8 lekcji Matthew McConaugheya

Zobacz, jak Matthew McConaughey, gwiazda Hollywood i najseksowniejszy mężczyzna według magazynu  "People", dba o formę - rusz razem z nim przez pustkowia Meksyku i przejdź szkołę, która zamieni Twój trening i życie w prawdziwą przygodę.

Coliena Rentmeester (Rodale Images)
Matthew McConaughey stoi u wejścia do jaskini, której mroczna czeluść przyciąga jak magnes: Musisz tam wejść, sprawdzić, jak jest w środku. Za każdym razem, gdy do niej wchodzę, czuję na plecach dreszcze i za każdym razem, gdy już wydostanę się na zewnątrz, wiem, że tam wrócę. W środku na maksymalnych obrotach pracuje Twój umysł, nie ciało - mówi. (fot. Coliena Rentmeester)
 Jaskinia.

REKLAMA

Znaleźliśmy się przy niej po około 30 minutach biegu - była to wielka czarna dziura w zboczu jakiejś meksykańskiej góry, gdzie diabeł mówi dobranoc. Jej czeluść przyciągała jak magnes, działała na mnie prawie hipnotycznie. Nawet nie zauważyłem, kiedy podszedł do mnie Matthew McConaughey i powiedział:

"Musisz tam wejść, sprawdzić, jak jest w środku. Byłem tam kilka razy - na jego twarzy pojawił się uśmieszek. - Za pierwszym oblał mnie pot i zapewniam Cię, że nie z powodu biegu. Po kilku krokach ogarnęły mnie zupełne ciemności i każdy kolejny stawiałem jak ślepiec. Następnego dnia wróciłem i wszedłem dwa metry dalej. Następnego - kolejne dwa. Za każdym razem, gdy jestem w środku, czuję na plecach dreszcze i za każdym razem, gdy już wydostanę się na zewnątrz, wiem, że tam wrócę".

McConaughey umówił się ze mną w meksykańskim miasteczku Real de Catorce, dokąd przyjechał ze swoją partnerką Penelopą Cruz (artykuł powstał w 2005 r. - przyp. MH), która kręci tu film. Umówił się ze mną, by pogadać o... bieganiu. A biega wszędzie, gdzie tylko się pojawi - ostatnio po Andach i peruwiańskiej dżungli. Teraz rozkłada szeroko ręce, jak DiCaprio w "Titanicu", i wskazuje na otaczające nas meksykańskie wzgórza:

"Tutaj wszystko masz jak na dłoni. Nie musisz nawet patrzeć, gdzie stawiasz stopę. Ale w tropikalnym lesie wszystko ma znaczenie. Tam nie czujesz się jak król świata. Idziesz, zastanawiając się, jak stawiać stopy: góra, dół, w prawo, w lewo... Gdy zmęczony chcesz się oprzeć o drzewo, jego normalnie wyglądająca kora nagle zaczyna się ruszać - okazuje się, że chciałeś się przytulić do pięciu tysięcy gąsienic. Tam nie ma rutyny, każdy krok trzeba analizować od nowa. Podobnie jest w jaskini".

Wskazuje palcem na czarny otwór w skale: "W środku na maksymalnych obrotach pracuje Twój umysł, nie ciało". Chyba nie mam wyjścia - wchodzę. Solidne, metalowe haki są wbite w ścianę co jakieś 10 metrów. Czwartego już nie widzę, jest za ciemno.

Ogarnia mnie strach podobny do tego, jaki czułem w dzieciństwie, gdy leżałem w ciemnym pokoju po obejrzeniu pierwszego horroru. Nie jest wcale spowodowany ciemnością ani tym, że na ścianach, o które opieram ręce, mogą być skorpiony. Powodem jest cisza. Kompletna. Słychać jedynie poruszane butami kamienie i mój oddech. Mam wrażenie, że słyszę własne myśli. To niesamowite uczucie.

Coś zimnego spada mi na szyję. Do diabła z odgrywaniem twardziela. Odpuszczam. Gdy wyszedłem na zewnątrz, Matthew spojrzał na moją pełną przerażenia i zachwytu twarz i uśmiechnął się: "To właśnie daje mi jaskinia".

Real de Catorce, czyli Królestwo Czternastu, może i jest na końcu świata, ale to miejsce dobre na trening jak każde inne. I idealne, by znaleźć trochę spokoju. Miejscowi mówią, że nazwa pochodzi od 14 hiszpańskich żołnierzy, którzy zginęli w walkach z Indianami na początku XVIII wieku. Miasteczko, wbrew temu, co sądziłem, wcale nie jest odcięte od świata. Do najbliższego lotniska w San Luis Potosi jest pół dnia drogi samochodem, a w samym Real znajdziesz internetową kafejkę i możesz oglądać telewizję satelitarną.

REKLAMA

REKLAMA

Coliena Rentmeester (Rodale Images)
Gdy zaczynamy trening, ostrzega przed mokrymi kamieniami. Pierwsze kroki na śliskiej powierzchni mogą być zabójcze. Matthew pamięta o tym za każdym razem, gdy wychodzi pobiegać. Powtarza to sobie właściwie zawsze, gdy zaczyna coś nowego: film, związek czy podróż na drugi koniec świata. Bo to wszędzie pomaga. (fot. Coliena Rentmeester)
Ale już po kilku godzinach wcale nie masz ochoty na szybkie połączenie z XXI wiekiem. Nawet nie włączasz budzika - zresztą i tak nie jest potrzebny, bo o świcie dolinę wypełnia pianie kogutów. Atmosfera jest jak na starych filmach, słychać tylko szczekające psy i ryczące osły. Czasem powietrze wypełnia wycie jakiegoś grata próbującego pokonać ostre podjazdy.

REKLAMA

Matthew McConaugheya znalazłem na szczycie jednego z takich pagórków, na werandzie hotelu, z której widać było całą okolicę. Ma kilkudniowy zarost, nieuczesane włosy i ten charakterystyczny teksański luz ("Mają tu niezłą kawę, masz ochotę stary?"). Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Matthew jest jakby szczuplejszy niż na ekranie - nie znajdziesz na nim grama zbędnego tłuszczu. Może w filmach sprawia wrażenie większego, bo przy 184 cm wzrostu góruje nad większością hollywoodzkich gwiazd.

W wieku 35 lat jest na topie. Zarobił już niezłe pieniądze, był (i jest) w bardzo bliskich stosunkach z najpiękniejszymi kobietami świata i zwiedza najdalsze jego zakątki; tylko po to, by cieszyć się ich widokiem (zakątków oczywiście). Zawodowo też nie może narzekać. Od roku 1994, gdy zagrał w "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną: Następnym pokoleniu" wszedł do pierwszej ligi Hollywood. Grał w takich filmach, jak "Czas zabijania", "Amistad"czy "Jak stracić chłopaka w 10 dni", "Sahara" czy "Podwójna gra". Magazyn "People" uznał go za najseksowniejszego faceta świata 2005 roku, a dwa lata później umieścił go na pierwszym miejscu rankingu posiadaczy najbardziej imponujących mięśni brzucha.

Ale życie to przecież nie tylko praca. Sukcesy pozwalają Matthew czerpać z życia pełnymi garściami. I podobnie jak każdy facet z pierwszymi zmarszczki wokół oczu, szuka odpowiedzi na pytanie, co w życiu jest naprawę ważne. Szuka jej wszędzie. I znajduje. Jak choćby tu, w Meksyku.

Im bliżej go poznajesz, tym większą masz pewność, że pot, kurz i wysiłek jest czymś, co naprawdę lubi. Widać, że chce już wyjść z hotelu i biec. Może dlatego, że w czasie biegu po górach i sztolniach odkrywa zawsze coś nowego - dosłownie i w przenośni.

Zaczął tydzień przed moim przyjazdem, od zwykłej przebieżki. Z dnia na dzień dobiegał coraz dalej i coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, ile kosztuje go każdy metr. I co zyskuje w zamian. Każdy z nowych odcinków był swego rodzaju lekcją, która dawała mu odpowiedź na pytanie: "Po co właściwie się tak męczę?" Pytanie, które wcześniej czy później zadaje sobie każdy z nas.

"Nie ma sensu rozmawiać o tym, jak trening wpływa na życie - mówi. - Zwłaszcza przy kawie. Ale odpowiedzi przychodzą same, gdy udaje ci się pokonać kolejne słabości - jak te, z którymi się boryka podczas codziennych biegów - gdy zalewa Cię pot, a zmęczenie sprawia, że przestajesz myśleć".

W pewnej chwili zaczęliśmy rozmawiać o bieganiu (w końcu po to tu przyjechałem). Co w nim jest takiego niezwykłego? "Czasem pracujesz nad formą fizyczną, ale psychicznie nic Ci ten trening nie daje. A dobry bieg, po dobrej trasie, rozwija wszystkie komórki, również te szare".

I Matthew McConaughey ma na to sposób.

Lekcja 1: Zawiąż buty

To, że jesteśmy w Meksyku,wcale nie oznacza, że jest ciepło. Około 5 stopni powyżej zera, słońce nadal za horyzontem. W taki poranek najchętniej chowasz nos pod kołdrą. Ale McConaughey ma na to radę. Własną mantrę, która pomaga mu wyjść zarówno do pracy, jak i na trening.

"Zawiąż buty - mówi - to proste. Gdy zawiążesz sznurowadła, wiesz, że już nie masz innego wyjścia, jak wyjść na dwór. I robisz to".

Gdy jesteśmy już na zewnątrz, ostrzega przed mokrymi kamieniami. Dla kogoś, kto nie wypił jeszcze swojej porannej kawy, śliska powierzchnia może być zabójcza. Zwłaszcza dla nogi w kostce. Matthew pamięta o tym za każdym razem, gdy wychodzi pobiegać. Powtarza to sobie właściwie zawsze, gdy zaczyna coś nowego: film, związek czy podróż na drugi koniec świata. Bo to wszędzie pomaga.

Potrzebujesz motywacji? Zawiąż buty. Nie chcesz schrzanić wszystkiego już na początku? Uważaj szczególnie na pierwsze kroki.

REKLAMA

Coliena Rentmeester (Rodale Images)
Co według Matthew McConaugeya jest takiego niezwykłego w bieganiu? - Czasem pracujesz nad formą fizyczną, ale psychicznie nic Ci ten trening nie daje. A dobry bieg, po dobrej trasie, rozwija wszystkie komórki, również te szare - wyjaśnia. (fot. Coliena Rentmeester)

Lekcja 2: Buenos dias, panowie!

McConaughey potrafi się przystosować - w końcu jest aktorem. Gdziekolwiek biega - w Meksyku, Londynie ("Hyde Park jest najlepszym parkiem do joggingu, jaki znam") czy Los Angeles - pamięta swoją pierwszą wyprawę do Mali, w zachodniej Afryce.

REKLAMA

"Wybiegłem zza rogu i zobaczyłem przed sobą siedmiu gości. Widząc mnie, rozstąpili się i zaczęli patrzeć spode łbów. Pomyślałem: Oho! Mogą być problemy". Wie, że to takie amerykańskie. "Gdy ktoś patrzy na ciebie w Stanach, reagujesz ostro: Na co się gapisz?" Wtedy jednak skrzywił tylko twarz w grymasie, który miał być uśmiechem, i wypalił "Ca va?" (na Mali mówi się po francusku). "Ich twarze się rozluźniły i cała siódemka odpowiedziała "Ah, c'est bien!"

Matthew śmieje się i wskazuje na dwójkę meksykańskich amigos pracujących na dachu nad nami. Nie pozostawia im wyboru i reaguje pierwszy. "Buenos dias, senores!"- krzyczy, machając na powitanie. To działa. Meksykanie też się uśmiechają i również do niego kiwają.

"Większość ludzi podróżuje z nastawieniem zdobywcy. Ale dużo lepiej wchłaniać w siebie to, co dane miejsce ma do zaoferowania". To właśnie z takiego nastawienia wziął się ten trening. "Zamiast zamówić kurierem hantle i rower, powiedziałem sobie: Wyjdę na dwór i zobaczę, co znajdę. Odkryłem tę trasę, a to, co wzdłuż niej znajduję każdego dnia, sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnego ranka".

Warto o tym pamiętać, gdy następnym razem znajdziesz się w nowym mieście czy sytuacji. Spróbuj.

Lekcja 3: Dotrwaj do końca

Krążąca coraz szybciej krew rozgrzewa i nie czuję już chłodu. Real de Catorce pozostaje z tyłu. Bruk zmienia się w piaszczystą drogę. Po bokach kępy kaktusów i skarłowaciałych drzew. Przebiegamy koło ruin starego kościoła i pojawia się ostre wzniesienie, którego końca nie widać. McConaughey nazywa je "Palące Wzgórze" - pierwsze prawdziwe wyzwanie dla mięśni i płuc.

"Na górze nie będzie już miejsca na marudzenie. Maruda to ktoś, kto narzeka, mimo że i tak nie ma odwrotu. Na wzniesieniu poczujesz ogień w mięśniach. Wtedy mózg zaczyna inaczej pracować. Koncentrujesz się na przetrwaniu. Nie jesteś w stanie myśleć, więc nie analizujesz trasy. Nie myślisz nawet o tym, że mógłbyś zawrócić. Przekraczasz punkt, po którym nie ma odwrotu. Marudzenie i tak nic nie da".

Gdy stawiamy pierwsze kroki pod górę, paplanina się kończy. Jest tylko ciężkie wciąganie powietrza i wzbijanie chmury kurzu. Na podbiegu dociera do mnie coś, co rzadko trafia się w klubach fitness: nie myślę o traconych kaloriach - same się spalają. Tak łatwo uzależnić się od mechanicznych bieżni z komputerowymi ekranami, liczników kalorii, pulsometrów itd. Szukać potwierdzenia właściwie wykonanej pracy w wartościach aktualnego tętna. Komu to potrzebne?

Pot leje się z twarzy i kapie na zakurzoną drogę. Wiemy bez monitora, że serca ostro pracują, i bez najmniejszych wyrzutów sumienia będziemy mogli usiąść do następnego posiłku. W dodatku sytego. Matthew porównuje "Palące Wzgórze"do klawisza "delete", który czyści i porządkuje umysł - przywraca wiarę we własny zdrowy rozsądek. Ma rację. Podbieg ostro daje w tyłek. Ale to ten rodzaj wycisku, po którym człowiek dobrze się czuje.

McConaughey ma tylko jeden sposób na tę stromiznę - i dotyczy to wszystkich sytuacji w życiu, gdy ma pod górkę. "Nie przechodzę w marsz. Ale też nie przyspieszam. Stawiam miarowo jedną nogę przed drugą. Droga jest wystarczająco ciężka - nie ma sensu jej jeszcze utrudniać." Wszystko, co trzeba zrobić, to dotrzeć do końca. To wystarczy.

REKLAMA

REKLAMA

Coliena Rentmeester (Rodale Images)
McConaughey pompki robi podczas biegu, bo w hotelu trening przerywa mu nieustannie dzwoniący telefon. - Chcę zrobić 200. Nie zastanawiam się, gdzie i w jakich seriach. Tu zrobię 30, pobiegnę, tam - 20. Po prostu staram się zmieścić te dwie stówy w biegu - mówi. (fot. Coliena Rentmeester)

Lekcja 4: Krok po kroku

Po około kilometrze "Palące Wzgórze" przechodzi w płaskowyż. Góry zapierają dech w piersiach. To wpływ krajobrazu i małej ilości tlenu (jesteśmy na trzech tysiącach metrów - 20 razy wyżej niż poziom mojego biurowego piętra). Biegniemy dalej, chociaż zaczynam zadawać sobie pytanie: "Daleko jeszcze?" Matthew sprawia wrażenie faceta, którego to nie obchodzi. Nie ma mierzenia dystansu, nie ma stopera. "Nie przejmuję się czasem - mówi. - Dobiegam tak daleko, jak się da".

REKLAMA

Ale czy nie martwi się o powrót? Nie. "Droga do domu jest zawsze łatwiejsza - argumentuje. - Pomyśl. Po pierwsze, wiesz, czego się spodziewać. Po drugie, konie zawsze przyspieszają w drodze do domu, nawet gdy są bardzo zmęczone. Po trzecie, najgorsze masz już za sobą. Każdy krok zbliża do momentu, gdy będziesz mógł usiąść na tyłku i odpocząć".

Za chwilę uczę się kolejnej lekcji. Tym razem pt. "Wstań i zrób coś". To lepsze niż planowanie tego ruchu.

"Nie wyznaczam sobie terminów na osiągnięcie celu - mówi. - Widzę te przystanki, które są najbliżej. Obieram kierunek i ruszam, chociaż nie wiem dokładnie, dokąd, on mnie na samym końcu zaprowadzi. Lubię hasło: Miej zasady, ale nie bądź ich niewolnikiem - kontynuuje z przerwami na oddech. - Rano mówię sobie: Biegnę tak daleko, jak się da, wrócę i będę miał wolne. To zasada, której przestrzegam. Ale za każdym razem droga może prowadzić gdzie indziej. Jestem więc wolny".

Jeśli pracuje się w taki sposób na planie, w siłowni czy biurze, na koniec dnia robota jest wykonana, a Ty nie masz wrażenia, że jesteś tylko trybem maszyny. To ważne.

Lekcja 5: Rób, co chcesz

W końcu zawróciliśmy. Chwilę potem McConaughey zatrzymał się. W pierwszej chwili pomyślałem, że chce odpocząć - ale nie. Zaczyna robić pompki w równym, szybkim tempie - najpierw dłonie ustawia szeroko, potem blisko siebie. Widzę, jak w żyłach na skroniach pulsuje krew, a z czubka nosa skapuje pot. Skacze z powrotem na nogi. Ręce, spodenki i koszulka są całe upaprane piachem.

"Robię to tutaj, bo świat to jednak mała wioska. W hotelu zacznie dzwonić telefon, czy coś podobnego. A gdy już przerwiesz trening, trudno do niego wrócić. Dlatego pompki robię w czasie biegu". Przed biegiem ma tylko ogólny plan treningu. "Chcę zrobić 200. Nie zastanawiam się, gdzie i w jakich seriach. Tu zrobię 30, pobiegnę, tam - 20. Po prostu staram się zmieścić te dwie stówy w biegu. Zresztą często jest ich więcej."

Matthew nie traktuje treningowych założeń jak przykazań. Ważniejsze, by ćwiczenia jednocześnie wietrzyły płuca i umysł. Kto powiedział, że w środku biegu nie możesz się zatrzymać i zrobić 30 pompek czy serii brzuszków? Niech to będzie dla ciebie frajda. Robienie tego, na co ma się ochotę, daje za dużo przyjemności, by się jej pozbawiać.

Lekcja 6: Adrenalinowy kop

Dobiegamy do jaskini. Właściwie jest to szyb starej kopalni srebra, opuszczonej nie wiadomo kiedy. Zastygam jak posąg i patrzę w ciemny otwór, a Matthew ma na twarzy ten swój wszystkowiedzący uśmiech. Nie masz takiej kopalni w okolicy? Wszędzie są miejsca, w których poczujesz dreszczyk emocji. Np. ścianki wspinaczkowe. Ale możesz równie dobrze zrobić coś, czego od dawna unikasz - choćby ten triatlon,o którym mówisz od 5 lat. Adrenalina wyzwoli w Tobie energię, o którą nawet siebie nie podejrzewałeś.

Lekcja 7: Z górki

Znowu jesteśmy na "Palącym Wzgórzu", ale teraz przed nami tylko droga w dół. McConaughey zwalnia.

"Uwielbiam tę część - mówi. - Znasz na pewno tę teorię, według której zbieganie jest trudniejsze niż wbieganie - śmieje się. -Tyle w tym prawdy, co w gadaniu rodziców, że lanie, które dostajesz, bardziej boli ich niż ciebie! Bieg z górki jest o niebo przyjemniejszy".

REKLAMA

Coliena Rentmeester (Rodale Images)
McConaughey na wszystkie sytuacje w życiu, gdy ma pod górkę, ma jeden sposób: Nie przechodzę w marsz. Ale też nie przyspieszam. Droga jest wystarczająco ciężka - nie ma sensu jej jeszcze utrudniać. Wszystko, co trzeba zrobić, to dotrzeć do końca. (fot. Coliena Rentmeester)
Po tym, jak pokonałem "Palące Wzgórze", trudno mi się z nim nie zgodzić. Zresztą dotyczy to nie tylko biegania. Ze wszystkich lekcji ta właśnie najmocniej chyba sprawdza się też w życiu. Sztuka wyluzowania.

REKLAMA

"Miałem tendencje do ciągłego naciągania struny - powie mi po biegu. - Chociaż odnosiłem sukcesy, wszystko szło świetnie, nie potrafiłem się tym cieszyć. Kończyłem film i następnego dnia rano budziłem się z myślą: "Muszę zrobić następny". Nie docierało do mnie, że sukces był m. in. wynikiem mojej ciężkiej pracy i zasłużyłem na nagrodę. Myślałem, że poszło za łatwo.

Dziś jestem już wystarczająco dojrzały,by powiedzieć sobie: "Stary, wyluzuj. Zasłużyłeś na to." Ale jest w tym jeden haczyk. Ten "luz" oznacza w czasie naszego biegu sprint. Po kilku krokach w dół pędzimy już na pełny gaz. Nogi biegną same, bucha kurz, kamienie strzelają w górę, a kaktusy tylko śmigają po bokach. Zaczynam rozumieć, co Matthew chciał naprawdę powiedzieć. "Z górki" jest łatwiej, ale fajnie jest dopiero wtedy, gdy przekraczasz własne bariery dźwięku. I dlaczego tego nie spróbować?

Lekcja 8: Co masz pod ręką

"Gdzie mój kamień?" - pyta McConnaughey, gdy już jesteśmy z powrotem w hotelu. Na balkonie jego pokoju chce trochę "popakować". Podnosi swój "kamienny ciężarek" - 10-kilogramowy kawałek murku, który znalazł na werandzie. Po co wozić hantle, jeśli możesz je łatwo zastąpić?

"Trochę wyciskania na barki, klatkę, ćwiczeń na ramiona - mówi, unosząc kamień. - Na koniec rozciąganie na nogi, miednicę i plecy i jest po wszystkim".

Matthew ma też inne sposoby na utrzymanie formy, również bez przyrządów, np. taniec. "Nikt już o tym nie pamięta, ale taneczne parkiety były dużo wcześniej niż fitness kluby - mówi. - Po nocy pełnej muzyki i tańca nie musisz biegać rano. Wypocisz wystarczająco dużo. W dodatku możesz wybrać technikę".

Jak wielu facetów lubi ten rodzaj treningu? "Niewielu, ale przez tracą to, co w tańcu najlepsze: gorąca, spocona kobieta, której zupełnie nie przeszkadza, że jesteś równie spocony". Warto może posłuchać faceta,który chodził z Sandrą Bullock i Ashley Judd, a teraz odbił dziewczynę Tomowi Cruise'owi.

Gdy czasu jest naprawdę mało, McConnaughey walczy z cieniem. "Wystarczy 20 minut. Idź na maksa i gwarantuję, że uznasz to za wystarczająco długi trening". Pokazuje też kilka ćwiczeń rozciągających na ramiona, klatkę i brzuch. "Dodaj to do boxingu,a okaże się, że wystarczą dwa metry kwadratowe, by utrzymać formę".

Lekcja bonusowa: Pamiętaj, po co to wszystko

To proste. "Jedzenie lepiej smakuje. To jest wystarczające uzasadnienie. Próbowałem wyrzekać się wszystkiego: Nie pij drinka, jedz zdrowo i trenuj - śmieje się. - Wyglądałem świetnie, ale cholera, straciłem całą radochę." Dla niego sprzątanie domu przed party też jest treningiem. Następnego dnia rano musisz wstać i posprzątać znowu. Pracuje ciężko i korzysta z tego. Po prostu żyje. To ostatnia z jego lekcji.

"Fantastycznie jest być silnym i zdrowym. Równie ważne jednak, by umieć z tego korzystać - mówi Matthew. - Chcę być zdrowy jak koń, a przy tym dobrze się bawić".

Czasami tak bardzo dbasz o to, żeby dłużej żyć, że w końcu zapominasz, po co żyjesz. Oddzielasz pracę nad sobą od przyjemności. A dlaczego nie robić obu tych rzeczy jednocześnie?!

Wypróbuj specjalny program treningowy MH, który pozwolił Matthew rozbudować mięśnie i przygotować się do roli w filmie "Sahara"

Zobacz również:
Miałem już zamykać biegowy sezon, gdy do redakcji trafił startowy model marki Saucony, Endorphin Pro 2. Od tamtej pory każdy dzień zaczynam od sprawdzenia prognozy pogody, bo kolejnych szybkich "dziesiątek" w zasadzie nie mam dość.
ZOBACZ WIĘCEJ

REKLAMA

REKLAMA