Andrew Tracey – wywiad z trenerem brytyjskiego MH

Skróty do lepszej formy i sylwetki? Lubimy. Ale wierzymy też, że czasem warto wybrać się w dłuższą, cięższą, za to bardziej malowniczą podróż, dzięki której transformację przejdzie nie tylko Twoje ciało, ale też charakter. Dowodzi tego historia naszego redakcyjnego kolegi z brytyjskiej edycji MH. Andrew Tracey wygląda, jakby był wykuty w skale, a doszedł do tego własną pracą.

Andrew Tracey FOT. DAVID VENNI

Men’s Health: Kiedy pierwszy raz Cię spotkałem, myślałem, że jesteś pół supermanem, pół szaleńcem. Właśnie ukończyłeś swój pierwszy maraton WOD. Dwadzieścia cztery Hero WOD-y z rzędu. Ostatni robiłeś już wykończony, z pęcherzami na dłoniach, ale wciąż dużo lepiej niż normalny facet w formie. Pomyślałem: „To nie jest normalne”.

REKLAMA

Andrew Tracey: Chyba uznam to za komplement... Chodzi mi o to, że Twoja forma wydaje się poza ludzkim zasięgiem. Dzięki, ale to nieprawda. Natura nie dała mi żadnej fizycznej przewagi. Powiedziałbym nawet, że pod pewnymi względami jestem poniżej średniej. Więc wszystko zawdzięczasz silnej woli? Ambicji? Nie, chodzi raczej o analityczne podejście. Niezależnie od wyzwania, trzeba podzielić je na etapy, ocenić, czy są wykonalne, i wreszcie zadać sobie pytanie, czy chcesz to zrobić. Ale podstawowa różnica między sukcesem a porażką sprowadza się do tego, ile razy jesteś gotów spróbować. Jeśli próbuję podnieść ciężar, który przekracza moje możliwości, nie myślę o nim jako „za ciężkim”. Myślę o nim jako o „za ciężkim na ten moment”. Wszystko jest procesem. Powiedz, jakim byłeś dzieckiem, zanim zacząłeś trenować? Nigdy nie wciągnąłem się w żaden sport zespołowy. Zresztą byłem dość drobnym i kujonowatym typem. Dopiero jako nastolatek zainteresowałem się skateboardingiem i BMX-em, chociaż wtedy nie traktowałem tego jako aktywności fizycznej.

A przecież to czysty fitness. Jako nastolatek kochałem deskę, ale dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę, jak sprawny musiałem być, żeby jeździć.

Dokładnie. Trening funkcjonalny odbywa się niejako „przy okazji” wyjścia z kumplami. Fitness jest tu efektem ubocznym zabawy. Twoim celem nie jest zwiększenie szybkości, gibkości i siły, ale potrzebujesz tego wszystkiego, żeby mieć flow na desce. Tym jest dla mnie fitness: sprawianiem, że Twoja fizyczność nie staje się barierą w osiągnięciu celu.

A jak z krawężnika przeskoczyłeś na ławeczkę do ćwiczeń?

Kiedy skończyłem szkołę, nie bardzo wiedziałem, co dalej robić. Mój tata kazał mi wybrać: college albo wojsko. Sam przeszedł selekcję do pułku spadochronowego i przez lata służył w armii brytyjskiej. By zyskać na czasie (i nie iść na studia), zrobiłem semestr przygotowawczy do armii. Kiedy się skończył, musiałem szybko znaleźć pracę, w której będę miał jeszcze chwilę na zastanowienie się, co chcę zrobić ze swoim życiem. Odpowiedziałem więc na ogłoszenie o posadę recepcjonisty w lokalnej siłowni. Nie to, żebym interesował się fitnessem – nie miałem o nim pojęcia. Byłem chudziutkim 16-latkiem, który chciał po prostu dostać minimalne wynagrodzenie, który kupi sobie jeszcze trochę czasu na wymyślenie co dalej.

Więc to nie był moment objawienia?

Raczej powoli się przebudzałem. Siłownię prowadził wielki, łysy facet z tatuażami – Enzo, strongman. Co prawda nie zmuszał pracowników do treningów, ale uważał, że powinni ćwiczyć. Trzeba zrozumieć, jakiego typu miejsce to było: malutkie, rano goszczące na bieżniach kilku emerytów, za to wieczorem zapełniające się facetami po ośmiu godzinach pracy na budowie albo po nocce na bramce jakiegoś klubu. Nic modnego: lokalna siłownia kulturystyczna. Wydawało się, że to niezbyt przyjazne środowisko dla chłopaka, który nie trzymał hantli w rękach, ale ci wielcy goście okazali się najmilszymi ludźmi na świecie. Wzięli mnie pod swoje skrzydła, zapraszali do wspólnych serii. I zacząłem trenować z tymi potworami!

Co dokładnie robiłeś?

Zwykła kulturystyka, nic specjalnie odkrywczego. Zresztą z biegiem czasu zauważyłem, że nieważne, jaką masz wiedzę – to intensywność i cel są ważniejsze. Goście ćwiczyli tam na różne sposoby, ale uzyskiwali te same wyniki. Wszyscy po prostu ciężko pracowali.

Ale przecież Ty lubisz zgłębiać teorię.

Tak, dlatego szybko zabrałem się za książki, które były dostępne w siłowni: od literatury akademickiej na temat anatomii i fizjologii, po „Encyclopedia of Modern Body-building” Arnolda Schwarzeneggera. Chłonąłem wiedzę jak gąbka, a wtedy ludzie nie byli tak wykształceni w tym temacie, jak teraz. Szybko zorientowano się, że wiem więcej, kumple zaczęli pytać mnie o różne rzeczy, co dało mi poczucie wspólnoty i akceptacji. Podniosło też moją samoocenę. W końcu wielcy, dorośli faceci z uwagą słuchali rad i uwag 16-letniego gnojka. Nauczyłem się też, że spryt i wiedza mogą bardzo pomóc w tej branży.

Pewnie sam też robiłeś postępy.

Tak, i to całkiem szybkie. Już jako osiemnastolatek byłem niewiele mniejszy niż w tej chwili.

Wszystko to jest interesujące, bo chyba nigdy nie widziałem Cię w siłowni. Wydajesz się mieć bardziej organiczne podejście do ćwiczeń: treningi na świeżym powietrzu, praca z domowymi sprzętami... Nie widzę u Ciebie skupienia na liczbach i wynikach.

Nie traktuję fitnessu dogmatycznie, chociaż bardzo cenię dobre programy treningowe. Uważam, że wszystko, co daje fizyczne spełnienie, jest super – czy to trening do Ironmana, czy bieganie wokół bloku. Minimalna dawka ruchu, która pozwala uzyskać fizjologiczne korzyści z ćwiczeń, jest w rzeczywistości niewiarygodnie niska. Kiedy ludzie narzekali z powodu zamknięcia siłowni w lockdownie, pomyślałem, że to przesada: jeśli chcesz się poruszać, możesz to zrobić wszędzie.

Na przykład na desce!

Jasne. Jeżdżenie na desce wpłynęło na to, jak postrzegam wiele rzeczy. Na przykład kiedy grasz w piłkę nożną, trenujesz przez dwa, trzy wieczory w tygodniu, grasz mecz w niedzielny poranek i tyle. Ale przy skateboardingu codziennie po prostu wychodzisz na deskę – podróż i cel to to samo.

To chyba kwintesencja Twojego podejścia do fitnessu. Cały świat może być Twoją siłownią, tak?

Tak. Uważam, że brak ograniczeń wynikających z nieuczestniczenia w zorganizowanej działalności pozytywnie ukształtowało moje podejście do fitnessu. To, że ktoś każe mi zeskoczyć z rusztowania albo zdjąć linę uczepioną barierki, nie jest w stanie mnie zniechęcić. Mam za sobą dzieciństwo wypełnione krzykami: „Nie szlifuj tej ławki!” albo „Tu nie wolno jeździć!”. Spoko, znajdę inne miejsce. Cała idea, że „ćwiczysz w tym miejscu, tego dnia, o tej porze” mnie nie dotyczy. To znaczy, nie zrozum mnie źle: przez wiele lat trenowałem w siłowni, pracowałam nawet jako trener personalny w komercyjnych gymach! Ale nigdy nie miałem poczucia uzależnienia od tego miejsca i jego zasad. Nienawidzę haseł typu: „Nie ma wymówek”. Faktem jest, że istnieją bardzo realne problemy, które mogą przeszkodzić komuś w ćwiczeniu. Ale powiem tak: zawsze znajdzie się miejsce, żeby zrobić kilka podciągnięć.

Jeśli pokusić się o amatorską analizę psychologiczną, wydaje się, że duże znaczenie ma tu wsparcie środowiska. Ale podróż jest jednak Twoja własna.

Chyba tak. Rzeczywiście, zaczynałem w środowisku, w którym odstawałem fizycznie. Nie dorastałem do pięt kumplom z treningów. Dzięki temu jedyne, nad czym pracowałem, to własny progres, bez porównywania się z innymi. I chwalono mnie za sam wysiłek. Mogłem trenować z kimś, kto wyciskał 140 kilogramów w 15 powtórzeniach i po prostu ściągać z gryfu cztery talerze, zanim go przejąłem. To nie był powód do wstydu. Ważna była determinacja. Reszta to tylko cyferki.

Droga od chabety do atlety w zaledwie dwa lata to spora transformacja. Czy poza ciałem zmienił się też Twój charakter?

Tak, to doświadczenie zmieniło trajektorię mojego życia. Znalazłem coś, w czym mogłem połączyć rozwój zawodowy i osobisty cel. To dało mi niesamowitą motywację. Nie było ważne, czy trenuję siebie czy innych – jestem w pełni zaangażowany. Nie wyobrażam sobie innego zajęcia, w którym mógłbym się tak spełniać.

Więc jesteś pełnoprawnym trenerem?

Na chwilę zaczepiłem się w komercyjnej londyńskiej siłowni. I jak na ironię, właśnie wtedy trochę rozczarowałem się fitnessem. Nie podobało mi się, że mam być reklamą swoich umiejętności, że mój własny trening ma zachęcać klientów do współpracy. Wtedy zainteresowałem się CrossFitem, który zaczynał zdobywać popularność. Mniej więcej wtedy odkryłem Mark Twight i Gym Jones [prywatny klub dla fit-świrów]. To było coś zupełnie innego, coś jak...

Religia?

Tak, ale w tym kontrkulturowym znaczeniu. Kult spędzania czasu w określony sposób. Kiedy pracowałem w komercyjnych siłowniach, Gym Jones pojawił się jako reprezentant tego samego rodzaju kultury fizycznej, co skateboarding czy BMX. CrossFit kręcił się wokół tematów, które mnie interesowały. W tamtych czasach trudno było zweryfikować, czy ktoś jest dobrym trenerem. Chodziło tylko o to, ile pieniędzy zarobiłeś, lub ilu masz klientów. A ja chciałem sprawdzić, jak te nowe techniki można przełożyć na zwykłych ludzi, i to nadal jest duża część mojego etosu pracy. Nauka nie kończy się wraz z najwyższym trenerskim certyfikatem. Mnie pociąga eksperymentowanie, wprowadzanie innowacji treningowych. Chcę szlifować moje rzemiosło, a nie zastygnąć w jednej, sprawdzonej metodzie.

Widać, że kochasz swoją pracę. Ale z drugiej strony wydajesz się też bardziej wyluzowany niż większość znanych mi trenerów.

Myślę, że to wynika z mojej długofalowej perspektywy – to nie jest plan na kilka miesięcy, tylko styl życia, który chcę mieć zawsze. Naprawdę nie ma pośpiechu. Dążenie do jednego konkretnego celu jest jak jazda autostradą: szybka, skuteczna, bez wielkiej przyjemności. Za to widoki są dużo lepsze, kiedy wybierzesz malowniczą trasę bocznymi drogami. Możesz zatrzymać się w dowolnym miejscu i ruszyć znowu, kiedy tylko zechcesz. Moim zdaniem to klucz do długowieczności, nie wyznaczanie sobie końca zadania. Zachowanie ciekawości, eksplorowanie coraz to nowych odmian fitnessu. Dzięki temu chce ci się wracać do aktywności raz za razem. Więc tak, moje podejście może być dość swobodne, jeśli chodzi o analitykę, osiągi, cyferki. Ale za to jak najpoważniej podchodzę do fitnessu w jego holistycznym wymiarze.

Więc jaki jest ten holistyczny cel?

Ostatecznie chodzi o robienie rzeczy, które sprawiają Ci najwięcej przyjemności i powodują, że chcesz wracać do ćwiczeń. Nic w swoim życiu nie robiłem z czystej ambicji czy dla udowodnienia czegoś sobie i innym. Wyzwania rodzą się z chęci realizowania szalonych pomysłów. Na przykład, kiedy pomyślałem, że chciałbym pokonać na ściance wspinaczkowej odległość jak na szczyt Everestu. Nie chodziło o pokazanie, że „dam radę dokonać niemożliwego” – nie jestem takim pajacem. Po prostu byłem ciekaw, czy uda mi się to zrobić. Nie mam w sobie potrzeby rywalizacji czy pokonania kogoś. Ale mam tę nienasyconą ciekawość, chęć sprawdzania, czy jestem w stanie zrealizować kolejne pomysły, czy moje ciało mi na to pozwoli.

Jak godzisz to iście buddyjskie przesłanie z faktem, że jesteś na okładce MH? Ktoś mógłby powiedzieć, że jednak coś sobie i innym udowadniasz...

Eeee tam... Kiedy wiele lat temu pracowałem u Enzo, zawsze mieliśmy na półce egzemplarze Men’s Health. I oczywiście każdy z wielkoludów marzył, żeby kiedyś pojawić się na okładce. Droga do tego celu była dość jasna: ciężko trenujesz, pilnujesz ścisłej diety, budujesz swój wizerunek w mediach społecznościowych i aplikujesz do agencji modeli fitness z nadzieją, że Cię wybiorą. Ja oczywiście nie mogłem wybrać tej prostej drogi, więc poszedłem naokoło. Oddawałem się swojej pasji na własnych zasadach, starając się jak najlepiej robić to, co robię. I ta okładka jest dla mnie satysfakcjonująca, ale nie bardziej niż przeczytanie na stronie otwierającej sekcję Personal Trainer brytyjskiego MH: „Edited by Andrew Tracey”. Jako redaktor działu fitness mogę przekazać swoje podejście do aktywności jako sposobu na życie. To świetna sprawa. Wiem, co zrobiłem, aby to osiągnąć. Temat przewodni mojego życia to po prostu ciężka praca. Bądź miły, konsekwentny, skromny, nie bój się szukać i sprawdź, co z tego wyniknie. Jak dla mnie, to wciąż całkiem buddyjskie podejście.

REKLAMA