Metabolizm szybki i wolny – nie ma czegoś takiego!

Działanie naszej wewnętrznej maszynerii sterującej przemianami energetycznymi przez lata obrosło w wiele mitów. Wrzucamy je do hutniczego pieca, w który zgodnie z nimi mieliśmy się zamieniać, by palić kalorie.

metabolizm shutterstock.com
Na pewno spotkałeś się wielokrotnie z opinią, że niektórzy wygrali los na loterii, bo mają szybki metabolizm i nie tyją, choćby wrzucali w siebie tony jedzenia. Innych zaś pokarał los, bo wystarczy, że usiądą koło pączka, a w oczach nabierają kilogramów. To wygodne usprawiedliwienie, zwłaszcza że zgodnie z codziennymi obserwacjami może wydawać się prawdziwe. Niestety, jeśli przyjrzeć mu się od naukowej strony, w ogóle się nie broni. Wyjaśnijmy to raz na zawsze – nie ma czegoś takiego, jak „szybki” metabolizm. 

REKLAMA

Nawet na kanapie

Cała energia, którą zużywamy w ciągu doby, to nasz metabolizm całkowity. Składa się on z kilku elementów. Pierwszym i najbardziej znaczącym (spójrz na wykres na sąsiedniej stronie – podajemy go za „Journal of the International Society of Sports Nutrition”) jest metabolizm podstawowy. To kalorie wykorzystywane na podtrzymanie funkcji życiowych, czyli pracę organów wewnątrznych.

Szacuje się, że to nawet około 70% wszystkich kalorii, które spalamy. I będziemy robić to nawet leżąc na kanapie. Ile tej energii zużyjemy? To zależy od kilku zmiennych, a nie od jakiegoś genetycznie ustalonego metabolizmu: naszego wieku, płci, wzrostu oraz – głównie – masy ciała. Zwłaszcza tej beztłuszczowej.

PRZECZYTAJ: 24 naukowe patenty na spalanie tłuszczu

„Ilość energii zużywanej przez tkankę tłuszczową i mięśniową jest różna, ponieważ  kilogram tej pierwszej w ciągu dnia spala 4 kcal, a drugiej aż 12 kcal” – wyjaśnia Aleksandra Narojek, dietetyk z firmy Medicover. Dlatego dwójka zdrowych, odpowiednio odżywionych ludzi w tym samym wieku, o podobnym wzroście i masie ciała, będzie mieć bardzo zbliżony metabolizm podstawowy. „Badania pokazują, że osobnicze różnice mogą wynosić zaledwie 2-10%” – dodaje Narojek. Czyli to o wiele za mało, aby usprawiedliwić koncepcję „szybkiej” przemiany materii. 

Do trzech sztuka

Skąd biorą się zatem potoczne obserwacje „a on je i nie tyje”? Mogą wynikać z pozostałych składowych metabolizmu.  Pierwszą jest efekt termiczny, czyli ilość energii potrzebna do przyswojenia jedzenia. „Na strawienie białka potrzeba jej najwięcej, drugie w kolejności są węglowodany, a trzeci tłuszcz” – wyjaśnia Aleksandra Narojek.

Dlatego osoba jedząca wyraźnie więcej protein od drugiej ostatecznie dostarczy sobie mniej energii, chociaż na ich talerzach kalorii może być tyle samo. Tutaj jednak różnica też szału nie robi, ponieważ szacuje się, że na efekt termiczny zostaje zużytych 10% ogólnej ilości zjedzonych kalorii. Kolejną składową jest aktywność niezwiązana z treningiem. Określa się ją angielskim skrótem NEAT. W jej skład wchodzi absolutnie wszystko: od podróży do pracy rowerem, przez zakupy, po tupanie nogą w takt muzyki.

ZOBACZ: NEAT - aktywność pozatreningowa

Jeszcze niedawno w ogóle (nawet w MH, bijemy się w pierś!) nie braliśmy jej pod uwagę i bagatelizowaliśmy znaczenie wszystkiego, co nie jest treningiem do zajechania. Tymczasem okazuje się, że bardzo jej nie docenialiśmy. Jak bardzo? W jednym z eksperymentów prowadzonych w komorze metabolicznej jedni badani spalali nawet 800 kcal więcej od innych. Nie uprawiali przy tym żadnej aktywności sportowej, więc różnica wynikała tylko z tego, że jeden przez cały dzień leżał na łóżku, a drugi pewnie nerwowo chodził od ściany do ściany, żeby jakoś zabić czas.  

Ostatnią składową metabolizmu jest trening. Musisz pamiętać, że nie zawsze – zwłaszcza w przypadku początkujących – sprawdza się zasada im więcej, tym lepiej. Bo kiedy jesteśmy zmęczeni, organizm chce oszczędzać energię i redukuje aktywność pozatreningową. A ta, jak już ustaliliśmy, jest bardzo istotna.  Podsumowując – skąd bierze się wrażenie, że ktoś ma „szybki” metabolizm? Bo przy podobnej masie ciała ma więcej mięśni, je więcej białka, a do tego więcej się rusza. No i może ma jeszcze lekki genetyczny handicap, sięgający kilku procent. Czy ten ostatni wystarczy, żeby narzekać na okrutny los? Sam zdecyduj.   

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA