Kajakiem po Wiśle - Pętla Żuławska

W trzy dni przepłynąłem kajakiem 160 km. A dokładnie 161 kilometrów i 180 metrów. Na wodzie spędziłem łącznie 23 godziny 41 minut i 38 sekund. Spaliłem w tym czasie 12 tysięcy 619 kcal, płynąc z maksymalną prędkością 14,8 km/h oraz ze średnią z trzech dni 6,9 km/h. Nie wiem, ile razy zanurzyłem wiosło w wodzie. Wiem natomiast, że Wisła jest piękna, jej ujście do morza bywa zdradliwe, fala na Bałtyku to nie przelewki, a wiosłowanie pod prąd... cóż, na niecenzuralne słowa pozwolę sobie później.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławska Piotr Makowski/MPP
W MH od lat w jednym z letnich numerów prezentujemy najciekawsze naszym zdaniem pomysły na wakacje pełne adrenaliny, które powinny znaleźć się na liście do obowiązkowego odhaczenia każdego z nas. Rok temu wersję międzynarodową zastąpiliśmy wariantem krajowym i w tym roku, choć podróże po Europie (i nie tylko) są już możliwe, zdecydowaliśmy się zrobić to samo, bo przecież znakomita większość z nas postawi jednak na urlop w kraju nad Wisłą. Efekt to artykuł W 26 przygód dookoła Polski, który znajdziesz w najnowszym, sierpniowym numerze MH. Ogromnie polecam, bo raz jeszcze udało nam się znaleźć miejsca piękne i nieoczywiste oraz wyzwania tętniące adrenaliną, pachnące niemałym wysiłkiem.

ZOBACZ TEŻ: 6 miejsc na aktywny wypoczynek w Polsce

REKLAMA

W naszym redakcyjnym zestawieniu znalazło się m.in. miejsce dla Kanału Elbląskiego, czyli jednego z najciekawszych zabytków techniki na terenie Polski. Ciągnie się on aż przez 127 km - z Elbląga do Iławy, a płynące po nim jednostki część trasy pokonują na specjalnych wózkach, poruszających się po pochylniach, które zastępują śluzy. To robi niesamowite wrażenie na żywo; wiem, byłem tam. Kilka lat temu udało mi się przepłynąć cały Kanał kajakiem i wspominam tę dwudniową wyprawę z ogromnym sentymentem.

Z tej wyprawy zdjęć już nie mam - zginęły wraz z kolejnym telefonem, wyparowały przy migracji z jednego kompa na drugi. Mam jednak zdjęcia z wyprawy zdecydowanie bardziej świeżej, z Pętli Żuławskiej, której część udało mi się pokonać kilka dni temu. A oprócz zdjęć mam też wnioski. Po pierwsze, Polska jest piękna, a Wisła to prawdziwa królowa rzek. Po drugie, ujście Wisły do morza bywa zdradliwe przy wietrze północnym. Po trzecie, fale na Bałtyku rozsądniej jednak byłoby pokonywać kajakiem morskim, ale cóż, zmiana sprzętu w trakcie spływu nie należy raczej do rzeczy możliwych, poza tym piszę te słowa, a to oznacza, że jednak wciąż usta mam ponad lustrem wody. Po czwarte, trzy dni w kajaku, od rana do wieczora, to całkiem sporo. W którymś momencie orientujesz się bowiem, że zaczyna przeszkadzać Ci wszystko; najpierw oczywiście siedzisko, później oparcie, cały kokpit, wiosło, kajak w ogóle. Jednak satysfakcja na mecie - jak Małyszowi złota w Predazzo; nikt jej nie odbierze.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ: Czy da się nauczyć surfingu w 5 dni?

Pętla Żuławska kajakiem

W ciągu trzech dni pokonałem ponad 160 km, na wodzie byłem łącznie prawie dobę. Spływ, chociaż wolę używać tu słowa "wyprawa", bo przecież mało wspólnego miało to jednak z niedzielną wycieczką po Krutyni, zaliczyłem z moim przyjacielem, Leszkiem. Lata temu sprawiliśmy sobie po jednoosobowym kajaku polskiej marki Kano z Lublina (niestety już niefunkcjonującej) - i od tamtej pory raz na jakiś czas robimy z nich użytek.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

REKLAMA

REKLAMA

Zaczęliśmy w Białej Górze, skąd popłynęliśmy prosto Wisłą do jej ujścia. Tam odbiliśmy morzem na wschód, by na wysokości Mikoszewa zrobić sobie pierwszy przystanek. Następnego dnia wróciliśmy do ujścia Wisły, aby pod prąd popłynąć do śluzy łączącej Wisłę ze Szkarpawą. Szkarpawą dopłynęliśmy do Zalewu Wiślanego, aby wpłynąć w rzekę Nogat. Po kilkunastu kilometrach kolejny przystanek, po którym czekał nas najkrótszy 42-kilometrowy odcinek Nogatem, przez Malbork, do Białej Góry, miejsca, w którym zaczynaliśmy. Pętla. Żuławska. No, może Pętla Żuławska mniejsza, bo przecież można jeszcze - tylko tym razem mieliśmy za mało czasu - dopłynąć do Gdańska, zrobić jeszcze Wisłę Królewiecką; możliwości jest sporo.

REKLAMA

Dzień pierwszy: z Białej Góry Wisłą do jej ujścia i dalej

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

Zaczyna się od świetnie zaprojektowanej mariny i majestatycznej śluzy jeszcze z XIX wieku. 4,40 zł od jednostki, trochę cierpliwości i po otwarciu bram śluzy wpływa się na ostatni, może dwa, kilometr Nogatu. A tam czeka ona, Wisła. Trzeba przyznać, że z poziomu wody ta rzeka prezentuje się jeszcze bardziej majestatycznie. Wydaje się być ogromna i wręcz nie mieć końca. Brzegi są solidnie oddalone od siebie. Wisła początkowo może wręcz przytłoczyć. Dlatego na początku płynąłem bliżej brzegu - nasłuchałem się od mamy o wirach, fali, o tym, że jak wpadnę, to po mnie. Zacząłem więc ostrożnie, ale po kilku chwilach zorientowałem się, że Wisła jest kajakarzom przyjazna. Płynie stosunkowo szybko, w miarę równo, a o wirach można zapomnieć.

Nie trzeba specjalnego wysiłku, tylko odrobiny konsekwencji, żeby Wisłą płynąć stosunkowo szybko. Najwyższą prędkość, jaką na niej złapałem, to 14,8 km/h. Średnia z całego dnia, a więc zawierająca śluzowanie, pierwszy przystanek na posiłek (ten jeden raz nie wstrzymałem treningu na zegarku z pulsometrem), a także końcowy odcinek, o którym opowiem później, wyniosła 8,5 km/h. Patrząc jednak co jakiś czas na nadgarstek ciągle widziałem liczby w okolicach dyszki. To było bardzo przyjemne uczucie - wiedzieć, że płynie się szybko, obserwować, jak znikają kolejne kilometry, oznaczone właściwymi tabliczkami na brzegu.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

REKLAMA

a wysokości ujścia Szkarpawy należy podjąć decyzję, najlepiej sprawdzając również prognozę pogody, czy chce się zobaczyć ujście Wisły do morza czy nie. To kolejnych kilkanaście kilometrów, które później należy pokonać w drugą stronę. I o ile prąd jest tu zdecydowanie lższejszy, o tyle i tak czuje się to później w rękach, plecach, w całym ciele. Właśnie, prognoza pogody. Otóż przy północnym wietrze sytuacja robi się mniej ciekawa, bo oto nagle rośnie fala z morza i o komfortowych warunkach na wodzie należy zdecydowanie zapomnieć.

Tak właśnie było w naszym wypadku, wiatr się wzmógł, więc kajak tańczył na fali z tym charakterystycznym dźwiękiem kadłuba uderzającego o taflę wody, gdy z fali spadał. Można się do tego dźwięku przyzwyczaić, można nawet go polubić. Gorzej, że fala na Wiśle zapowiada jeszcze wyższą falę na morzu. I tutaj już w sumie nie ma żartów. W przewodniku po Pętli Żuławskiej wyczytałem, że ujście Wisły zalecane jest jedynie doświadczonym kajakarzom i jest w tym więcej prawdy, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Nie ma natomiast słowa o dwóch kilometrach, które za ciągnącym się w morze falochronem trzeba zrobić Bałtykiem, by wylądować na plaży za rezerwatem, do którego obowiązuje zakaz wstępu.

REKLAMA

Powiem tak: moja mama złapałaby się za głowę. Żona oznajmiłaby, że jestem skończonym idiotą, ale kumple przybiliby wysoką piątkę, gdyby widzieli, jak swoim kajakiem łapię fale niczym surfer. Śmialiby się też, gdyby słyszeli, jak głośno pod nosem zaklinam, gdy woda wlewa się do kokpitu i bili brawo, widząc mnie na brzegu, sięgającego po zasłużoną puszkę piwa.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

REKLAMA

REKLAMA

Chwile grozy na Bałtyku może i były, ale mało jest chyba sposobów, by tak dobrze dotknąć tego żywiołu, być tak blisko wody, czuć każdy podmuch wiatru i ruch fali, którą delikatnie kontruje się wiosłem. To są, proszę państwa, doświadczenia unikalne, które pamiętać będzie się całe życie. Ogromnie polecam. Oczywiście, doświadczonym kajakarzom.

Żeby dopłynąć na miejsce, potrzebowałem niecałych siedmiu godzin. Spaliłem na wodzie 4003 kcal (według zegarka sportowego Polar Grit X wraz z nadajnikiem na klatkę H10), ze średnim tętnem 117 bpm (maksymalne 159, minimalne 79 bpm). Całkowity dystans pierwszego dnia to 58,47 km. Można powiedzieć, że to wymagający fizycznie kawałek.

REKLAMA

Dzień drugi, czyli od ujścia Wisły do rzeki Nogat

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

O przekozackim noclegu na dziko na plaży w namiocie, z ogniskiem na brzegu, mówić nie będę, bo nie ma o czym, przecież to nielegalne; za jedno i drugie grozi mandat, i dobrze. Powiem tylko, że kolega opowiadał, że to sprawa magiczna jest i poleciłby ją każdemu. Mówił, że nie ma nic lepszego niż plaża na wyłączność, szum rozbijających się o brzeg fal, wielki, różowy księżyc i ogień, które dają przepiękne światło. I blask gwiazd - o nim też mówił, że jest niesamowity. Mnie pozostaje tylko wierzyć, bo przecież sam nie mam o tym pojęcia.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

REKLAMA

Pojęcie mam natomiast o tym, że pod prąd, nawet niewielki, płynie się trudniej. Zwłaszcza gdy drugiego dnia ciało pamięta dzień poprzedni, plecy dają o sobie znać, na dłoniach pojawiają się pierwsze odciski. Na szczęście rano Bałtyk może przypominać blat stołu, jest więc czas i są warunki na to, by zrobić kilka zdjęć tego majestatycznego ujścia Wisły do morza; chociaż uczciwie trzeba przyznać, że zdjęcia nie oddają tej przestrzeni, w której jest się tylko małym punktem, punkcikiem z wiosłem w rękach. Do Szkarpawy jest kilkanaście kilometrów, tutaj też obowiązkowo trzeba się ześluzować, bo na wyłożony kamieniami brzeg wejść się po prostu nie da.

REKLAMA

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

Po chwili jest się już na rzece, na której panuje spory ruch. Przeważają łodzie motorowe, ale zdarzają się też żaglówki. Właśnie, czy mówiłem, że na Wiśle nie spotkałem w ciągu tych kilkudziesięciu kilometrów nikogo?

Szkarpawa to jednak inna bajka, jest dużo bardziej, powiedzmy turystyczna. Mało na niej kajaków; co łatwiej zrozumieć, gdy rzekę już się pokona. Otóż większa część trasy to droga przed siebie, a na brzegach szuwary, które zasłaniają niemal wszystko. Na bank tam na brzegu jest urokliwie, a Żuławy stają otworem przed miłośnikiem przyrody, uczciwie trzeba jednak przyznać, że z kokpitu tego wszystkiego po prostu nie widać. Jest dziób kajaku, jest woda przed Tobą i kolejne kilometry, które trzeba zrobić.

ZOBACZ TEŻ: Najpiękniejsze szlaki świata

REKLAMA

REKLAMA

Po drodze jest kilka (chyba ze dwie) marin, gdzie można chwilę odpocząć, coś zjeść (bez szału, zdecydowanie), albo zrobić zakupy w lokalnym sklepiku. Warto, bo później takiej możliwości po prostu nie będzie.

Szkarpawa... To ta rzeka, którą poleciłbym wszystkim nieprzyjaciołom na "najlepszy spływ w życiu, serio!". Prosta, leniwa, bo praktycznie stoi, porośnięta z obu stron, wystawiona na słońce, upierdliwa jak cholera. Jej największa zaleta jest taka, że po 22 kilometrach się kończy i znów przez chwilę widać przestrzeń, bo oto wpływa się do Zalewu Wiślanego, coś pięknego. Tutaj natomiast jest się tylko chwilę, bo przed kajakarzem otwiera się Nogat, rzeka, którą należy pokonać pod prąd aż do Białej Góry - kolejne 62 kilometry.

Nogat jest rzeką dużo ciekawszą; trochę krętą, dzięki czemu łatwiej obrać sobie jakiś punkt odniesienia. To też rzeka pełna wędkarzy, którzy na obu jej brzegach mają przygotowane od lat stanowiska.

Na jednym z takich stanowisk rozbijamy drugi obóz, 42 kilometry przed metą trzydniowej wyprawy. W zasadzie trudno znaleźć na Nogacie kawałek brzegu, gdzie łatwo jest z kajaka wyjść, a następnie rozprostować kości i przygotować miejsce na spędzenie następnych godzin. Jak już się uda, nie ma co narzekać - trzeba brać, co się ma bez zadawania pytań.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP
REKLAMA

Drugiego dnia pokonałem 59,72 km, czyli niewiele więcej niż dnia pierwszego. Zajęło mi to natomiast - licząc czas spędzony tylko na wodzie - aż 9 godzin 42 minuty i 43 sekundy. Kości rozprostowałem koło godziny 20:30. Do kajaka wsiadłem rano, tuż po 7. To zdecydowanie trudniejszy odcinek. Ciężko płynie się pod prąd i ciężko na stojącej wodzie, gdy cały czas wiatr okazuje się sprytniejszy od kajakarza i wieje cały czas w twarz, a nawet w ryj, bo w którymś momencie o ładnych słowach w zasadzie się zapomina.

REKLAMA

Tego drugiego dnia spaliłem 4901 kcal, płynąc ze średnim tętnem 108 bpm (maksymalne: 148, minimalne 77). Maksymalna prędkość, jaką udało mi się rozwinąć to 8,3 km/h, a średnia to 6,2 km/h. Bez szału. Miałem zresztą po drodze kryzys, wiosło nie chciało już odpychać wody. I wtedy pomógł albo żel energetyczny z kofeiną, albo cukierki nimm2, albo kombinacja obu. Cukierki kupiłem sobie w sklepie na brzegu Szkarpawy; ciało chyba potrzebowało cukru, skoro rzuciłem się po nie, gdy tylko je dostrzegłem. Ostatnie kilometry tego dnia pokonywało się naprawdę ciężko.

REKLAMA

Dzień trzeci: ostatnie 42 km Nogatu

Pętla ŻuławskaPiotr Makowski/MPP

Trzeciego dnia trudniej się dobudzić, nawet gdy śpi się w raczej mało komfortowych warunkach. Ciało jednak potrzebuje tej regeneracji, co tu dużo gadać. Trudno też wiosłuje się, gdy tabliczki z podanym kilometrem rzeki zmieniają się tak rzadko. Motywuje natomiast zegarek - dobrze jest dopłynąć do mety przed zmrokiem, mieć jeszcze chwilę luzu na załadowanie kajaka na dach (swoją drogą polecam bagażnik Thule Dockglide, sprawdza się i można go dorwać w naprawdę dobrej cenie; nie jest to chyba najbardziej popularny produkt) i rozładowanie luku. Z którego na szczęście sporo rzeczy ubyło.

REKLAMA

REKLAMA

Na wyprawę zrobiłem spory zapas białkowych batonów, energetycznych żeli, izotonika w tabletkach do rozpuszczania w wodzie, dużą paczkę daktyli i sporo suszonego jedzenia plus puszki. Normalnie od dłuższego już czasu nie jem mięsa, tutaj jednak się złamałem. Kalorii trzeba przyjąć podczas takiej wyprawy naprawdę dużo i niestety mięso jest prostym wyjściem. Za rok, gdy spłynę Odrą z Wrocławia do ujścia, spróbuję cały czas pozostać wege.

Wracając do Nogatu, to rzeka dużo ciekawsza od Szkarpawy, ale sama w sobie najbardziej malownicza nie jest. Brzegi to szuwary, lasy, na długim odcinku tuż przy rzece znajduje się raczej ruchliwa droga. Najciekawszy odcinek to zdecydowanie ten bliżej Białej Góry. Którą - gdy ją zobaczyłem - ceniłem sobie jeszcze bardziej niż podczas startu.

REKLAMA

Tego trzeciego dnia pokonałem najkrótszy dystans, bo zaledwie 42,99 km. Spaliłem tego dnia 3715 kcal. Moje średnie tętno wyniosło 111 bpm, maksymalne 147 bpm, a minimalne 70 bpm. Czas, który spędziłem na wodzie, to 7 godzin i pięć minut. Najszybciej płynąłem 8,5 km/h, a średnia wynisła 6,1 km/h. Na Nogacie już nie przepływałem przez śluzy, tylko kajak przenosiłem - to mimo wszystko dużo szybsze rozwiązanie i je właśnie polecam, o ile tylko jest jak zejść na brzeg.

To jednak było wyzwanie


Największe zdziwienie po ponad 160 km w kajaku w trzy dni? To, że dają o sobie znać plecy, dłonie, przedramiona czy tyłek, to oczywiste. Ale fakt, że po takiej wyprawie człowieka najbardziej boleć będą stopy, a na piętach pojawią się odciski od tego ciągłego zapierania się nogami o podpórki - to jednak mnie zaskoczyło. Dyskomfort, który poczułem tak naprawdę dopiero po wyjściu z kokpitu, okazał się na tyle duży, że dosyć ciężko prowadziło mi się momentami auto z powrotem do Wrocławia (bo po całym spływie miałem jeszcze 500 km do pokonania autem, a rano musiałem zameldować się w redakcji; nie, nie narzekam!).

Cała trasa, którą pokonałem, miała swoje lepsze i gorsze momenty. Na pewno zdecydowanie polecam Wisłę kajakiem. To jest jednak wielka sprawa. Szkarpawę i Nogat poleciłbym raczej tym, którzy łasi są na kolejne kilometry. Trzeba uczciwie przyznać, że momentami obie rzeki są ogromnie nużące i wyczerpujące psychicznie. Przychodzi czas, kiedy widząc kolejną długą prostą, wiosłuje się nie ciałem, a głową. Dobrze jest wtedy złapać rytm jakiejś lubianej piosenki i wraz z kolejnymi uderzeniami o wyobrażony werbal wsuwać pióro wiosła w wodę. To na pewno pomaga.

Jeśli zdecydujesz się na Pętlę Żuławską, pamiętaj też, że przez dłuższy czas będziesz zdany na siebie, bo kajakarska infrastruktura, choć obecna, da o sobie znać tylko kilka razy i to na krótkim odcinku.

Wyprawa kajakowa - Pętla żuławskaPiotr Makowski/MPP

Wiele wynagradza jednak Malbork i zamek widziany z poziomu wody (dobra, z tawerny naprzeciw też prezentuje się zacnie). Co prawda nie jest to wszystko już tak ogromne jak to się pamięta z dzieciństwa, ale wciąż robi całość niesamowite wrażenie.

Pokonałem kajakiem ponad 160 km, spędzając łącznie na wodzie jedną dobę z trzech, które trwała cała wyprawa. Było nas dwóch i obaj mamy w zasadzie takie same wnioski. Ten jeden, najważniejszy, brzmi tak: Polska jest piękna, a widzieć ją z kokpitu kajaka to z jednej strony idealny sposób na oczyszczenie głowy ze zbędnych myśli, a z drugiej solidne wyzwanie dla całego ciała. My w MH lubimy takie połączenia. Polecamy.

Zobacz również:
Standardowy „bleep test” ma w sobie coś sadystycznego, ale pokazuje prawdę o Twojej wydolności (VO2 max), więc połączyliśmy go z burpee. Sorry, taki mamy trening.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA