Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ

4


OCEŃ
3.9

Pasożyty - recepta na zdrowie?

Nasze układy odpornościowe coraz częściej zamiast nas bronić, atakują. Część uczonych twierdzi, że najlepszym lekarstwem na tę agresję są nie tabletki, lecz... pasożyty. Sprawdź, dlaczego właśnie "robaki" mogą stać się nową metodą leczenia wielu groźnych chorób.

Jim Thornton, Piotr Pflegel 2014-11-26
Pasożyty - recepta na zdrowie? fot. Stephen Lewis

Patrząc dziś na 45-letniego Toma "Niedźwiedzia" C., trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno ten ważący ponad sto kilogramów okaz zdrowia był dręczony setkami alergii. Był uczulony na pyłki roślin, na owoce morza, orzechy, ukąszenia owadów i wiele innych rzeczy, które utrzymywały jego układ odpornościowy w stanie nieustannej wojny. Niestety, wojny z właścicielem.

Substancje, które organizm powinien rozpoznawać jako obojętne, wywoływały histeryczne reakcje układu immunologicznego, który zamiast siedzieć cicho, atakował wszystko, co było w zasięgu jego rażenia, w tym głównie własne tkanki. "Gdy byłem dzieckiem, nie mogłem nawet jeść zielonego groszku – wspomina Tom. – Orzeszków ziemnych unikałem jak arszeniku, ukąszenie komara wywoływało trzymiesięczną opuchliznę".

Wprawdzie przypadek Toma jest wyjątkowo ciężki, jednak narastająca gwałtownie ilość przypadków alergii niepokoi lekarzy na całym świecie. Według statystyk, od lat 70. liczba alergików niemal się potroiła. Społeczeństwa zachodnie dosłownie toną w zalewie alergii. Nic więc dziwnego, że szukamy rozwiązań nawet mocno kontrowersyjnych, np. poprzez świadome zarażanie pasożytami. W końcu tonący chwyta się brzytwy.

Autoagresywni

Alergie są już dziś powszechnością. Praktycznie każdy albo jest na coś uczulony, albo zna kogoś, kto jest uczulony. I mowa tu nie tylko o teoretycznie błahych alergiach, takich jak katar sienny. Według badań Mount Sinai School of Medicine 1,4% amerykańskich dzieci jest uczulonych na orzeszki ziemne.

Na pierwszy rzut oka 1,4% nie robi wielkiego wrażenia, jednak w liczbach bezwzględnych wygląda to już o wiele gorzej. Najbardziej zaś przerażające jest to, że odsetek ten jest dwukrotnie większy niż jeszcze dekadę temu. Jeśli to tempo miałoby się utrzymać, za 50 lat co drugie dziecko nie będzie mogło jeść orzeszków.

Liczba innych chorób autoagresywnych, czyli takich, w których układ odpornościowy zwraca się przeciwko własnemu organizmowi, również alarmująco rośnie. Stwardnienie rozsiane, choroba Crohna, cukrzyca typu 1, schorzenia reumatyczne, toczeń, łuszczyca i alergie pokarmowe atakują coraz więcej ludzi w społeczeństwach, w których dostęp do współczesnej medycyny i higieny jest łatwy.

"Społeczeństwa postindustrialne dręczy plaga chorób autoimmunologicznych – mówi prof. William Parker z Duke University Medical Center. – Co gorsza, mimo wymyślania coraz skuteczniejszych leków liczba zachorowań stale rośnie i wciąż jest dużo schorzeń, w których nie potrafi my pomóc pacjentom". Tak też było z Tomem. Gdy dorósł, objawy alergii stale się nasilały; w końcu doszło do tego, że ataki astmy niemal go udusiły.

"Niedźwiedź" nie od parady nosił takie przezwisko. Ten facet uwielbia las i przyrodę i za nic w świecie nie chciał zrezygnować z wycieczek. Lekarzom się to nie podobało, ale widząc, że nie odwiodą go od pomysłu łażenia po górach, poprosili, żeby przynajmniej miał zawsze przy sobie zastrzyk z adrenaliną, na wypadek gdyby w dziczy groził mu wstrząs anafilaktyczny. Tom jednak upierał się, że zwykły benadryl (czyli lek przeciwalergiczny, którego używał od piątego roku życia) w zupełności wystarczy. "Zawsze miałem benadryl przy sobie. Bez niego czułem się jak krótkowidz bez okularów". Życie Toma było stałym oczekiwaniem na atak rozregulowanego układu obronnego.

Leczenie pasożytami nie jest dla każdego, ale niektórym osobom może uratować życie.

Z pomocą przyjaciela

Dopiero w zeszłym roku jeden z jego przyjaciół, pracujący w laboratorium medycznym, powiedział mu o niezwykłej eksperymentalnej terapii, która – choć nielegalna – być może przyniesie ulgę w najcięższych dolegliwościach. "Wiedziałem, że alergia na orzeszki ziemne może kiedyś zabić Toma, jeśli przypadkowo zje coś, co miało styczność z orzeszkami – wyjaśnia przyjaciel bohatera. – Znamy się od 20 lat i jesteśmy dziś jak bracia. Nie umiałbym żyć, gdyby go zabrakło". Przyjaciel zaproponował Tomowi niezwykłą terapię: świadome zarażenie ośmioma larwami tasiemca, które wyhodował w laboratorium, umył, zdezynfekował i umieścił w napoju.

W literaturze medycznej takie postępowanie nazywa się helmintoterapią, a jej pionierzy są przekonani, że odtworzenie trwającej od tysiącleci symbiozy człowieka z pasożytami może nas uchronić przed wieloma chorobami wynikającymi z nadaktywności układu obronnościowego. Ich zdaniem, w drodze ewolucji nauczyliśmy się pokojowo współżyć z robakami wewnątrz nas. Co one zyskiwały, to oczywiste – schronienie i pożywienie.

Na czym jednak polegał nasz zysk? Zwolennicy helmintoterapii twierdzą, że w zamian za udostępnienie pasożytom naszych organizmów otrzymywaliśmy od nich usługę optymalizacji pracy układu obronnościowego. Po pierwsze, pasożyty zapewniały mu niezły trening, po drugie zaś, najprawdopodobniej wydzielały jakąś substancję, który zapobiegała przesadzonym reakcjom układu na czynniki w gruncie rzeczy niezbyt groźne. Z punktu widzenia pasożyta strategia całkowitego "wyłączania" układu odporności żywiciela byłaby bez sensu, gdyż wtedy człowiek szybko by umierał i robal znowu musiałby sobie szukać żywiciela.

Zdaniem prof. Parkera, helminty (to taka bardziej naukowa nazwa robaków) wykonują dobrą robotę – uczą organizm żywiciela, jak odróżniać rzeczywiste zagrożenie od pozornego, dzięki czemu układ odpornościowy nie atakuje na oślep i nie bombarduje nieszkodliwych substancji ani własnych tkanek. Ten właśnie mechanizm "znieczulania i uczenia" układu immunologicznego jest obecnie Świętym Graalem alergologów.

bakterie fot. Shutterstock

Tasiemcowa historia

Ludzie zarażali się tasiemcem od tysięcy lat. Zarażali się, jedząc zakażone mięso świń lub krów, pozwalali się zagnieździć dorosłym osobnikom, które następnie rozmnażały się, uwalniały segmenty z jajeczkami, które z kałem lądowały w prymitywnych latrynach, stamtąd wypłukiwane przez deszcz trafiały na pola i pastwiska, a potem do koryta trzody. Kółko się zamykało, bo mięso zarażonych świń i krów lądowało na stole człowieka, który się zarażał. Tę nieskończoną wędrówkę przerwało jednak... wynalezienie toalety, a dokładniej upowszechnienie kanalizacji.

Odchody człowieka rzadziej już trafiały na pola, a badania weterynaryjne zmniejszyły ryzyko zjedzenia zakażonej wieprzowiny i ilość zakażeń pasożytniczych w krajach cywilizowanych drastycznie spadła. Nasz wieloletni związek z pasożytami zmienił status z "to skomplikowane" na "wolny". Zlikwidowanie problemu z tasiemcem w świecie zachodnim (w 2001 roku w Polsce zanotowano zaledwie 286 przypadków tasiemczycy) to jednak nie koniec wojny z parazytami. Ocenia się, że na świecie wciąż żyje około miliarda ludzi z chorobami wywoływanymi przez ponad 340 gatunków pasożytów.

Żeby było jasne: choroby pasożytnicze mogą być bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza dla dzieci, szczególnie w krajach, gdzie higiena i opieka lekarska są jeszcze na bardzo niskim poziomie. "Widząc, jakie szkody czynią pasożyty w Afryce czy Indiach, ludzie reagują zdumieniem na wieść, że próbujemy wykorzystać robaki do leczenia pacjentów" – mówi profesor P’ng Loke, parazytolog z New York University’s Langone Medical Center. Ale właśnie odtworzenie tej odwiecznej relacji między pasożytem a jego żywicielem (czyli człowiekiem) jest celem profesora Loke’a i wielu uczonych na całym świecie.

Oczywiście naukowcy nie zalecają rezygnacji z higieny. Próbują opracować metodę, która pozwalałaby przywrócić symbiozę między nami, ale bez niebezpieczeństw związanych z niekontrolowanymi zakażeniami. Ta grupa uczonych jest przekonana, że niemal całkowite wyrugowanie pasożytów z układu pokarmowego białego człowieka przyczyniło się do gwałtownego wzrostu zachorowań na choroby, które wyleczyć jest znacznie trudniej, niż pozbyć się tasiemca. Ich zdaniem pozbywając się pasożytów, wylaliśmy dziecko z kapielą.

Śmiały eksperyment

Jedenaście lat temu zespół gastroenterologów z University of Iowa przeprowadził eksperyment, który stał się kamieniem milowym w historii helmintoterapii. Zaanagażowali oni ochotników cierpiących na wrzodziejące zapalenie jelita grubego – przewlekłą, ciężką chorobę objawiającą się uporczywą biegunką, krwawieniem z przewodu pokarmowego i silnymi bólami. Uczestnicy badania średnio chorowali od 9 lat.

"Zajmuję się leczeniam takich schorzeń, jak choroba Leśniewskiego-Crohna czy wrzodziejące zapalenie jelita grubego od lat i wiem, że choroby te zaczęły być poważnym medycznym problemem w USA i Europie dopiero w XX wieku – mówi dr Joel Weinstock, szef gastroenterologii w Tufts Medical Center. – Sto lat to zdecydowanie za mało, żeby choroby miały podłoże genetyczne. Bardziej prawdopodobne wydawało się to, że przyczyn należy szukać w środowisku. Niestety, mimo wielu wysiłków nie udało się ustalić, jaki czynnik zewnętrzny wywołuje tę chorobę".

Historię walki z chorobą z pomocą pasożytów Herbert Smith opisuje dokładnie na swojej stronie na Facebooku.

Dr Weinstock doszedł do wniosku, że być może przyczyną nie był żaden nowy zewnętrzny czynnik, tylko brak czynnika, który dotychczas chronił nas przed tymi chorobami. Miał nawet pomysł, co nas mogło chronić: pasożyty. Jako gastroenterolog miał do czynienia z pasożytami przewodu pokarmowego od 20 lat. "Wiedzieliśmy, że parazyty potrafią osłabić odpowiedź immunologiczną. Zaczęliśmy się więc zastanawiać, czy ponowne wprowadzenie do jelita wyproszonych przez higienę gości nie pomogłoby pacjentom z autoimmunologicznymi chorobami jelit".

Dr Weinstock oczywiście wiedział, że ta propozycja może wzbudzić kontrowersje, jeśli nie wręcz wrogość, dlatego projektując eksperyment, wybrał "najbezpieczniejsze" pasożyty, jakie znał – świńską odmianę włosogłówki (Trichuris suis). Chociaż blisko spokrewniona z ludzką odmianą świńska włosogłówka w ludzkim organizmie nie może się rozmnażać, a przeżywa tylko kilka tygodni. Po uzyskaniu zgody na badania pilotażowe dr Weinstock podał jajeczka włosogłówki (TSO) chorym na wrzodziejące zapalenie jelita. Eksperyment był zaprojektowany zgodnie ze złotą zasadą metodologii: badanie było randomizowane, z podwójnie ślepą próbą.

Polegało na tym, że każdy z pacjentów otrzymał pigułki, jednak tylko połowa z nich połknęła rzeczywiście TSO: druga część dostała placebo. Zgodnie z przewidywaniami, 17% pacjentów, którzy dostali placebo, odczuło wyraźną poprawę. To nic dziwnego: efekt placebo jest znany od lat. Ale badaczy zdecydowanie bardziej interesowały efekty terapii prawdziwymi jajeczkami pasożyta. Okazało się, że w tej grupie zdecydowaną poprawę zanotowano u 47% badanych.

Tak obiecujące wyniki powinny pociągnąć za sobą istną lawinę dalszych badań. Niestety, amerykański urząd ds. leków FDA zażądał, by do badań wykorzystywano jedynie jajeczka pasożytów przygotowane zgodnie z procedurą GMP (Good Manufacturing Practice), czyli że każda dawka jajeczek musiałaby być dokładnie identyczna pod względem ilości i jakości. Jako że to żywe organizmy, a nie produkty z plastiku, jest to niezwykle trudne do osiągnięcia. W końcu udało się to niemieckiej firmie Ovamed GmbH. Od tej chwili w USA wystarczyło zdobyć receptę na TSO i można było rozpocząć terapię. Nie trwało to długo. W 2006 roku FDA zakazała importu TSO, uznając, że jest to lek o nieudowodnionym działaniu. Odmówiła też zgody na badania na szerszą skalę.

Nie tylko choroby jelit

Tymczasem w Argentynie uczeni opublikowali wyniki obserwacji, jakich przypadkiem dokonali, obserwując przez 5 lat ludzi chorych na stwardnienie rozsiane. Schorzenie to, zwane z łacińska Sclerosis multiplex, jest jedną z najgroźniejszych chorób autoimmunologicznych. Argentyńscy lekarze odkryli, że ci pacjenci, którzy w trakcie obserwacji "złapali" pasożyty, nie tylko rzadziej miewali nawroty choroby, ale również ich tkanka nerwowa (atakowana przez układ odpornościowy) była w lepszym stanie niż u tych, którzy nie byli zarażeni pasożytami. W 2011 roku w piśmie "Journal of Neuroimmunology" napisano: "Wyglądło na to, że zakażenie przewodu pokarmowego pasożytami zadziałało jak wirtualny »wyłącznik«, który dezaktywował nadaktywność układu odporności, czyli główne źródło SM".

Mnie, zainfekujcie mnie

O ile nieswoiste zapalenia jelit nazwać można piekłem, o tyle choroba Leśniewskiego-Crohna jest jego dziewiątym kręgiem. Zazwyczaj atakuje jelita, ale może uderzyć w każdym miejscu układu pokarmowego– od ust aż po odbyt. Silne bóle brzucha, biegunka, gorączka i utrata apetytu to dopiero początek problemów. Powikłania bywają znacznie bardziej dramatyczne. Trzydziestotrzyletni Herbert Smith, analityk finansowy z Nowego Jorku, doświadczył jednego z nich. Wrzód wewnątrz jelita spowodował jego przebicie i treść jelita, wraz z milionami bakterii, przedostała się do organizmu. W trybie pilnym usunięto mu więc uszkodzony fragment jelita. Przez rok było lepiej, ale po tym czasie problem powrócił. Trzeba mu było wyciąć kolejny kawałek jelita. Procedury tej nie można powtarzać w nieskończoność. Jelito skrócone o 2/3 ledwo już sobie radzi z wchłanianiem substancji pokarmowych.

bakterie fot. Shutterstock

Smith wiedział o tym, więc rozpaczliwie zaczął szukać pomocy. Natknął się na badania dr. Weinstocka i zamówił dostępną wówczas legalnie porcję jaj włosogłówki, czyli TSO. Terapia nie była tania: zapas jaj na 3-miesięczną kurację kosztował 5 tysięcy dolarów. Zdobycie takiej gotówki zajęło Smithowi kilka miesięcy. Gdy jajeczka w końcu przyszły, połknął pierwszą dawkę bez większych oporów. Wkrótce objawy zaczęły się zmniejszać i w końcu zupełnie ustąpiły.

Niestety, trzymiesięczny zapas szybko się skończył. Wkrótce też objawy wróciły. Smitha nie było stać na kolejną porcję i znany mu koszmar zaczął się powtarzać, a nawet nasilać. Jego jelito uległo zwężeniu i teraz miało jedynie 1 mm średnicy. Żaden pokarm nie był w stanie pokonać tego wąskiego gardła. Ból był okropny, trzeba było dokonać resekcji kolejnej części jelita.

Wtedy Smith przeczytał o Brytyjczyku, Jaspeerze Lawrence’u, który w Afryce świadomie zaraził się tasiemcem, żeby pozbyć się ciężkich alergii i astmy. Skutecznie. Smith skontaktował się z Lawrence’em, który w owym czasie prowadził w Kalifornii firmę handlującą larwami tasiemców, i nabył zestaw do samodzielnego zastosowania. Mniej więcej po dwóch miesiącach, kiedy tasiemiec już się zadomowił w przewodzie pokarmowym Smitha, objawy choroby Leśniewskiego-Crohna znowu ustąpiły. O dziwo, zniknęły też alergie pokarmowe, na które cierpiał.

Włochate kulki z ogonkiem

Zanim "Niedźwiedź" połknął swoje osiem larw tasiemca, miał okazję obejrzeć je pod mikroskopem. Nie były takie okropne, jak się spodziewał. "Wyglądały jak włochate kulki z ogonkiem. Połykałem już gorsze rzeczy niż to" – wspomina dziś. Przez dwa miesiące po tej niecodziennej "kolacji" właściwie nie było widać żadnych efektów: objawy ani się nie poprawiły, ani nie pogorszyły. Dopiero po blisko trzech miesiącach "Niedźwiedź" zaczął zauważać pierwsze zmiany.

"Właściwie nic się nie zmieniło, poza tym, że w pewnym momencie zauważyłem, że przestałem reagować alergicznie na mojego psa. Wcześniej wystarczyło, że go pogłaskałem, a już zaczynałem kichać, swędziały mnie ręce etc. I nagle zorientowałem się, że mogę śmiało tarmosić czworonoga i nic się nie dzieje. Nie miałem już uczulenia na psią sierść". Niedługo później pojawiły się kolejne zmiany na lepsze. Niepostrzeżenie ustępowały alergie na kolejne pokarmy. Po raz pierwszy w życiu "Niedźwiedź" mógł zjeść sushi. "Byłem tak podekscytowany, że chciałem nawet spróbować masła orzechowego, ale strach przed uduszeniem tkwił tak głęboko, że nie mogłem go przełamać" – wspomina.

Trzeba zachować ostrożność

W internecie można znaleźć wiele historii ludzi, którym zarażenie pasożytami pomogło zwalczyć alergie, astmę, chorobę Crohna i inne. Jednak większość lekarzy nadal jest sceptyczna w stosunku do helmintoterapii, zwłaszcza wobec samodzielnego aplikowania sobie parazytów, tak jak to uczynili bohaterowie tego artykułu.

"Pasożyty nazywają się pasożytami nie bez powodu – wyjaśnia prof. Derek McKay z University of Calgary, szef zespołu zajmującego się badaniami nad helmintoterapią. – Pasożytują na swoim gospodarzu, to znaczy, że czegoś go pozbawiają, coś mu zabierają. Nie można o tym zapominać. Czasami dzwonią do nas ludzie, którzy dowiedzieli się z prasy, czym się zajmujemy, i pytają, czy mogą kupić trochę naszych robaków. Nie ma mowy – odpowiadam. Helmintoterapia jest bardzo obiecującą dziedziną, ale trzeba zachować wielką ostrożność. Być może uda się udowodnić, że niektóre gatunki pasożytów są pożyteczne dla swoich gospodarzy. Jednak nawet najbardziej optymistyczne historie – często opisywane w mediach – wciąż budzą zbyt poważne wątpliwości, by usprawiedliwiać praktykę samodzielnego infekowania się pasożytami".

Prof. McKay ma nadzieję, że uczonym uda się ustalić, jakich substancji używają pasożyty do deaktywacji układu odpornościowego i że odtworzywszy te substancje, będziemy w stanie zapewnić lekarstwa działające tak samo, a znacznie łatwiej kontrolowalne niż wpuszczenie do jelita żywych organizmów. Inni uczeni mają wątpliwości, czy to się uda. "Być może – mówi dr Graham Rook, mikrobiolog z University College London – nasz układ odpornościowy musi być podrażniony przez cały zespół molekuł pochodzących od pasożytów, by przestać atakować własne tkanki. Pojedynczy związek może nie zadziałać. W gruncie rzeczy to dobrze, bo system musi być naprawdę pewien, że wie, co robi, zanim się dezaktywuje".

Co więcej, niektórzy uczeni są zdania, że aby pasożyty mogły nas chronić przed autoagresją, potrzebne im są do tego jeszcze inne organizmy żyjące w naszych jelitach. W 2010 roku w "New England Journal of Medicine" ukazał się artykuł, którego autorzy wskazywali, że jeden z gatunków nicieni, aby zasiedlić organizm, potrzebuje konkretnej bakterii. Jeśli zostanie ona wybita antybiotykiem, nicień się nie utrzyma i z leczenia nicieniem będą nici.

Związek na całe życie

Tasiemce, którymi Smith samodzielnie się zainfekował, dojrzały i wygodnie rozsiadły się w jego jelitach. Rok po wpuszczeniu ich przez skórę do organizmu objawy choroby Leśniewskiego-Crohna całkowicie ustąpiły. Nie musi już brać leków, które wcześniej brał, a które jego zdaniem można porównać do próby naprawy szwajcarskiego zegarka za pomocą młotka. Przed terapią zażywał codziennie 30 tabletek, dziś obchodzi się bez nich. Nabrał masy – ważył zaledwie 50 kg, dziś już 70. No i, co najważniejsze, może jeść, co tylko chce, nawet niegdyś absolutnie zakazane produkty z wysoką zawartością błonnika.

"Żyję wreszcie zupełnie normalnie – cieszy się Smith. – Gdy w końcu FDA zatwierdzi aplikowanie TSO jako oficjalną terapię choroby Leśniewskiego- Crohna, chętnie zastąpię tasiemca włosogłówką. Będę jednak musiał najpierw poczekać, aż moi kumple z jelit umrą ze starości". Udostępnienie helmintoterapii w ramach klasycznej medycyny byłoby bardzo korzystne, ponieważ kapsułki z jajeczkami włosogłówki z pieczątką "zatwierdzone przez FDA" na pewno dawałyby pacjentom większe poczucie bezpieczeństwa.

Nie musieliby polegać jedynie na słownych zapewnieniach swoich dostawców robaków, że to jest na pewno bezpieczny gatunek. W przeciwieństwie do Smitha (który opisał swoją historię na Facebooku, tam też radzi innym chorym), "Niedźwiedź" nie ma najmniejszego zamiaru przerzucać się na jajeczka włosogłówki, nawet gdy, i o ile, FDA w końcu zatwierdzi tę terapię. "Niedźwiedź" przyzwyczaił się już do mieszkańców swoich jelit i myśląc o nich, częściej porównuje je z aniołem stróżem niż z jakimś obleśnym pasożytem.

bakterie ilustracje Paweł Rzecki

"To nie boli, praktycznie nic nie kosztuje, a wystarczy raz połknąć i zapomnieć o problemie na mniej więcej rok. One odwalają całą robotę – wyjaśnia "Niedźwiedź". – Moi kumple z brzucha pozwolili mi w końcu się zrelaksować i zacząć myśleć o czymś innym niż o własnym zdrowiu".

Pewnego wieczoru "Niedźwiedź" zjadł pół paczki chipsów ziemniaczanych zanim zorientował się, że zapomniał sprawdzić na opakowaniu, czy przypadkiem nie są dla niego groźne. Sprawdził. Okazało się, że chipsy były smażone na oleju arachidowym. Kilka lat wcześniej takie odkrycie byłoby jak wyrok śmierci. Dziś, dzięki pasożytom, "Niedźwiedź" spokojnie dojadł paczkę do końca. I żyje.

Co mogą leczyć robaki?

Terapia pasożytami ma wiele pól do popisu. Jak dotąd udało się ustalić, że potrafi być skuteczna w walce z chorobami, które atakują następujące części ciała.  

1. Brzuch

Przewód pokarmowy to miejsce, gdzie robaki rozbijają swój obóz, nic więc dziwnego, że stosuje się je w leczeniu chorób tego właśnie obszaru, głównie całej rodziny tzw. nieswoistych zapaleń jelita, np. choroby Leśniewskiego-Crohna, wrzodziejącego zapalenia jelit czy zespołu drażliwego jelita.

2. Mózg

Istnieją badania, sugerujące, że robaki mogą być pomocne w leczeniu stwardnienia rozsianego, depresji, a nawet autyzmu. W Albert Einstein College of Medicine trwają obecnie testy kliniczne nad zastosowaniem helmintoterapii w leczeniu tej ostatniej choroby.

3. Stawy

Reumatoidalne zapalenie stawów jest bardzo trudne do leczenia. Często nie pomagają nawet sterydy, dlatego trwają w tej chwili badania na szczurach, czy pasożyty nie pomogłyby w walce z reumatyzmem również u ludzi. Wyniki są obiecujące.

4. Skóra

Lekarze sądzą, że przyczyną łuszczycy jest rozregulowany układ odpornościowy, co sprawia, że teoretycznie pasożyty mogłyby pomóc. Na razie jednak przeprowadzono niewielkie testy na zwierzętach.

5. Płuca

Klasyczny atak astmy spowodowany jest nadmierną reakcją oskrzeli na wyimaginowany lub nie atak. Badacze z Brazylii wykazali, że podanie antygenu robaków zmniejsza tę nadreaktywność. Przynajmniej u myszy.   

Zgaś zapalenie bez robaków

7 sposobów na zmniejszenie stanu zapalnego bez stosowania pasożytów:

1. Daj szansę kurkumie

Badania na zwierzętach potwierdziły, że kurkuma zawiera składniki, które hamują działanie cytokin, odpowiedzialnych za proces zapalny. Kurkumę znajdziesz w curry i w musztardzie.

2. Plan D

Uczeni alarmują, że coraz więcej ludzi na półkuli północnej cierpi na niedobór witaminy D, która bierze aktywny udział w regulowaniu układu odpornościowego. Zapytaj lekarza o suplement.

3. Powyginaj się

Badacze z Indii odkryli, że po 10 dniach ćwiczenia jogi poziom cytokin u ludzi z przewlekłymi stanami zapalnymi zmniejszył się. Jeszcze dziś zapisz się na kurs jogi. Bonus? 90% to kobiety. Rozciągnięte.

4. Podziel 6 na pół

Uczeni z Ohio State University odkryli, że poziom cytokin zmniejsza dieta uboga w kwasy tłuszczowe omega-6, a bogata w omega-3. Jedz więcej tłustych ryb morskich, a mniej tłuszczów roślinnych.

5. Zwróć uwagę, że szklanka jest do połowy pełna

Naukowcy z University of Michigan wykazali, że optymiści mają niższy poziom wskaźników stanów zapalnych niż pesymiści.

6. Wyśpij to

Bezsenność może sprzyjać występowaniu stanów zapalnych. Poświęć 15 minut po południu na rozważenie codziennych problemów, a w nocy łatwiej zaśniesz.

7. Rozgrzej się, by zmniejszyć zapalenie

Ćwiczenia fizyczne pozwalają zmniejszyć stan zapalny. Duńscy uczeni wykazali, że jazda na stacjonarnym rowerze redukuje stan zapalny wywołany ekspozycją na niewielkie ilości bakterii E.coli. Następnym razem zatem, gdy będziesz czuł, że coś Cię rozbiera, niekoniecznie rezygnuj z treningu. Co najwyżej zmniejsz nieco intensywność ćwiczeń.

MH 08/2013

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Nasze układy odpornościowe coraz częściej zamiast nas bronić, atakują. Część uczonych twierdzi, że najlepszym lekarstwem na tę agresję są nie tabletki, lecz... pasożyty. Sprawdź, dlaczego właśnie "robaki" mogą stać się nową metodą leczenia wielu groźnych chorób.<br /><br /><a href="/zdrowie/Pasozyty-recepta-na-zdrowie,5451,1"></a>
    Mens Health, 2015-11-26 13:50:18
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij