflegel/MPP

Do dziś pamiętam, jak przez dziesięć tygodni każdy poranek zaczynałem od rehabilitacji, bo mój bark praktycznie przestał działać. Znałem ten ból aż za dobrze, na wszelki wypadek postanowiłem jednak poradzić się ortopedy i fizjoterapeuty. A następnie postanowiłem puścić mimo uszu wszystko, czego się od nich dowiedziałem i trenować dalej. Twardziela udało mi się zgrywać jeszcze dwie, może trzy jednostki treningowe, w trakcie których i tak niemal nie używałem lewej ręki. A później musiałem podjąć tę trudną decyzję i swój start w Maxlidze po prostu odwołać. Jest jeszcze szansa, że 18 grudnia podczas finału Maxligi wystąpię w walce pokazowej, ale umówmy się, to nie to samo. Ominęło i ominie mnie najlepsze.

Bokserskie pojedynki w Maxlidze są na naprawdę wysokim poziomie

Na trzeci zlot Amatorskiej Ligi Bokserskiej Maxliga trafiłem więc nie jako dziennikarz-zawodnik, ale jako dziennikarz-kibic. I, muszę przyznać, to, co zobaczyłem w Dzierżoniowie, cholernie mi się spodobało. Po pierwsze, organizacja. To wszystko działa jak świetnie naoliwiona maszynka. Widać, że organizatorzy wszystko dokładnie sobie przemyśleli, zanim jeszcze rozpoczęli cały projekt realizować. Walki rozpisane są co do minuty, zawodnicy wchodzą do ringu punktualnie. Na miejscu opiekuje się nimi cutman, jest też - w razie potrzeby - pomoc medyczna, masażysta, catering. Sala w Dzierżoniowskim Klubie Bokserskim puchnie klimatem, wypełniona jest kibicami niemal po brzegi.

Po drugie, oprawa. Całość sprawia wrażenie nie tyle lokalnego eventu, co prawdziwej bokserskiej gali. A w połączeniu z wystrojem miejsca i niemal unoszącym się w powietrzu zapachem testosteronu stanowi prawie jeden do jeden scenerię jak z hollywoodzkiej produkcji o boksie. Między linami pojawia się ring girl, całość prowadzi profesjonalny konferansjer. Walki prowadzą topowi bokserzy i trenerzy, między innymi Marek Matyja, Tariel Zadnukeli i Piotr Kuczyński. Na sali spotkać można wiecznie uśmiechniętego Piotra Wilczewskiego, jednego z najlepszych obecnie polskich pięściarzy Kamila Łaszczyka czy Kamila Bednarka. Dla tych pasjonatów boksu, do których sam zresztą się zaliczam, to wielka sprawa.

Maxliga, boksFot. Max Pflegel/MPP

Po trzecie i najważniejsze, walki. Te są po prostu świetne. Nie wszystkie prezentują może najwyższy sportowo poziom, ale zawodnicy dobrani są przez organizatorów w taki sposób, że emocji nie brakuje od pierwszego do ostatniego gongu. Zwłaszcza że za zawodnikami do Dzierżoniowa przybywa zawsze spore grono przyjaciół i całe rodziny - głośny doping nadaje ringowym potyczkom świetną oprawę. Między linami dzieje się zawsze sporo; jest tu miejsce i na ostrą wymianę, i na bokserskie szachy. Widać tę ringową agresję, która oczywiście wybucha dopiero z pierwszym gongiem, a z ostatnim się kończy. Po wysłuchaniu werdyktu jest oczywiście ogromna radość zwycięzcy, ale nie ma miejsca na żadne pretensje.

Tu zwycięża przede wszystkim satysfakcja z pokonania swoich własnych granic i ogromnego przecież stresu, a także duma z wejścia przy publiczności na deski ringu. Maxliga to - podsumowując - świetne wydarzenie. I to zarówno z perspektywy zawodnika, jak i kibica czy dziennikarza. 20 listopada ostatni zlot przed wielkim finałem, który odbędzie się 18 grudnia. O szczegółach będę jeszcze informował - tymczasem już teraz polecam.

Zobacz również:
Odsłonięcie sześciopaku na brzuchu nie wymaga milionabrzuszków i głodzenia się. Zobacz, jak zrobić to mądrze.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA