REKLAMA

Ból - nowa droga do szczęścia?

Jako nieodrodny syn naszych czasów oczekujesz pewnie od życia coraz wyższego komfortu. Ale to właśnie mierzenie się z bólem i własną słabością może być drogą do prawdziwego zdrowia fizycznego i psychicznego. Wchodzisz w to? Zaciśnij zęby – będzie bolało!

W dzisiejszym świecie w tych szczęśliwszych, zamożniejszych regionach Ziemi, w których komfort i bezpieczeństwo stały się bogami, obserwuje się ciekawe zjawisko. Mianowicie lawinowo rośnie popularność niesłychanie męczących i wymagających ogromnej wytrzymałości aktywności. CrossFit to tylko jeden z wielu ekstremalnych programów ćwiczeń, które niekiedy przywodzą na myśl średniowieczne umartwianie się. Istnieją triathlony Ironman; mamy ekstremalne tory przeszkód, które obejmują lodowate baseny, wstrząsy elektryczne o napięciu 10 000 woltów i gaz łzawiący. Rynek masochizmu kwitnie.

Ponad trzy miliony osób wzięło już udział w zawodach wytrzymałościowych Tough Mudder od czasu ich powstania w 2010 roku. Porównywany do kultu czy sekty z powodu gorliwości jego zwolenników CrossFit liczy sobie ponad cztery miliony wielbicieli. Znacie to powiedzenie – no pain, no gain. Tam, gdzie jest ból, oczywiście są rezultaty. Tak działa trening: poddajesz swoje ciało obciążeniom, więc przystosowuje się ono do radzenia sobie z większym obciążeniem. Są jednak przyjemniejsze sposoby osiągania rezultatów w naszych klimatyzowanych siłowniach, prawda? Ale ludzie jednak z jakichś powodów szukają bólu.

W dokumencie „Rise of the Suff erfests” z 2016 roku, który próbuje opisać fenomen ekstremalnego biegu przeszkodowego Tough Mudder, pada fraza: „To nie jest sekta, sekty są małe. To jest religia”. „Kiedy zobaczyłem pierwszy film z Tough Mudder, byłem oszołomiony – mówi Scott Keneally, scenarzysta i reżyser filmowy. – Pomysł, że ludzie płacą za to, by cierpieć i poddawać się np. wstrząsom elektrycznym, wydawał mi się szalony”.

Obsesja szczęścia

Pytanie brzmi: dlaczego jednak szukamy cierpienia? Okazuje się, że ból może przynieść wymierne korzyści zarówno umysłowi, jak i ciału. Może być formą medytacji, może nadawać wartość życiu, może nawet być przyjemny. W naszych coraz bardziej zsekularyzowanych społeczeństwach może być nowym „opium dla mas” (jak Karol Marks nazywał religię). W świecie zachodnim koncepcja hedonizmu (przyjemność jest głównym celem życia) jest kojarzona z myślą starożytnego greckiego fi lozofa Epikura (341-270 p.n.e.).

Najwyraźniej wolimy nie pamiętać o tym, iż Epikur ostrzegał, że nadmierne dążenie do szczęścia prowadzi do nieszczęścia. „Nasza obsesja na punkcie maksymalizowania przyjemności i minimalizowania bólu tak się w nas zakorzeniła, że zapomnieliśmy o tej mądrości – mówi Brock Bastian z Melbourne School of Psychological Sciences. – Myślę więc, że nadszedł czas, aby ją sobie przypomnieć”. Jak wyjaśnia Bastian w swojej książce „The Other Side of Happiness” („Druga strona szczęścia”), żyjemy w czasach niewiarygodnie komfortowych w porównaniu do tych, których doświadczała ludzkość przez tysiąclecia.

Dwa razy więcej ludzi cierpi z powodu otyłości niż z głodu. Średni dochód na świecie podwoił się od lat siedemdziesiątych, a wydatki na dobra luksusowe potroiły się w ciągu ostatnich dwóch dekad. Technologia chroni nas przed wszystkimi utrapieniami: koniecznością polowania i zbierania runa leśnego, mycia się przy studni czy wolnym internetem.

A jednak według danych Światowej Organizacji Zdrowia obecnie najbardziej rozpowszechnioną chorobą na świecie jest depresja. Teraz dotyka 322 miliony ludzi, co stanowi wzrost o 18% od 2005 roku. „Zawsze uważałem, że przesadna koncentracja na szczęściu czy komforcie prowadzi donikąd. Przypisujemy mu zbyt dużą wartość, a to prowadzi do nieszczęścia” – mówi Bastian.

Okazuje się, że ból ma większą wartość, niż nam się wydaje. Naukowcy dowodzą, że przyjemność i ból są ze sobą nierozerwalnie związane – są dwiema stronami tej samej fizjologicznej monety. W badaniach na Ohio State University badanym osobom pokazano szereg przyjemnych i nieprzyjemnych obrazów; ci, którzy otrzymali wcześniej paracetamol, o wiele słabiej reagowali na obie wersje niż ci, którym podano placebo. Żadnych wzlotów i upadków. Jak widać, uśmierzając ból, jednocześnie uśmierzamy rozkosz. Problem z przyjemnością polega na tym, że szybko się zużywa.

REKLAMA

REKLAMA

Badania pokazują, że ludzie, którzy wygrali duże pieniądze na loterii, już po 18 miesiącach przestają się z tego cieszyć. Przyzwyczaili się do nowego stylu życia i czerpią mniej radości z codziennych czynności, ponieważ wzrosły ich oczekiwania wobec życia. Psycholog Daniel Kahneman, laureat Nagrody Nobla, nazywa to „bieżnią satysfakcji”: musisz wciąż mieć nowe doznania, żeby czuć się dobrze.

Większość przyjemnych zajęć ma punkt, po którym satysfakcja opada. Druga porcja deseru rzadko jest tak satysfakcjonująca, jak pierwsza; drugi łyk zimnego piwa w upalny dzień nie jest tak samo cudowny, jak pierwszy; tydzień laby szybko zaczyna nas nudzić. Podobno nawet 40% mężczyzn od czasu do czasu doświadcza głębokiego smutku po seksie. Ból przerywa tę monotonię i może zwiększyć późniejszą radość. Co więcej, ulga w bólu (np. po wizycie u dentysty) może Cię uszczęśliwić bardziej niż zadowolenie ze zdrowych zębów.

Jak ujął to Bastian, ulga to nie tylko brak negatywu, ale sam w sobie pozytyw. Przyzwyczajamy się do bólu, podobnie jak do przyjemności: ból związany z codziennym bieganiem z czasem się zmniejsza, a przyjemność, którą odczuwamy później, nie maleje. Co najważniejsze, proces ten działa również odwrotnie. Kiedy przyzwyczajamy się do komfortu, wciąż odczuwamy szok z powodu jego braku – co wyjaśnia, dlaczego tak nas wkurzają takie rzeczy, jak brak Wi-Fi lub spóźniający się tramwaj.

REKLAMA

To dobrze, że jest Ci źle

Możesz postrzegać ból i przyjemność jako przeciwieństwa, ale dla mózgu to nie jest takie oczywiste. Oba wyzwalają uwalnianie neuroprzekaźników zwanych opioidami oraz dopaminę. Sprawiają, że „lubisz” przyjemne doświadczenia i „chcesz” ich więcej. Ale opioidy są również lekami przeciwbólowymi. Pomagają przetrwać łagodniejsze wstrząsy i szybciej wracać po nich do zdrowia. Wystawienie się na ból, zwłaszcza taki, który można kontrolować, czyni nas odporniejszymi nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, ponieważ zaangażowane w ten proces są te same obszary mózgu.

Efekt może być głęboki, ale może również występować w subtelniejszy sposób. Wiele osób zaangażowanych w CrossFit twierdzi, że ultraintensywne treningi sprzyjają budowaniu wiary w siebie. Pokonując słabości ciała w sali, zaczynają wierzyć, że dadzą radę to zrobić w innych dziedzinach życia, na przykład w karierze zawodowej czy w relacjach z kobietami. To połączenie mózg – ciało jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego przyjmowanie paracetamolu może złagodzić niektóre formy bólu emocjonalnego, a ćwiczenia mogą zmniejszyć objawy nerwicy.

Ból a siła umysłu

Aby ból mógł wpłynąć na nas korzystnie, ważna jest dawka. Nie każde cierpienie sprawi, że wychodzimy z niego silniejsi i bardziej odporni. Kiedy przygniata nas zbyt wiele przeciwności losu, możemy się z tego po prostu nie podnieść. Z drugiej strony drobne życiowe problemy nie wzmacniają charakteru.

Można to porównać do szczepionki. Na uniwersytecie w Bangor przeprowadzono badania dotyczące tego, co różni wybitnych sportowców od przeciętniaków. Badając ich życiorysy, naukowcy odkryli, że wielu medalistów doznało w dzieciństwie jakiejś traumy. To prawdopodobnie zahartowało ich psychicznie i fizycznie; sprawiło, że później lepiej znosili ostry reżim i ból treningów.

„Sto lat temu ludzie czuli się komfortowo w temperaturze 17 °C – mówi Scott Carney, autor wydanej w Polsce książki „Co nas nie zabije”. – Z powodu rozpowszechnienia centralnego ogrzewania ta granica wynosi teraz 22 °C”. Technologia sprawia, że jesteśmy coraz bardziej wygodni i coraz mniej odporni w porównaniudo czasów przed opanowaniem rozpalania ogniska. Od tamtych czasów pozbyliśmy się większości włosów z ciała i skurczyły nam się szczęki, ponieważ gotowane potrawy nie wymagały takiej siły żucia. Książka Carneya początkowo miała być demaskatorska.

Postanowił on rozprawić się z niejakim Wimem Hofem, ekscentrycznym holenderskim guru, który utrzymuje, że potrafi kontrolować temperaturę swojego ciała oraz panować nad reakcjami układu odpornościowego wyłącznie za pomocą siły umysłu. Hof to rekordzista świata w długości kąpieli w lodzie. W cztery dni zdobył i zszedł z Kilimandżaro, i to tylko w krótkich spodenkach. Scott Carney postanowił wziąć udział w szkoleniu prowadzonym przez Hofa, aby „zdemaskować szarlatana” i napisać o tym artykuł.

Szkolenie opuścił jednak jako zagorzały jego zwolennik, a zamiast artykułu powstała książka „Co nas nie zabije”. Wkrótce sam Carney wspinał się na Kilimandżaro w spodenkach, wełnianej czapce i butach. Przebiegł też Tough Guy – jeden z najbardziej sadystycznych wyścigów z przeszkodami, organizowany co roku w styczniu. Biegł półnagi, zmuszając się do interpretowania zimna i bólu mięśni jako przyjemności. „Wyobrażałem sobie, że mam ogień w brzuchu” – mówi. Unikanie bólu sprawia, że zupełnie nie umiemy sobie z nim radzić wtedy, kiedy się w końcu pojawi.

„W dzisiejszych czasach ludzie rzadko odczuwają jakiś poważny dyskomfort czy zagrożenie – mówi Carney. – Reakcję »Walcz albo uciekaj« wyzwalają w nas takie zdarzenia, jak telefon od szefa, a to nie czyni nas silniejszymi. To dlatego coraz częściej angażujemy się w ekstremalne działania, ponieważ chcemy odczuwać prawdziwy ból, przezwyciężać swoje słabości i na koniec odczuwać dumę z własnych osiągnięć.

REKLAMA

REKLAMA

Droga do oświecenia?

Słownik Języka Polskiego tak definiuje ascezę: „To rezygnacja z dóbr i wielu aktywności życiowych w celu uzyskania świętości i zbawienia duszy, lub surowy tryb życia bez przyjemności i wygód; wstrzemięźliwość”. Kojarzy nam się to z umartwianiem, samobiczowaniem, postem i innymi podobnymi rytuałami.

Związek ten jest najbardziej wyraźny w Śri Chinmoy Self-Transcendence 3 100-Mile Race – biegu nazwanym na cześć indyjskiego guru, który wierzył, że bieganie jest ścieżką do oświecenia. To najdłuższy certyfikowany bieg na świecie, który odbywa się przez 52 dni i nocy w Nowym Jorku. Dla tych, których jakoś nie pociągają konwencjonalne formy medytacji, ból może być alternatywną drogą do poszerzenia świadomości.

Podobnie jak medytacja, ból zwiększa koncentrację, tylko w sposób prawie niemożliwy do zignorowania. To, czy uda nam się powstrzymać impuls do unikania bólu, ma daleko większy wpływ na nasze życie niż tylko poprawa sprawności. Alternatywną wobec hedonizmu definicją szczęścia jest eudajmonia, czyli zadowolenie i satysfakcja z życia, które jest sensowne. Bo właśnie brak poczucia sensu jest dojmującym problemem naszych czasów.

Statystyki z większości europejskichakrajów pokazują, że ponad jedna trzecia pracowników nie odnajduje sensu w swojej karierze. Pokonywanie bólu i swoich słabości może wypełnić tę pustkę i dawać poczucie głębokiej satysfakcji. Jesteśmy tak skonstruowani, że potrzebujemy wyzwań: inaczej odczuwamy nasze życie jako jałowe. Brock Bastian opisuje badania, podczas których ludzie przed spróbowaniem słodyczy trzymali ręce w wiadrze z lodem i w rezultacie zjadali więcej słodyczy niż grupa kontrolna.

Religie znają to zjawisko od stuleci – cierpienie łagodzi poczucie winy i sprawia, że czujemy, iż zasługujemy na nagrodę. „Nie wiem, czy kult CrossFit zastępuje świeckim ludziom religię, ale rozumiem, na jakiej zasadzie to działa” – mówi Bastian. Ostatnia, ale może najważniejsza sprawa – ból przypomina nam o naszej śmiertelności. To może nie wydawać się zbytnio uszczęśliwiającą myślą, ale spójrzmy na to w ten sposób – dopiero gdy uświadomimy sobie realną perspektywę utraty wszystkiego, stajemy się wdzięczni za to, co mamy.

To dlatego ludzie, którzy przeżyli traumę lub katastrofę, często przekierowują swoją uwagę z wartości powierzchownych, takich jak pieniądze i sukces zawodowy, na wartości głębokie – takie jak miłość i przyjaźń. „To nasza świadomość śmierci sprawia, że życie ma sens” – mówi Bastian. Zamiast uciekać przed cierpieniem, być może powinniśmy stawić mu czoło.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA