Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ

3


OCEŃ
4.3

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy

Do dziś otacza je nimb tajemnicy i nie każdy wie, jak do nich trafić. Zurkhaneh, dosłownie "domy mocy", to miejsca spotkań Irańczyków - mężczyzn wielu pokoleń i różnych profesji, których łączy chęć doskonalenia fizycznego i duchowego. 

Maciej Dudzik 2014-07-25
Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Ukryte przed oczami rodaków, schowane przed turystami irańskie siłownie, zurkhaneh, to tysiące lat tajemnic. Są prawie w każdym dużym mieście irańskim, często w pobliżu meczetu lub innego budynku religijnego. Wyróżnia je półkulisty dach i małe drzwiczki wejściowe. Ćwiczenia zaczynają się wieczorem, zwykle o godzinie 21. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Wirowanie zwykle kończy ćwiczenia grupowe. Wzmacnia koncentrację i poczucie równowagi. Zawodnik wiruje w różnych tempach, z obrotami lub bez, na środku Gowdu (oktogonalnego pola ćwiczeń, wpuszczonego 70 cm poniżej sali) do rytmu bębna morsheda. (fot. Maciej Dudzik)

Duchowi atleci

W powietrzu, obok zapachu potu kilkunastu mężczyzn, dominują dźwięki bębnów i dzwonów. Morshed, prowadzący całą ceremonię z górującego nad areną boksu, śpiewa atletom zarówno rytmiczne wersy Koranu, historię męczeństwa imama Alego i jego syna, Husseina, posiekanego mieczami pod Karbalą, jak i wersy narodowej epopei irańskiej – "Szahname" poety Ferdousiego.

Dźwięk dzwonu wyznacza kolejne fazy misterium ćwiczeń, rytm bębnów narzuca intensywność. Morshed odpowiada za zawodników, więc gdy zebrali się mniej wtajemniczeni i wysportowani, tempo muzyki się zmniejsza. Uczestnicy misterium zurkhaneh mają stopnie wtajemniczenia. Najniżej stoi nowcheh, czyli uczeń, który po przeszkoleniu otrzymuje tytuł nowkhasteh.

Tonowcheh w wysokim stopniu poczynił postępy mistrza, palavan jest próbnym tytułem mistrza, a pełnoprawnego lidera nazywa się tytułem pahlavan-i pahlavanan. Tenże wymyśla harmonogram ćwiczeń, oczywiście we współpracy z morshedem, i wskazuje kandydatów do ćwiczeń. Przed częścią fizyczną często taki zawodnik wyznaje swoje przewiny, przypomina wszystkim swoje dobre i złe uczynki i rusza w taniec ze starożytnym przyrządem już z lżejszą chociaż duszą. Nie wiem, jak im to pomaga, ale to, co widzę, graniczy czasem z cudem.

Podczas ewolucji maczugami (Mil Giri) kilkanaście osób podrzuca je na kilka sposobów, macha nimi w wyrafinowany sposób, a te nigdy się nie zetkną ani nie ocierają o siebie. Podczas machania łukiem z cięciwą obwieszoną stalowymi krążkami młodzi chłopcy już-już wydaje się, że potną się na kawałki, ale wychodzą bez szwanku, uśmiechnięci. Mężczyźni bez muskułów, nieproporcjonalni, grubo po pięćdziesiątce, przerzucają sobie nad głową drewniane tarcze o wadze ponad 50 kg, zawieszając je na chwilę równolegle do ziemi, jakby trzymali kartkę papieru. Niezwykła atmosfera udziela się moim towarzyszom.

"Nigdy nie widziałem czegoś tak uduchowionego" – mówi spocony ze strachu młody lekarz, gdy wychodzimy. Długo jeszcze słyszę w głowie rytm bębnów i dźwięk dzwonów, mimo że za małymi drzwiczkami panuje już cisza. 

Sprzęt

Sprzęt do Varzesh-e-Bastani (farsi: tradycyjny sport) nawiązują do dawnego oręża armii perskiej. Po najeździe Arabów (połowa VII w. n.e.) zurkhaneh stały się nielegalnymi szkołami kadetów. Początkowo brutalnie niszczone przez wyznawców islamu, stopniowo wchłaniały jego elementy, ale pozostały do dziś świadectwem wielkości Persji przedarabskiej.

Kabbadeh

Łańcuch i łuk o kształcie łuku wojennego lub treningowego, wspominanego przez starożytnych pisarzy. Dziś już nie jest elastyczny – krzywizna łuku wykonana jest ze stali, podobnie jak kręgi wiszące na dwumetrowym łańcuchu.

Meel (maczuga indyjska)

Najbardziej znany sprzęt w zurkhaneh. Występuje w różnych rozmiarach i wagach. Lekkie ważą około 2-3 kg, wykorzystywane są do huśtania i żonglerki. Ciężkie budują siłę, ważą 4-16 kg, wykonane są z drzewa orzechowego.

Sang

Dosłownie znaczy kamień. Zbudowane z drewna (jak starożytne tarcze Persów) dwie duże tablice pośrodku mają otwór i obustronny uchwyt. Sang waży ok. 20 kg, a jego wymiary to 100 cm długości, 70 cm szerokości i 5 cm grubości. 

Trening

Kabbadeh

Waga tego łuku ze stali waha się od 11 do 50 kg. Zamiast cięciwy mamy tu ogniwa łańcucha ze stali, każde długie na 12 cm i szerokie na 5 cm. Nawleczone na nie stalowe kręgi (zwykle sześć) mają wielkość zakrętek do słoików. Podczas ćwiczeń z kabbadeh salę rozdziera potworny dźwięk zgrzytania stali, słyszy się odgłos wojska maszerującego w pełnym rynsztunku.

Trzymaj łuk kabbadeh pośrodku. W momencie przerzucania łańcucha na drugą stronę ciała, w ułamku sekundy musisz zmienić uchwyt na drugą stronę łuku. Ramiona nie przekraczają osi pośrodku ciała i tworzą kąt około 75 stopni z szyją.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Ćwiczenia z sheną. Zawodnicy wokół wykonują sarnavazi sheno - na rozszerzonych nogach, w środku pa-joft sheno - na stopach rozstawionych blisko. (fot. Maciej Dudzik)

Takhte shena

Konstrukcja przypomina krótki miecz irański. Ćwiczenia rozciągające robione na niej zwiększają siłę ramion i elastyczność kręgosłupa. Nie wolno stawiać na niej stopy.

1. Peech Sheno - pompki z obrotami ciała wokół osi. Musisz dotknąć czołem każdego boku sheny naprzemiennie 6 razy.

2. Ćwiczenie dast-o-pa-moghabel wykonywane przy złączonych stopach w rytmie: ciało w dół/głowa i klatka piersiowa w górę/całe ciało w górę i do przodu.

Meel

Ta typowa perska broń funkcjonuje na świecie jako maczuga indyjska. Nieświadomi jej pochodzenia brytyjscy kolonialiści odkryli ją w Indiach, zapominając, że trafiła tam po najeździe Mogołów. Kiedyś popularna w Europie, jeszcze w 1932 roku akrobacje z nią były w programie igrzysk olimpijskich.

Ćwiczenia z maczugą tylko w części przypominają używanie jej w działaniach wojennych. Inne poprawiają wytrzymałość obręczy barkowej, budują tricepsy i bicepsy, a także wzmacniają mięśnie piersiowe. W trakcie treningu z meel ćwiczący wykonuje nią obroty i wymachy w trzech płaszczyznach, angażując do pracy wiele mięśni jednocześnie.

1. Podnieś parę meeli i trzymaj je z przodu klatki piersiowej, mając nadgarstki na wysokości pasa. Meel nie może dotykać ciała. Przenieś meel za siebie, trzymając łokcie blisko ciała i nadgarstek na wysokości twarzy.

2. Naprzemienne przerzucanie maczug wraz z wymachem "backhendowym" możliwe jest tylko za pomocą lekkiego sprzętu. Gdy wykonywane jest szybko, to ćwiczenie nazywa się meelgiri shallaqi.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Ewolucje kabbadehem przyprawiają o szybsze bicie serca. Zawodnicy wychodzą do tych ćwiczeń wedle starszeństwa i doświadczenia - najbardziej biegli na końcu. (fot. Maciej Dudzik)

3. Zurkhaneh (z lewej) to sport, ale także zabawa. Kołysanie i inne ewolucje meelem dla rozrywki nazywamy sheereen-kari.

4. Meel-bazi (z prawej) to także forma rozrywki. Wojownicy demonstrowali tak siłę, a atleci zabawiali tak na ulicach publiczność.

Sang meel

Ćwiczenia z sangiem przypominają trochę trening na siłowni z ciężarami. Zwiększają siłę i wytrzymałość w ramionach, klatce piersiowej, kręgosłupie. Różnica leży w punkcie równowagi i przenoszenia środka ciężkości, przez co obok pobudzenia głównych grup mięśni klatki piersiowej i ramion aktywują się mniejsze grupy mięśni rozproszonych w całym ciele.

Ciężki i niewygodny w trzymaniu sang w najbardziej niebezpiecznych miejscach dla zawodnika – wokół uchwytu i wyciętego nań otworu – zabezpieczony jest skórzanymi elementami, czyli starymi butami.

1. Peres jofti wykonywany jest w rytmie zawołań morsheda. Sang sprowadzamy do pozycji wertykalnej do ziemi i równolegle opuszczamy, aż łokcie dotkną ziemi.

2. Qaltan to ćwiczenie z obrotem ciała i wertykalnym ułożeniem przeciwległego sanga. Potem na odwrót. Ważne jest, żeby sang nie dotykał ciała podczas obrotu.

3. Ćwiczenie z gatunku sheereen-kari, czyli rozrywkowego. Gdy ćwiczący chce wykonać kolejny ruch, a prowadzący morshed nie daje mu sygnału do zmiany, można się upomnieć o pozwolenie, krzycząc głośno imię imama: "Ali!". Niech teraz by nie pozwolił!

MH 06/2014

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Maczuga (meel) może być jeszcze większa niż ta ze zdjęcia. Słynny pahlavan Bozorg Haj Seyyed Hassan Razaz w latach 20. ub. wieku podnosił ją 1000 razy dziennie. Tradycyjne spodnie zawodników, kiedyś wykonane ze skóry, były całowane przed założeniem i po zdjęciu. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Prowadzący z podwyższenia (Sardam) ćwiczenia morshed gra na bębnie (Zarb) i uderza w dzwon (Zang), co przypomina odgłosy bitewne i maszerowanie wojsk. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Właściciele sali zurkhaneh dziś tylko się przyglądają; kiedyś wykorzystywali trenujących w domach mocy atletów do utrzymywania porządku w dzielnicy. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Meel, czyli maczuga indyjska, to najbardziej znany sprzęt w zurkhaneh. Występuje w różnych rozmiarach i wagach. Lekkie ważą około 2-3 kg i wykorzystywane są do huśtania i żonglerki. Ciężkie budują siłę, ważą 4-16 kg i wykonane są z drzewa orzechowego. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Pa’ye shateri to ćwiczenie polegające na wyrzucaniu naprzemiennie nóg do tyłu. Sylwetka zawodnika przypomina biegacza. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Siłownie w Iranie: witaj w domu mocy Zurkhaneh są najstarszą na świecie, niezmiennie uprawianą formą sportu i treningu. Być może też najbardziej strzeżoną - mnie się udało zdobyć pozwolenie na robienie tam zdjęć. (fot. Maciej Dudzik)

Gdy przeczytałem o nich w jednej z książek reporterskich, będąc już w Iranie, zacząłem szukać ich na własną rękę. W przewodnikach brak jednak informacji o adresach. Moi znajomi Persowie, którzy znali wszelkie zakamarki swoich miast, wzruszali ramionami i wynajdowali wszystkie powody, żeby mnie odciągnąć do tego pomysłu.

"Chętnie byśmy cię zaprowadzili, ale u nas chyba nie ma zurkhaneh", "Jest taka jedna dla turystów w Yazdzie, jak tam będziesz – zapytaj", "Dzisiaj jest święto, zobaczymy jutro". Były to bardzo zachęcające zdania, ale każde z nich oddalało mnie od tajemniczych siłowni. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jak często Irańczycy używają taarofu, sztuki rutynowego zachowania, polegającego na tym, że nigdy nie mówi się tego, co się myśli.

To sztuka pochlebstwa i fałszywej skromności, unikanie trudnych odpowiedzi i zasłanianie się wymijającymi formułkami. Każdy Irańczyk zaprosi Cię do swojego domu, zaproponuje podwózkę na drugi koniec kraju - zapytaj jednak trzy razy, zanim się zgodzisz – być może on po prostu chce być tylko grzeczny, być może nie ma nawet samochodu na tę podróż. Pytany o pomoc Pers zawsze odpowie "tak", choć może to znaczyć "może" lub po prostu "nie".

