Startujemy w Amatorskiej Lidze Bokserskiej Maxliga - blog #1

Usiąść do klawiatury po treningu, w trakcie którego organizm spalił niemal 2000 kcal, nie jest łatwo. Zwłaszcza gdy całe ciało boli i domaga się wysokooktanowego paliwa, a nie kolejnych godzin przy biurku. To ten moment, w którym szacunek dla sportowców-amatorów, którzy znajdują w sobie siłę do codziennych ćwiczeń, wzrasta do niewyobrażalnego poziomu.

Maxliga fot. Maxliga
Rozgrzewka od góry do dołu: krążenia głową, skręty głowy, krążenia ramion razem do przodu, do tyłu, naprzemiennie do przodu, do tyłu, skręty tułowia, krążenia biodrami, wspięcia na palce wraz z zejściem na pięty. Lekki bieg. Przeplatanka, bieg bokserski. Błyskawiczna reakcja na komendy: na raz zmiana kierunku biegu, na dwa – wyskok z przysiadu. Trzy to sprint do zawodnika biegnącego przed Tobą, cztery – obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni w wyskoku... i tak dalej, i tak dalej. Później skakanka, runda walki z cieniem. Runda na tarczach trenera. Odpoczynek, łyk wody, przetarcie potu z czoła. Kolejna runda; każda ze stu osiemdziesięciu sekund jednocześnie mija błyskawicznie i wlecze się w nieskończoność. W przerwie ten paradoks nie występuje – minuta upływa w zastraszającym tempie; oddech w tak krótkim czasie nie jest w stanie się uspokoić, serce nie chce zejść na niższe obroty. Zaczyna się kolejna runda, podczas której trzeba zadawać ciosy, robić bloki i uniki, natychmiastowo adaptować taktykę do nowej sytuacji i jeszcze ją wdrażać. Gong zwiastujący kolejną pauzę wydaje się nadchodzić z kolejnymi rundami coraz później.

REKLAMA

Maxligafot. Maxliga

Kiedy następuje odrobinę dłuższa przerwa, w trakcie której jest czas na to, by na szybko ocenić tych kilka rund, zmęczony umysł musi chłonąć krótkie komunikaty trenera. Tu nie ma czasu na elaboraty, musi być konkret. Słucham, potakuję, od razu planuję poprawę.

Zakładam szczękę, na głowę wsuwam kask i jeszcze raz zakładam rękawice. Przede mną jeszcze zadaniówka w parach, kolejnych kilka rund. Po których nastąpi jeszcze krótki sparing. I znów skakanka - tym razem pełnych dziesięć minut. Szybki streczing (bo kto lubi się rozciągać), prysznic, błyskawiczne ogarnięcie włosów, zarostu. Ostatnie spojrzenie w lustro, żeby sprawdzić, czy dziś znów tłumaczyć będę musiał się z otarć i siniaków na twarzy. Koszula, marynarka - tak, jestem gotowy do pracy.

Jest ósma trzydzieści rano, mogę już pójść do redakcji.

Podwójne życie pięściarza-amatora

Szybko przypomnę: zamiast po prostu pojechać na jeden ze zlotów Amatorskiej Ligi Bokserskiej Maxliga, postanowiłem w całym wydarzeniu wziąć udział. Chciałem – jako redaktor Men's Health –biorących udział w wydarzeniu zawodników nie tylko podpytać o ich motywacje, przygotowania, strachy i nadzieje. To też, oczywiście, pomyślałem jednak, że łatwiej będzie mi zrozumieć, z czym ta grupa śmiałków musi mierzyć się na co dzień, jeśli spróbuję jak oni swoich sił w ringu. Zwłaszcza że niespecjalnie się od tych pięściarzy amatorów różnię - sam boks trenuję już od jakiegoś czasu, oczywiście zupełnie hobbystycznie. Wskoczyć na ten wyższy poziom, gdzie w grę wchodzi już rywalizacja między linami, wydawało mi się świetnym pomysłem, gdy zgłaszałem swój udział i chwilę później. Jednak moment, w którym zacząłem zadawać sobie pytanie, po co mi to wszystko było, nastąpił szybciej, niż myślałem. O czym szerzej piszę zresztą tu.

Maxligafot. Maxliga

Bo kiedy całe ciało boli, domaga się jedzenia i płynów, a przed człowiekiem jeszcze kilka dobrych godzin przy biurku, w konferencyjnej sali, na spotkaniach na żywo i online; kilka godzin, w trakcie których trzeba dawać z siebie nawet nie 100, a co najmniej 105%, bo kolejny numer MH musi być przecież jeszcze lepszy niż poprzedni - wówczas o zwątpienie stosunkowo łatwo. Zwłaszcza że po pracy nastąpić powinien czas dla rodziny, czas na relaks i realizację pasji, a tu trzeba pakować torbę i uderzać na kolejny trening. Podczas gdy - jeszcze raz podkreślę - człowieka całe ciało boli, domaga się pożywienia, wody i głębokiego snu.

Nawet jeśli ta kolejna treningowa sesja jest ostatnią rzeczą, na jaką człowiek ma akurat ochotę, to zniechęcenie odchodzi w niepamięć już w szatni. Ciało i umysł reagują automatycznie na realizację kolejnych schematów - wiązanie bokserskich butów i zabezpieczanie dłoni bandażami to sygnał, że oto nadchodzi czas na to, co człowiek lubi najbardziej: nieziemski wycisk skutkujący ogromnymi dawkami endorfin i satysfakcji. To niewyobrażalna wręcz nagroda za ogromne w sumie poświęcenie.

Łączyć pracę i życie rodzinne z codziennymi treningami naprawdę nie jest łatwo. Jedna albo nawet dwie jednostki treningowe dziennie wraz z dojazdem i czasem spędzonym w szatni przed i po sesji swoje przecież trwa. Po drodze trzeba też organizm właściwie nakarmić i dać mu czas na odpoczynek. W wielu przypadkach w grę wchodzi jeszcze fizjoterapeuta, czasami kriokomora i inne wynalazki, które pomóc mają osiągnąć optymalną formę bez kontuzji. To wszystko powoduje, że już po dwóch tygodniach takich przygotowań mój szacunek do amatorów, którzy decydują się mimo wszystko porzucić wygodę na rzecz intensywnych ćwiczeń, zdecydowanie wzrasta. Pewnie, szanuję profesjonalnych sportowców za ogrom pracy, którą wykonują na co dzień. Jednak to ci śmiałkowie, którzy potrafią wpleść sport w swoje codzienne pełne obowiązków zawodowych i nie tylko życie powodują u mnie najpierw opad szczęki, a następnie pełne uznania skinienie głową. Jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę fakt, że to nie im, a oni za całą zabawę muszą (symbolicznie, ale jednak) zapłacić, nie obejdzie się bez delikatnego uśmiechu. Ludzie doprawdy potrafią być szaleni. I muszą naprawdę bardzo mocno kochać ten sport, jeśli decydują się zejść z bezpiecznego poziomu kibica i wkroczyć na niepewną ścieżkę rywalizacji. Panie i Panowie, którzy zdecydowali się zapisać do Maxligi - winszuję Wam.

Maxligafot. Maxliga

Nagroda jeszcze przed podjęciem walki

Jest jeszcze jeden moment, gdy o tym całym i ciągłym bólu (sorry, że ja tylko o tym, ale naprawdę rwą mnie dziś barki...), siniakach na ciele i otarciach na twarzy zupełnie się zapomina. Gdy dzięki takiemu projektowi jak Maxliga trafia się na trening do pięściarza, którego zmagania w ringu obserwowało się latami, ciało od razu przechodzi w tryb turbo, chcąc wykorzystać każdą chwilę na sali.

Amatorska Liga Boksu Maxliga to nie tylko kolejne walki w ringu. To również cykl szkoleń dla trenerów i zawodników. Pierwsze z nich prowadził w ubiegłą sobotę sam Piotr Wilczewski, niegdyś świetny zawodnik, a dziś trener Dzierżoniowskiego Klubu Bokserskiego. Trzy godziny z takim autorytetem procentować muszą długo, zwłaszcza że podczas seminarium "Wilk" wracał do podstaw boksu, korygował błędy, zdradzał swoje zawodnicze i trenerskie sztuczki level master, a nawet analizował na bieżąco wyświetlane walki Joshuy czy Oscara de la Hoi. Dawka wiedzy - ogromna. Motywacja do dalszych treningów - jeszcze większa. Uwagi, które Piotr Wilczewski rzucał czasami nawet mimochodem, jeszcze będę pamiętał długo. Mam nadzieję, że co najmniej do gongu kończącego moją walkę w ramach Maxligi.

Kolejne treningi przede mną. Liga startuje w najbliższy weekend, ale moja walką odbędzie się dopiero podczas trzeciego zlotu, czyli 6 listopada. Przede mną jeszcze dwa tygodnie ostrych treningów, potem chwila oddechu na złapanie świeżości i pierwszy gong. Oby tylko ze startu nie wykluczyła mnie (i innych zawodników) żadna kontuzja. Do zobaczenia między linami ringu.

A po szczegóły dotyczące Maxligi zapraszam na stronę Maxliga.pl

Zobacz również:
Fajnie jest móc przenosić duże ciężary. Fajnie jest przenosić ciężary szybko. A połączenie obu tych umiejętności? Bezcenne. Ten plan łączy w sobie ćwiczenia, które pozwolą Ci udźwignąć każdy ciężar, w każdej pozycji, w każdym wieku. Trenuj w systemie AMRAP (tyle rund, ile zdołasz) z timerem ustawionym na 15 minut.
ZOBACZ WIĘCEJ
REKLAMA