Bradley Simmonds – historia niedoszłego piłkarza Chelsea

Kiedy jego marzenia legły w gruzach, Bradley Simmonds nie załamał się, ale po prostu znalazł dla siebie inne miejsce, w którym mógł odnieść sukces. Tak trzeba żyć. Przedstawiamy krótką historię niedoszłego piłkarza Chelsea. 

Bradley Simmonds fot. Bradley Simmonds

Każdy młody chłopiec marzy o karierze piłkarza. Nie inaczej było w przypadku Bradleya Simmondsa, który już w wieku 7 lat dostał się do akademii Chelsea Londyn. Celem był oczywiście stopniowy awans i wskoczenie do pierwszej drużyny oraz w pełni profesjonalny kontrakt. I przez pewien czas wydawało się, że idzie dobrze. Jednak, jak to w takich historiach bywa, coś nie pykło. W wieku zaledwie 16 lat zerwał więzadła krzyżowe przednie i przez rok nie powąchał boiska. Po długiej rehabilitacji wrócił do grania, ale już na mroźnej Islandii, występując nawet w Lidze Europy.

Marzenie się trochę oddaliło, ale facet nadal walczył, starał się, trenował. Nie nacieszył się jednak regularnymi występami na murawie. Niedługo potem złamał kostkę w trzech miejscach, co było oczywiście gwoździem do trumny jego piłkarskiej kariery. Simmonds się jednak nie załamał. Nie udało się tutaj? OK, uda się gdzie indziej.

„Wracając po kontuzji, nauczyłem się jak ważnymi elementami w życiu sportowca jest siła i kondycja – twierdzi Brytyjczyk. – Spędziłem rok na zbieraniu informacji od różnych trenerów. Zamiast po prostu zacząć rozwijać klatkę piersiową, jak inni faceci w moim wieku, uczyłem się, jak ważna jest siła mięśni pośladkowych, ścięgna podkolanowe i trening mięśni stabilizujących” – wspomina.

Trudny okres po kontuzji wykorzystał na zdobycie kwalifikacji trenera personalnego i uprawnienia trenera UEFA B, które dają możliwość prowadzenia drużyn z lig okręgowych. I pewnie wylądowałby gdzieś w jednej z drużyn niższego szczebla rozgrywek na Wyspach, gdyby nie... Instagram. „Dobrze odnajduje się w biznesie i zwęszyłem okazję na niezły interes” – mówi Simmonds. Facet założył konto i zaczął edukować szerszą publikę, jak ćwiczyć, żeby osiągać swoje cele, niezależnie od punktu startowego. W końcu sam wracał do formy po groźnej kontuzji. Jego motywacją było szerzenie wiedzy i... kasa.

„Kasa imponuje, gdy kumple, z którymi grasz w piłkę, zarabiają 400 tysięcy tygodniowo!” – dodaje ze śmiechem. I za to już go lubimy. Nie ufamy facetom, którzy twierdzą, że wszystko zrobią dla idei. Takich znamy przynajmniej 460.

„Zrozumiałem, że Instagram dał mi możliwość nie tylko przeszkolenia jednego klienta naraz, ale także przyniesienia korzyści tysiącom ludzi”. Wymyślił nawet swoje hasło – „Zrób to”. Może nie jest to szczyt myśli marketingowej, ale działa. Im prościej, tym lepiej, jak twierdzi.

„Trzeba zrozumieć, że masowa publiczność potrzebuje pomocy i edukacji od podstaw – wyjaśnia cierpliwie Simmonds. – Większość ludzi nie wie, czym jest deficyt kalorii, dlaczego go potrzebują i jak go uzyskać. To właśnie im staram się pomóc”.

Jego treningi są skierowane do nowicjuszy i często wykonywane tylko przy użyciu masy własnego ciała i hantli. Prostota po raz kolejny. Styl treningu opiera się przede wszystkim na zwiększaniu sprawności i świadomości, że inne korzyści – utrata tkanki tłuszczowej, przyrost masy mięśniowej i złagodzenie stresu – prędzej czy później pojawią się na horyzoncie. Tymczasem na horyzoncie pojawiła się pandemia. I, paradoksalnie, treningi proponowane przez Simmondsa osiągnęły nieprawdopodobną wręcz popularność w sieci. Pozamykani jeszcze do niedawna w domach ludzie zrozumieli, że nie potrzebują przebogato wyposażonej siłowni, żeby dbać o formę. Wystarczy ogarnięty facet, sypiący przydatnymi radami na ekranie i trochę samozaparcia. A Simmonds trenował oczywiście razem z nimi i podczas lockdownu dorobił się życiowej formy.

„Wiem, co lubią moi fani. Uwielbiają wysoką intensywność rano i trening siłowy wieczorami – mówi. – Rano spalałem 600 kcal, a wieczorem chwytałem zestaw 15-kilogramowych hantli, wykonując prosty trening z 10 powtórzeniami w każdej serii” – wspomina Brytyjczyk.

Żeby osiągnąć efekt, facet zjada 3000 kcal dziennie z dużą ilością białka, by wspomóc potreningową regenerację. Sporo czasu poświęca też na wzmocnienie stabilizacji centralnej: wykonuje dużo desek, deadbugów i ćwiczeń antyrotacyjnych z hantlami. Wszystko po to, żeby być sprawniejszym. Efektem ubocznym jest oczywiście widoczny sześciopak. Simmonds uważa jednak, że nie ma nic złego w dążeniu do idealnego wyglądu.

„To OK, że chcesz wyglądać jak najlepiej. Wiem, że ruch body positivity jest niezwykle ważny, ale jeśli twoim celem jest posiadanie sześciopaka, trenuj właśnie po to” – kończy. Swój chłop.

REKLAMA