Trudno nazwać to kłamstwem, to po prostu inna kultura językowa i rodzaj negocjacji towarzyskich. Nie wytrzymałem tych różnic kulturowych w jednym z najpiękniejszych miast Iranu, pełnym ogrodów Shirazie, skąd pochodzi mój ulubiony gatunek wina. Kilkakrotnie zażądałem zaprowadzenia do zurkhane i zaczęło się gwałtowne rozpytywanie miejscowych, błysk przerażenia w oczach i już po 2 godzinach (czas dla Irańczyków ma inne znaczenie niż dla nas) jechaliśmy do, jak mi objaśniono, najpodlejszej dzielnicy miasta.

To nie jest zabawa dla grzecznych chłopców

Wejście to niziutkie drzwiczki , jak do przedszkola. Musisz schylić się, wchodząc, oddając szacunek starej sztuce walki. Sala ma owalny kształt; niektórzy badacze twierdzą, że to celowe podobieństwo do świątyń Mitry – staroperskiego boga słońca, którego kult bardzo przypomina wątki chrześcijańskie i nawet konkurował w Rzymie z religią naszych przodków. Mitra postrzegany był jako bóg ludu, sprawiedliwości, zgody i przyjaźni.

Jego wyznawcami byli wyłącznie mężczyźni, którzy oprócz modlitw odbywali wieczorami sesje treningowe, by wzmacniać siły do obrony wiary. Dekoracje na ścianach zurkhaneh to pomieszanie wnętrza kościoła i angielskiego pubu. Wiszą tu obrazy świętych męczenników islamu, proroków i przywódców religijnych republiki islamskiej, a najczęściej musimy patrzeć w surowe spojrzenie imama Chomeiniego.

Obok tysiące zdjęć dawnych pahlevanów – herosów pozujących w ściśle określonych pozach, zastygłych w gestach, jakie znamy choćby z mitologii: demonstracji siły, mocy i pewności siebie. Młodzi i starzy, uśmiechnięci i wyzywająco bezczelni, tworzą otoczkę, jaką poszczycić się mogą tylko szatnie najsłynniejszych klubów piłkarskich. Obecni na sali bardzo ich przypominają: albo czas stanął w miejscu, albo chodzi tu od lat ten sam gatunek ludzi. 

"To członkowie znanych rodów przestępczych" – szepce mi do ucha mój przerażony towarzysz irański i dowiaduję się, dlaczego tak niechętnie traktował prośby o wizytę tutaj. Tradycja zurkhaneh ma blisko 2 tysiące lat i zawsze wiązała się z czymś zakazanym, zawsze było to schronienie dla niespokojnych duchów. Gdy upadło perskie imperium, ci z pokonanych, których nie wchłonęły armie islamu – żołnierze, wojownicy, sportowcy – nie mogli ćwiczyć na wolnym powietrzu.

Żeby nie tracić hartu ciała i ducha, zaczęli spotykać się w prywatnych domach, a zamożni Persowie zaczęli wydzielać w domach sale do ćwiczeń. Z nielegalnych z upływem dziesięcioleci, zurkhaneh stały się legalnymi klubami sportowymi, w których mieszały się dwa żywioły. Właściciele religijnie nastawionych zurkhaneh rozwinęli rytuały, które podkreślały szyicki sposób życia i zgodne z tradycją sufizmu ideały: stąd się wziął mistrz (morshed) czuwający nad ćwiczeniami, lider (myandar) prowadzący ćwiczenia i ubóstwo (faqr), do którego wzywali prowadzący.

Drugim żywiołem był żywioł nacjonalizmu, czyli chęć zachowania staroperskich tradycji sztuki wojennej, ukrytych pod ćwiczeniami i gestami z zasobu wojennych sztuk dawnych armii. Każda postawa uczestnika ma w sobie coś z wojownika, każda figura przeniesiona jest ze sztuki walki, z napinania łuku czy rzucania oszczepem. Dziś to tylko rytuał, ale zachował się społeczny kształt uczestników.

To chłopaki i faceci z biednych dzielnic, czasem drobne rzezimieszki, ale też robotnicy pracujący fizycznie od wczesnego ranka. Wieczorami ta podejrzana gromadka spotyka się, żeby poczuć wspólnotę, podtrzymać przyjaźń.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Do dziś otacza je nimb tajemnicy i nie każdy wie, jak do nich trafić. Zurkhaneh, dosłownie "domy mocy", to miejsca spotkań Irańczyków - mężczyzn wielu pokoleń i różnych profesji, których łączy chęć doskonalenia fizycznego i duchowego.<br /><br /><a href="/wyzwania/Silownie-w-Iranie-witaj-w-domu-mocy,5211,1"></a>
    Mens Health, 2015-10-29 15:18:09
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij