Czego uczy nas śmierć?

Tagi: zdrowie | medycyna | śmierć | umieranie | lekcja życia | sens życia

Lekarze albo zajmują się ratowaniem życia, albo bezradnie przyglądają się, jak ono z nas ulatuje. Ale nawet w tym fachu niewielu jest ludzi, którzy patrzą śmierci prosto w oczy i… potrafią opisać, co w nich widzą. Oto lekcja życia udzielona przez jednego z nich.

Poleć ten artykuł

Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał on strachu przed śmiercią.
Albert Camus


Mój pierwszy dzień na medycynie był wypełniony inspirującymi wykładami. Zaczęło się od spotkania z anestezjologiem, który za temat obrał sobie "wszystko, co musicie wiedzieć o medycynie". Okazało się, że nie ma tego dużo, zaledwie trzy zasady, które kazał nam powtarzać za sobą: "Powietrze się wdycha i wydycha. Krew ma krążyć. Tlen jest dobry. Pamiętajcie o tym, a wszystko będzie dobrze".

Już za parę dni tablica w sali wykładowej, w której wprowadzano nas w podstawy medycyny, miała zapełnić się skomplikowanymi wzorami procesów biochemicznych i rysunkami ludzkich embrionów na różnych etapach rozwoju. Tego pierwszego dnia jednak tylko jeden wykładowca zadał sobie trud, by cokolwiek na niej napisać. To był patolog. On również, podobnie jak ów anestezjolog, postanowił sprowadzić całą medycynę do jednej, podstawowej zasady. Dlatego napisał na tablicy wielkimi kulfonami jeden wyraz: ŚMIERĆ.

"Unikajcie tego - powiedział - a wszystko będzie dobrze".

To słowo straszyło z tablicy przez cały dzień. Myślałem, że może ktoś w końcu je zetrze, ale nikt się nie odważył. Następnego dnia rano już go nie było, zastąpił je cykl Krebsa - ten niesłychanie skomplikowany, szczęśliwy mechanizm międzykomórkowy, który utrzymuje nas przy życiu, dzięki Bogu nie zważając, czy ktoś potrafił go wykuć na pamięć, czy nie. Ten, kto zastąpił to krótkie, przerażające słowo cyklem Krebsa, dał nam pierwszy wgląd w to, na czym polega prawdziwa medycyna.

Mimo nieśmiałego zajawienia śmierci w tym pierwszym dniu, przez całe studia mieliśmy się uczyć nie tego, jak się jej nie bać, tylko jak jej unikać. Nie podoba nam się wizja tego słowa wypisanego na tablicy i spoglądającego na nas tak otwarcie. Wolimy je ukrywać głęboko między wynikami badań, w kliszach z prześwietleniami, by odkryło się, gdy nas już nie będzie. Ale ono tam jest - śledzi nas, tak jak księżyc podąża za jadącym samochodem. Tak długo, dopóki nie musimy na nie patrzeć, wszystko jest w porządku. Problem polega na tym, że chociaż my jej unikamy, ona wciąż ma na nas oko.

Gdy już muszę myśleć o śmierci, widzę ją najwyraźniej w twarzach pacjentów, w momencie gdy dociera do nich, że to, co nieuchronne, jest tuż, tuż. Kiedy pojmują, że śmierć jest już blisko. Nie sposób tego zapomnieć: nie da się zapomnieć spojrzenia człowieka, który nagle rozumie, że to już teraz, że już niedługo - nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale być może już dziś albo za tydzień - umrze.

Ja umieram, prawda?

Ten pacjent miał zaledwie 18 lat i mukowiscydozę. To genetyczna choroba, powodująca zagęszczanie się śluzu we wszystkich organach produkujących śluz. U tego pacjenta najgorzej było z płucami. Za sprawą milczącego porozumienia odwlekaliśmy wizytę u niego na koniec porannego obchodu, bo nocne laboratorium dostarczyło nam właśnie wyniki badań jego krwi.

Oceń artykuł:

4.8

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Men's Health poleca