Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ

1


OCEŃ
5.0

Wojownicy pehlwani: grunt to walka

Bez udawania, bez dopingu i krzykliwej oprawy, wojownicy pehlwani walczą wprost na ziemi. Krew, pot i łzy kolejnych pokoleń zapaśników uświęcają arenę pojedynku. Poznaj inspirującą historię niezwykłych walk, które toczą się na ubitej ziemi od 2,5 tysiąca lat.

Marcin Osman 2013-05-03
Bez udawania, bez dopingu i krzykliwej oprawy, wojownicy pehlwani walczą wprost na ziemi. Krew, pot i łzy kolejnych pokoleń zapaśników uświęcają arenę pojedynku. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Trener nie dopuszcza podopiecznych do walki bez solidnej rozgrzewki i rozciągnięcia się. Jeżeli ktoś się obija, błyskawicznie dostaje napomnienie. (fot. Marcin Osman)

Ukryty ring

Podwórko, na którym odbywają się treningi i walki, jest ukryte między domami i małym meczetem. Zawodnicy dostrzegają mnie, ale nie przerywają pojedynku. Staram się nie przeszkadzać i nie podpaść na samym początku. Rzuca mi się w oczy ich podobieństwo. Są potężnie zbudowani, prawie wszyscy noszą wąsy, co w Pakistanie jest oznaką męskości.

W przerwie podchodzi do mnie kilku zawodników. Są ciekawi przybysza tak samo, jak ja ich. Jedynie Saqib mówi po angielsku i to on zaprasza mnie na kolejny trening za 2 dni. Po obowiązkowym prysznicu (rura z cieknącą wodą, wystająca ze ściany budynku) wojownicy rozchodzą się do domów lub wracają do pracy.

Zanim wybiorę się na kolejny trening szukam informacji o pehlwani. Okazuje się, że historia tych indyjskich zapasów sięga starożytności. W V wieku p.n.e. na terenie obecnych Indii rozwijał się styl malla yuddha (w sanskrycie oznacza to "walkę atletów"). Jednym z pierwszych zapaśników został Siddhartha Gautama, zwany później Buddą.

System walk pehlwani opisany został w XIII-wiecznym traktacie Malla Purana. Określono rodzaje zapaśników, zestaw ćwiczeń i technik walki. W księdze scharakteryzowano niezbędne cechy fizyczne zawodnika. Od początku zasada była prosta: należało powalić przeciwnika plecami na ziemię, wykorzystując siłę mięśni, taktykę i zwinność. Gdy w XVI wieku władzę na Półwyspie Indyjskim przejęli Mogołowie, zapasy uległy modyfikacjom. Zaznaczył się wtedy wpływ stylów walki wojowników z Mongolii i Persji.

Grób wojownika

Na kolejny trening przychodzę przed wyznaczoną godziną. Zanim zjawiają się zapaśnicy, mogę w spokoju przyjrzeć się miejscu. Arenę otaczają bielone wapnem ściany. Od strony wejścia rośnie potężne bananowe drzewo, rzucając zbawczy cień. Przy nim stoi tajemniczy marmurowy nagrobek, pokryty płatkami kwiatów. Później okazuje się, że spoczywa w nim wielki guru i zapaśnik Hazrat Sakhi Mastan Shah. 300 lat temu założył grupę pehlwani Gunga Akhara. Na ścianie nad grobowcem wypisane są nazwiska jego najbardziej znanych wychowanków.

Zapaśnicy pochodzą z różnych warstw społecznych, są wśród nich uczniowie, studenci, pracownicy fabryk, zdarzają się nawet naukowcy. Łączy ich zamiłowanie do nieskrępowanej i nieudawanej walki. Wrestling w Pakistanie nie ma nic z amerykańskiego odpowiednika, pełnego teatralnych gestów, udawania i blichtru. Tu liczy się czysta walka i rywalizacja. Nic więcej.

Zanim trener dopuści do zwarcia, zapaśnicy muszą się rozgrzać i porozciągać. Potem obowiązkowy prysznic, żeby zmyć z siebie brud. Najmłodsi zbierają opadłe liści i przekopują motykami całą powierzchnię ringu. Na koniec zostaje wyrównanie i do akcji wkracza potężny 20-latek, ciągnąc za sobą drewnianą belkę, na której przykucnęło dwóch synów trenera.

O mur oparto duże lustro. Najstarszy z zawodników, przyglądając się swojemu odbiciu, podnosi hantle wyglądające jak rekwizyty z XIX-wiecznego cyrku. Obok grupka młodych mężczyzn robi pompki połączone z przysiadami. Inni biegają dookoła, machając dynamicznie rękoma.

Mapa na twarzy

Z boku stoi trener. Bacznie przygląda się otoczeniu. Błyskawicznie namierza obiboków i wystarcza jedno słowo, by wróciła dyscyplina. Jego surowa twarz nie zdradza żadnych emocji . Przypomina mapę, na której zapisały się ślady licznych potyczek: kilkakrotnie złamany noc, rozbite łuki brwiowe i parę blizn.

Pada długo oczekiwany sygnał i na ring wchodzą wojownicy. Po tradycyjnym powitaniu w sekundę przybierają wyjściowe pozycje. Pochyleni, w każdej chwili gotowi odskoczyć, krążą wokół siebie, mierząc się wzrokiem. Wyciągnięte dłonie mierzą w przeciwnika, przygotowane do chwytu. Zasady są niezmienne od setek lat: trzeba położyć przeciwnika na obie łopatki.

W końcu mężczyźni łapią się za karki i, podcinając nogami, próbując powalić. Młodszy robi unik i rzuca starszego na ziemię, od razu przygniatając go swoim ciężarem. Euforia udziela się widzom, którzy wrzeszczą i dopingują ulubieńców.

Gdy wstaję z miejsca przy grobowcu i chcę wejść z aparatem na ring, słyszę ostrzeżenie tłumacza. Od razu się cofam. Nie mogę wejść w butach, to byłoby świętokradztwo. Ta ziemia jest namaszczona litrami potu poprzednich pokoleń zapaśników. W dowód szacunku można wejść na nią tylko boso.

Gdy walka traci impet, a zawodnicy dyszą zwarci w parterze, trener wrzeszczy, waląc ręką w plecy podopiecznych. Bierze garść ziemi i obsypuje nią walczących. Zwiększa to tarcie i poprawia trzymanie. Młodszemu wpada trochę ziemi do ust i gdy ją wypluwa, przeciwnik chce wykorzystać chwilę nieuwagi i obalić go na plecy. Ten jednak nie daje się zaskoczyć - mimo widocznej nadwagi jest niezwykle szybki i gibki.

Rozgrzewka przed treningiem pehlwani: pompki na podwyższeniu i bieg z wymachami ramion to podstawowe ćwiczenia przygotowujące pehlwani do czekającego ich wysiłku. (fot. Marcin Osman)

Gdy pokonuje przeciwnika, od razu dostaje następnego. Walczy z kolejnymi aż do całkowitego wyczerpania. W międzyczasie na ringu odbywają się inne walki. Trener z pomocnikiem pilnują, by zawodnicy będący w ferworze nie wpadli głowami na ścianę. Gdy z pobliskiego meczetu rozlega się śpiewne nawoływanie muezina, walka ustaje, a spoceni wojownicy oddają się modlitewnej zadumie.

Cudowna mikstura

Na zakończenie trener przygotowuje wzmacniający napój. Do wielkiego moździerza wrzuca garść migdałów i ziaren zbóż. Potem dodaje mleka i mieli, aż powstaje naturalny, aromatyczny płyn. Chętnie go próbuję, ale zaproszenie do walki odrzucam. Oczami wyobraźni widzę bowiem, jak potężny Pakistańczyk rzuca mnie na twardą ziemię jak szmacianą lalką.

Gdy na zakończenie zapaśnicy wspinają się na drzewo po linie, trener wspomina dawne czasy. Brakuje mu wyjazdów na zawody, jego zawodnicy nie mają gdzie zdobywać doświadczenia i medali. Pakistan jest terroryzowany przez wybuchy min pułapek, przez które zawodnicy z Iranu, Turcji czy Indii boją się przyjeżdżać. Pakistańczycy mają też problemy z wyjazdem i pozostawieni są samym sobie.

Zapaśnicy nie przejmują się jednak polityką i terrorystami. W chwili gdy stają naprzeciw siebie, cały świat redukuje się do świętej areny, z której tylko jeden może zejść jako zwycięzca.

W poszukiwaniu shakti

Z zapasami Pehlwani związany jest odpowiedni styl życia i przestrzeganie wielu zasad. Istotne jest życie w czystości, wykluczone są wszelkie używki: nikotyna, alkohol, haszysz. W wielu przypadkach wymagana jest wstrzemięźliwość od seksu.

Do dziś system ćwiczeń pozostał niezmienny. Trening ma na celu budowę masy mięśniowej i siły. Duże znaczenie mają ćwiczenia poprawiające elastyczność ciała i koordynację ruchów. Integralną częścią przygotowań do walki jest masaż i nacieranie skóry naturalnymi olejkami.

Najbardziej wartościowym jedzeniem zapaśników jest mleko, masło, migdały, gotowana ciecierzyca doprawiona pieprzem, solą i sokiem z cytryny. Dieta jest uzupełniona owocami: jabłkami, bananami, figami, granatami, cytrynami czy arbuzami. Odpowiedni dobór składników pozwala uzyskać równowagę psychiczną i stan zwany "shakti" (harmonia energii).

Kanon treningu pehlwani

Najważniejsza jest prostota. Ćwiczenia wojowników pehlwani przede wszystkim polegają na prostocie i skuteczności. Używają dostępnych im środków: kamieni, cegieł, starych hantli, konopnych lin czy nawet urządzenia do zamiatania ringu. Godzina treningu na siłowni w Lahore kosztuje jedynie 35 groszy. Trudno się więc dziwić, że dostępny tam sprzęt bardzo przypomina to, czego używają - ćwicząc na arenie - wojownicy pehlwani.

1. Pompki połączone z przysiadami

Nie tylko wzmacniają ciało, ale pozwalają się rozciągnąć. Zrób pompkę. W końcowej fazie ruchu wyprostuj ręce i wypniij pierś do przodu i w górę. Dynamicznie przyciągnij kolana do klatki piersiowej i przejdź do przysiadu.

2. Wspinaczka po linie

Zawodnik wspina się po linie luźno zwisającej z drzewa, używając wyłącznie rąk. W ten sposób nie tylko je wzmacnia, ale jednocześnie doskonali balans ciała.

3. Wymachy

Stosuje się do nich ciężkie drewniane pały lub bambusowe tyczki z obciążeniem na końcu. Takie ćwiczenie wzmacnia obręcz barkową, plecy, brzuch i mięśnie korpusu.

4. Równanie ringu

Ciągnąc ciężką, drewnianą belkę, zawodnicy pehlwani budują mięśnie nóg. Jeżeli trener uznaje, że obciążenie jest zbyt małe, na belkę wchodzą młodzi chłopcy. Przy okazji zawodnik niweluje powierzchnię gruntu, przygotowując ring do walki.

MH 06/2011

Tuż obok otoczonego bielonymi wapnem ścianami ringu w niepozornym grobie spoczywa Hazrat Sakhi Mastan Shah, guru zapaśników pehlwani. Na ścianie nad grobowcem wypisane są nazwiska jego najbardziej znanych wychowanków.(fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Małe, wciśnięte między ściany budynków podwórko jest areną walk pehlwani już od 300 lat. Niemal codziennie walczą na nim i trenują zapaśnicy z całego Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, i jej okolic. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Trener co jakiś czas posypuje ciała zawodników ziemią, co zmniejsza śliskość spoconych ciał wojowników i gwarantuje im lepszy uchwyt. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Pakistańscy zapaśnicy mogą cieszyć się tylko lokalną sławą. Od dawna nie wyjeżdżają na żadne międzynarodowe zawody. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Po zakończonym treningu trener z pomocą zawodnika przygotowuje wzmacniający napój na bazie ziaren zbóż i mleka. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Saqib, mój przewodnik i jeden z zawodników, buduje bicepsy hantlami używanymi wcześniej przez kilka pokoleń zapaśników. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

W zapasach pehlwani nie ma udawania. Po walce widać, że zwycięzca musiał dać z siebie wszystko, żeby pokonać przeciwnika. (fot. Marcin Osman)

Saqiba można się przestraszyć. Sylwetka atlety budzi respekt, wielkie, głęboko osadzone oczy nieustannie lustrują okolicę. Masywne kształty zawdzięcza ciężkim treningom i setkom ton przerzuconego żelastwa. Zero suplementów, chemii. O nie i tak tu trudno.

Saqib jest wojownikiem pehlwani - prastarych indyjskich zapasów. Zna angielski i zgodził się zostać moim tłumaczem i przewodnikiem po świecie tego niezwykłego sportu, o którym w Europie mało kto słyszał.

Machanie maczugą

Miesiąc wcześniej przypadkowo trafiłem na pewne podwórko w Kalkucie. Położone było na tyłach barwnego bazaru kwiatowego, obok najbardziej zatłoczonego mostu świata - Howrah, po którym porusza się codziennie ponad 100 tysięcy pojazdów i 150 tysięcy pieszych. Szukałem medytujących hinduskich mnichów sadhu, a trafiłem na ring, z wyglądu przypominający dużą piaskownicę.

Było na nim dwóch staruszków, ubranych tylko w biodrowe przepaski, zajętych dziwnym ćwiczeniem. Stali na bosaka i rytmicznie wymachiwali rodzajem maczugi. Bambusowy, ponadmetrowej długości kołek, zakończony był okrągłą głowicą odlaną z betonu. Bez widocznego wysiłku kreślili w powietrzu okręgi wielokilogramowym obciążnikiem, raz przed tułowiem, raz za plecami. To proste ćwiczenie, znane od setek lat, wzmacniało jednocześnie mięśnie brzucha, barku i rąk.

Gdy skończyli, z ich ciał spływały strużki potu, drążąc kanaliki w błocie pokrywającym skórę. Po nich na ring wszedł ojciec z synem i zaczęli się przepychać, obalając wzajemnie na ziemię. Bariera językowa była nie do przebicia i udało mi się dowiedzieć tylko, że starsi mężczyźni mieli po 75 lat, a młody chłopiec 9 lat. Widok walki łączącej ludzi z różnych pokoleń tak mnie zaciekawił, że postanowiłem dowiedzieć się o niej więcej.

Plakat z Arnoldem

Na jej kolejny ślad trafiam w Lahore, stolicy pakistańskiej prowincji Pendżab, z której wywodzą się najsilniejsi i najbardziej postawni mężczyźni w Indiach i Pakistanie. Kierowca motorikszy wie coś o ringu położonym na starym mieście, niedaleko warownego fortu.

Pytam różnych ludzi, jak tam dotrzeć, pamiętając o radzie, której udzielono mi wcześniej, bym w miejscach publicznych nawet nie próbował odzywać się do kobiet. Może to okazać się groźne zarówno dla mnie, jak i dla nich. Życie w Pakistanie rządzi się surowymi muzułmańskimi obyczajami, które przyjezdni powinni respektować. Odpowiednio pouczony unikam kontaktu z płcią przeciwną.

Każdy z zapytanych mężczyzn pokazuje mi inny kierunek. Zbiera się grupka gapiów, przyglądając się, jak bezradnie staram się czegoś dowiedzieć. W końcu trafiam na lokalną siłownię: to właściwe miejsce, by dowiedzieć się czegoś o zapaśnikach.

Wewnątrz trenuje kilku chłopców. Sprzęty są mocno wysłużone, ze ścian odstają płaty lakieru. Za dekorację robią spłowiałe plakaty Arnolda Schwarzeneggera z czasów jego największej świetności, a wejściówka kosztuje 35 groszy na godzinę. To tam dostaję wskazówki, jak znaleźć słynny w Lahore ring.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Bardzo ciekawy artykuł, co do sylwetek wojowników, to jednak pozostawiają sporo do życzenia, bardzo wygląda to na kółko wojowników podwórkowych niż coś z tak długą tradycją.
    marc, 2013-05-28 09:23:01
  • avatar
    zgłoś
    Bez udawania, bez dopingu i krzykliwej oprawy, wojownicy pehlwani walczą wprost na ziemi. Krew, pot i łzy kolejnych pokoleń zapaśników uświęcają arenę pojedynku. Poznaj inspirującą historię niezwykłych walk, które toczą się na ubitej ziemi od 2,5 tysiąca lat.
    Mens Health, 2013-05-14 12:33:45
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij