Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.7

Rowerami przez Karpaty

Spakuj plecak, przygotuj górala i ruszaj na rowerową wyprawę przez ukraińskie Karpaty. W tych ciągle jeszcze dzikich górach czekają na Ciebie połoniny i szlaki bez tłumu turystów, oszałamiające widoki ze szczytów oraz ludzie o złotych sercach i zębach.

Tomasz Dębiec, współpraca Paweł Kempa 2011-07-06
Widoki w ukraińskich Karpatach zapierają dech w piersiach. To wystarczająca nagroda za trud włożony w mozolne podjazdy na kolejne górskie szczyty. (fot. Tomasz Dębiec)

Wybór ukraińskich Karpat na przygodę w formie rowerowego enduro nie był przypadkowy. To prawdziwy poligon dla bikerów lubiących wymagające, techniczne trasy, którzy jednocześnie są przygotowani na dzikie biwaki w terenie, problemy z nawigacją, załamania pogody, awarie sprzętu i przeniesienie się w czasie o 50 lat.

Mieliśmy do dyspozycji tylko 10 dni urlopu, dlatego zaraz po tym, jak Michał wyszedł z pracy jako ostatni, wpakowaliśmy cztery rowery do bagażnika samochodu i ruszyliśmy z Krakowa do Cisnej w Bieszczadach. O świcie jechaliśmy już na rowerach. Z Cisnej musieliśmy przedostać się asfaltowymi drogami przez Słowację do podnóża ukraińskich Karpat, gdzie tak naprawdę zaczynała się przygoda, o jaką nam chodziło - prawdziwe, soczyste, przygodowe enduro.

Korba na rower

"Poluzowała mi się korba!" - zaczynam panikować już na samym wjeździe w ukraińskie góry. Michał, nasz dyżurny mechanik, bierze korbę w uścisk, chwilę się z nią mocuje i wydaje wyrok: "Ani drgnie. Masz schizę..."

Pierwszym poważnym wzniesieniem, a dla nas testem mięśni i korby, była Połonina Równa (1482 m n.p.m.). W tutejszej części Karpat przeważają długie i wąskie grzbiety, tymczasem Połonina Równa przybrała kształt płaskowyżu, niemal ze wszystkich stron oddzielonego głębokimi dolinami.

W całej zabawie w enduro chodzi o to, żeby w możliwie wygodny sposób dostać się na górę, a zjazd poprowadzić ścieżkami, które są trudne i ciekawe. Dlatego na podjazd wyszukuj dróg, którymi wjedzie nawet samochód, a na zjazd ścieżek, których trudność powoduje szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny. To bardzo prosty, ale sprawdzony przepis na przygodę enduro.

Podjazd na Połoninę Równą prowadzi po drodze z płyt betonowych, po których koła gładko się toczą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Trzeba przez kilkanaście kilometrów non stop napierać w pedały, żeby wspiąć się na wysokość prawie 1500 m n.p.m. Solidna droga powstała nie po to, żeby ułatwić nam życie, ale do celów militarnych. Za czasów ZSRR na szczycie funkcjonowała baza wojskowa. Dziś można swobodnie buszować po jej ruinach.

Docieramy tam w totalnej mgle. Betonowe szkielety konstrukcji, wystające druty zbrojeniowe wyglądają w tej scenerii na tyle upiornie, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za plan filmowy horroru. To niesamowite uczucie, gdy nie przyzwyczajasz się powoli do widoku podczas podejścia czy podjazdu, tylko nagle odsłaniają się chmury i stoisz kilometr nad majaczącymi gdzieś niżej dolinami.

Kiszony pomidor

"Prywit! Na Wołowiec kak trzeba jechać?" - pytam, starając się wypowiadać słowa łamanym ukraińskim, ale z odpowiednim akcentem, co najmniej tak, jakbym znał ten język. "U was je karta?" - widać od razu, że chcą nam pomóc. Jeśli się pomylimy i zjedziemy nie do tej, co trzeba, doliny, naprawa błędu może nas kosztować cały dzień nudnej jazdy asfaltowymi drogami. Udało się i po szybkim zjeździe jesteśmy na dobrym szlaku.

Ukraińska część Karpat to takie przedłużenie polskich Bieszczad, tylko wyższe, bardziej dzikie i przez to piękniejsze. (fot. Tomasz Dębiec)

Tymczasem zajeżdżamy do małej wioski. Nie zapomnę smaku pielmieni, czyli pierożków z mięsem podanych z pokruszonym serem i kiszonymi pomidorami. Do tego wyśmienite lokalne wino. Na deser obrazek jak sprzed co najmniej stu lat - zaprzęg, w którym zwierzętami pociągowymi były krowy. To może jedno z ostatnich, o ile nie ostatnie miejsce w Europie, gdzie można spotkać na drodze taki widok.

Ostry zjazd

Kolejne pasmo przed nami to Borżawa. Najwyższe jej partie pokrywa przepiękna połonina. Górskie łąki miejscami ostro opadają w doliny, porosłe gęstymi bukowymi lasami. Borżawa, inaczej niż Połonina Równa, jest długim i wąskim pasmem, dlatego po wdrapaniu się na jej grzbiet długo jedziemy po łąkach i kamieniach na znacznej wysokości. Jeśli jest zbyt stromo, po prostu bierzemy rower na plecy i wdrapujemy się na szczyt.

W nagrodę po ostrej wspinaczce czeka nas zjazd, ale tym razem połączony z maksymalną adrenaliną! Na początek stroma, wąska ścieżyna, szeroka ledwie na trzy opony, nie daje szans na rozwinięcie dużej prędkości. Trzeba ciężar ciała maksymalnie przesunąć do tyłu, żeby nie przelecieć przez kierownicę. Typowy techniczny fragment daje dużego kopa adrenaliny.

Później trawersujemy wielkie i strome zbocze pokryte szczelnie krzewami borówek. Mijamy kilku zbieraczy z fioletowymi ustami i rękami. Obserwują nas uważnie jak kosmitów, bo pewnie nieczęsto widzą tu kogoś na rowerach. Kolejna część zjazdu to enduro w czystej postaci. Ścieżka wypada na wielką, falującą trawiastą przestrzeń.

Zresztą ścieżka nie jest konieczna, by móc jechać na rowerze. Powierzchnia stoku jest tak gładka, że można śmigać obok niej. Rower niemal bezgłośnie sunie po trawie, a przy wjeździe do lasu czeka fantastyczne wybicie. Niewiele myśląc, tam właśnie kieruję rower. Na dole wymieniamy na gorąco uwagi. "Po drugim zakręcie przestałem przejmować się tym, że nie jadę ścieżką, ta łąka jest gładka jak pole golfowe!" "A kojarzycie ten garb? Tak mnie wybiło, że przeleciałem z pięć metrów..." "Ale najlepsza i tak była końcówka, można było pocisnąć jakieś 60 km/h!"

Przez dłuższą chwilę nie możemy ochłonąć ze zjazdowego amoku.

Bike-traperzy

W trasie jesteśmy już kilka dni i zwykłe obozowe czynności wykonujemy niemal jak roboty. Po znalezieniu odpowiedniego miejsca na biwak w mig stawiamy namiot, a właściwie część namiotu, bo tylko tropik, który razem ze szpilkami i masztami waży około 2 kg. Nieźle, jak na schronienie dla czterech osób.

Jedzenie gotujemy najczęściej na ognisku w wielkim garze. Palnika gazowego używamy tylko w sytuacji, gdy nie ma możliwości rozpalenia ognia. Taki traperski sposób gotowania wymaga odrobiny wprawy i wielkiej uwagi, bo gotowe spaghetti z wędliną, serem i warzywami w każdej chwili może wylądować w ogniu. Byłaby wielka szkoda, zwłaszcza po całodziennej wyrypie, gdy w brzuchu burczy.

Oprócz jedzenia w plecaku musi się znaleźć miejsce dla niezbędnego sprzętu. Druga para butów czy spodni to luksus i zbytek w tych warunkach. Trzeba zabrać śpiwór, najlepiej taki, który waży mniej niż kilogram, karimatę, kilka zmian bielizny, bluzę, długie spodnie i kurtkę. Garderoba musi być naprawdę skromna, w przeciwnym razie plecak będzie zbyt ciężki i nici ze zjazdów w trudnym terenie.

Złote zęby

Niestety, po wykonaniu zjazdu sezonu kolejnego dnia zaliczamy też podjazd sezonu. Podjazd, który w części okazuje się podejściem z rowerem zarzuconym na plecy. Na szczycie czeka nas jednak nagroda: możemy upajać się wspaniałym widokiem – niemal na wyciągnięcie ręki mamy Gorgany i najwyższe pasmo Ukrainy – Czarnohorę.

Kolejnego dnia zjeżdżamy do miasteczka Rachów. Na bazarze trafiamy na stoisko z serami. Obsługująca je pani bez zbędnych ceregieli odcina wielki plaster z pulchnego bloku nabiału. Przegryzam... i nie mogę ukryć zachwytu. Uśmiecham się szeroko do sprzedawczyni, a ona odwzajemnia się nam tym samym, błyskając rzędem złotych zębów.

 Po przejechaniu w ciągu jednego dnia niemal całego pasma Czarnohory wracamy do Rachowa. Jazdę kończymy już po ciemku. Jeszcze nigdy nie dostałem takiego wycisku. Do Polski wracamy lokalnymi pociągami. Spieszyliśmy się, żeby Maciek zdążył na czas do pracy...

Nie wszędzie udało się wjechać. Na bardzo stromych szlakach wnosiliśmy rowery, trzymając jedną ręką za kierownicę, a drugą za siodełko. Rama opierała się na plecach. Za chwilę nagroda: zjazd! (fot. Tomasz Dębiec)

Trans Karpaty, czyli nasza trasa

Wyprawę rozpoczęliśmy w Cisnej w Bieszczadach. Potem szybkim tempem jechaliśmy grzbietami karpackich połonin, zaglądając co kilka dni do ukraińskich wiosek. Po 10 dniach przygody wróciliśmy do Polski lokalnymi pociągami.

1. Połonina Równa. Tutaj natknęliśmy się na ruiny starej bazy wojskowej z czasów ZSRR.

2. Połonina Borżawa. W tym miejscu zaliczyliśmy najlepszy, najbardziej adrenalinowy zjazd na trasie.

3. Świdowiec. Tu zaliczyliśmy najtrudniejszy podjazd, który w znacznym stopniu był podejściem z rowerami na plecach.

4. Miasto Rachów. Na miejscowym bazarze znajdziesz kramy ze świetnym lokalnym serem.

5. Czarnohora. To najwyższe pasmo Ukrainy ma ponad 2000 m n.p.m.

 

 

To cię czeka w dzikich górach

Co? To wyzwanie dla wszystkich górskich rowerzystów, którzy lubią dzikie, ale niezbyt wysokie szczyty i biwakowanie w namiocie z dala od ludzkich osiedli. Zanim jednak wyjedziesz na Ukrainę, potrenuj podjazdy i zjazdy gdzieś bliżej swojego miejsca zamieszkania, bo 10-14 dni pedałowania w Karpatach wymaga już całkiem niezłej kondycji i techniki.

Gdzie? Przygodę możesz rozpocząć w Bieszczadach, np. w Cisnej, gdzie warto zostawić auto i stamtąd rowerami przez Słowację dotrzeć do pasma ukraińskich Karpat.

Kiedy? Koniec wiosny, lato i początek września to najlepszy czas na wyprawę. Poza okresem wakacyjnym bądź jednak przygotowany na to, że w nocy chłód może Ci się dać we znaki.

Za ile? To jeden z najtańszych sposobów na spędzenie wakacji i przygodę w górach. Wystarczy, że wymienisz 300-500 zł na ukraińskie hrywny i weźmiesz kilkadziesiąt dolarów dla bezpieczeństwa. Ceny na Ukrainie są o ponad połowę niższe niż w Polsce . Weź prowiant biwakowy na kilka dni, resztę uzupełnisz w wiejskich sklepach. Jeśli tylko masz prosty sprzęt biwakowy i górski rower, możesz ruszać.

4 żelazne zasady górskiego enduro

Plecak, a nie sakwy. Na wyprawę w stylu enduro spakuj się do plecaka, nie większego niż o pojemności 30 l. Sakwy, dobre do spokojnej turystyki, będą Ci przeszkadzać na trudnych szlakach i psuć przyjemność ze zjazdów. Weź tylko absolutnie niezbędny sprzęt. Docenisz ten minimalizm na podjazdach.

Rower enduro. Enduro znaczy tyle, co wytrzymałość. Taki musi być też rower. Na tyle wytrzymały, żeby bez szwanku znosił ostre zjazdy, ale też na tyle lekki, żeby dało się na nim podjeżdżać i bez marnowania energii jeździć po płaskim. Ważne, by miał możliwość regulacji skoku amortyzatorów i pełną amortyzację. Do tego każdy powinien mieć zapasową dętkę, łatki i pompkę. "Guma" zdarza się bardzo często. Do zreperowania rozciętej opony może się z kolei przydać kawałek mocnego materiału i gruba nić.

Pedały SPD. Pedały zatrzaskowe typu SPD, których bloki schowane są we wnęce podeszwy buta, świetnie sprawdzą się na górskich podjazdach. Dzięki nim nie tylko możesz naciskać na pedały, ale także wykorzystać drugą fazę ruchu, podczas której stopa ciągnie korbę w górę. W ten sposób wykorzystujesz mięsień czterogłowy uda do nacisku i mięsień tyłu uda do wykonania pełnego obrotu. Prawidłowa technika jazdy w pedałach SPD jest następująca:

1. Ruch do przodu. W momencie, gdy stopa jest na godzinie 11, po prostu mocno naciśnij, wykorzystując siłę mięśni przedniej części uda, tak jakbyś chciał przesunąć stopę do przodu.

2. Ruch w dół. Staraj się nie opuszczać pięty poniżej palców u stopy. Jeśli ugniesz stopę w kostce, naprężysz niepotrzebnie ścięgno Achillesa, a to może prowadzić do kontuzji.

3. Ruch do tyłu. Gdy stopa będzie na godzinie 5, powinieneś do pracy włączyć mięśnie tylnej części uda, które zainicjują ruch do tyłu.

4. Ruch do góry. Stopa w bucie wpiętym w zatrzask podnosi korbę w górę dzięki mięśniom tyłu uda. Żeby dodać więcej mocy, unieś w tej fazie piętę.

Pozycja ratuje życie. Trudny zjazd – przenieś ciężar ciała maksymalnie do tyłu, tak by tyłek niemal ocierał o oponę. Cały czas kontroluj prędkość. Tylnym kołem hamuj do woli, ale przedni hamulec naciskaj z największym wyczuciem, inaczej przelecisz przez kierownicę. Trudny podjazd – przesuń się na siodełku na jego przednią część. Pedałuj płynnie na najlżejszych biegach, tak by nie zerwać przyczepności.

MH 04/2009

W nagrodę po ostrej wspinaczce czeka nas zjazd, ale tym razem połączony z maksymalną adrenaliną!  Trzeba ciężar ciała maksymalnie przesunąć do tyłu, żeby nie przelecieć przez kierownicę. (fot. Tomasz Dębiec)

Wybór ukraińskich Karpat na przygodę w formie rowerowego enduro nie był przypadkowy. To prawdziwy poligon dla bikerów lubiących wymagające, techniczne trasy, którzy jednocześnie są przygotowani na dzikie biwaki w terenie, problemy z nawigacją, załamania pogody, awarie sprzętu i przeniesienie się w czasie o 50 lat.

Mieliśmy do dyspozycji tylko 10 dni urlopu, dlatego zaraz po tym, jak Michał wyszedł z pracy jako ostatni, wpakowaliśmy cztery rowery do bagażnika samochodu i ruszyliśmy z Krakowa do Cisnej w Bieszczadach. O świcie jechaliśmy już na rowerach. Z Cisnej musieliśmy przedostać się asfaltowymi drogami przez Słowację do podnóża ukraińskich Karpat, gdzie tak naprawdę zaczynała się przygoda, o jaką nam chodziło - prawdziwe, soczyste, przygodowe enduro.

Korba na rower

"Poluzowała mi się korba!" - zaczynam panikować już na samym wjeździe w ukraińskie góry. Michał, nasz dyżurny mechanik, bierze korbę w uścisk, chwilę się z nią mocuje i wydaje wyrok: "Ani drgnie. Masz schizę..."

Pierwszym poważnym wzniesieniem, a dla nas testem mięśni i korby, była Połonina Równa (1482 m n.p.m.). W tutejszej części Karpat przeważają długie i wąskie grzbiety, tymczasem Połonina Równa przybrała kształt płaskowyżu, niemal ze wszystkich stron oddzielonego głębokimi dolinami.

W całej zabawie w enduro chodzi o to, żeby w możliwie wygodny sposób dostać się na górę, a zjazd poprowadzić ścieżkami, które są trudne i ciekawe. Dlatego na podjazd wyszukuj dróg, którymi wjedzie nawet samochód, a na zjazd ścieżek, których trudność powoduje szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny. To bardzo prosty, ale sprawdzony przepis na przygodę enduro.

Podjazd na Połoninę Równą prowadzi po drodze z płyt betonowych, po których koła gładko się toczą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Trzeba przez kilkanaście kilometrów non stop napierać w pedały, żeby wspiąć się na wysokość prawie 1500 m n.p.m. Solidna droga powstała nie po to, żeby ułatwić nam życie, ale do celów militarnych. Za czasów ZSRR na szczycie funkcjonowała baza wojskowa. Dziś można swobodnie buszować po jej ruinach.

Docieramy tam w totalnej mgle. Betonowe szkielety konstrukcji, wystające druty zbrojeniowe wyglądają w tej scenerii na tyle upiornie, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za plan filmowy horroru. To niesamowite uczucie, gdy nie przyzwyczajasz się powoli do widoku podczas podejścia czy podjazdu, tylko nagle odsłaniają się chmury i stoisz kilometr nad majaczącymi gdzieś niżej dolinami.

Kiszony pomidor

"Prywit! Na Wołowiec kak trzeba jechać?" - pytam, starając się wypowiadać słowa łamanym ukraińskim, ale z odpowiednim akcentem, co najmniej tak, jakbym znał ten język. "U was je karta?" - widać od razu, że chcą nam pomóc. Jeśli się pomylimy i zjedziemy nie do tej, co trzeba, doliny, naprawa błędu może nas kosztować cały dzień nudnej jazdy asfaltowymi drogami. Udało się i po szybkim zjeździe jesteśmy na dobrym szlaku.

Zimno! Zimno jak cholera - drze się Tomek w niebogłosy. Po chwili temperaturowy szok ustępuje i jego miejsce zajmuje błoga przyjemność. Wartki nurt potoku zmywa kurz i pot. Kąpiel sprawiła, że czujemy się, jakbyśmy przejechali nie 50, a 5 km. (fot. Tomasz Dębiec)

Wybór ukraińskich Karpat na przygodę w formie rowerowego enduro nie był przypadkowy. To prawdziwy poligon dla bikerów lubiących wymagające, techniczne trasy, którzy jednocześnie są przygotowani na dzikie biwaki w terenie, problemy z nawigacją, załamania pogody, awarie sprzętu i przeniesienie się w czasie o 50 lat.

Mieliśmy do dyspozycji tylko 10 dni urlopu, dlatego zaraz po tym, jak Michał wyszedł z pracy jako ostatni, wpakowaliśmy cztery rowery do bagażnika samochodu i ruszyliśmy z Krakowa do Cisnej w Bieszczadach. O świcie jechaliśmy już na rowerach. Z Cisnej musieliśmy przedostać się asfaltowymi drogami przez Słowację do podnóża ukraińskich Karpat, gdzie tak naprawdę zaczynała się przygoda, o jaką nam chodziło - prawdziwe, soczyste, przygodowe enduro.

Korba na rower

"Poluzowała mi się korba!" - zaczynam panikować już na samym wjeździe w ukraińskie góry. Michał, nasz dyżurny mechanik, bierze korbę w uścisk, chwilę się z nią mocuje i wydaje wyrok: "Ani drgnie. Masz schizę..."

Pierwszym poważnym wzniesieniem, a dla nas testem mięśni i korby, była Połonina Równa (1482 m n.p.m.). W tutejszej części Karpat przeważają długie i wąskie grzbiety, tymczasem Połonina Równa przybrała kształt płaskowyżu, niemal ze wszystkich stron oddzielonego głębokimi dolinami.

W całej zabawie w enduro chodzi o to, żeby w możliwie wygodny sposób dostać się na górę, a zjazd poprowadzić ścieżkami, które są trudne i ciekawe. Dlatego na podjazd wyszukuj dróg, którymi wjedzie nawet samochód, a na zjazd ścieżek, których trudność powoduje szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny. To bardzo prosty, ale sprawdzony przepis na przygodę enduro.

Podjazd na Połoninę Równą prowadzi po drodze z płyt betonowych, po których koła gładko się toczą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Trzeba przez kilkanaście kilometrów non stop napierać w pedały, żeby wspiąć się na wysokość prawie 1500 m n.p.m. Solidna droga powstała nie po to, żeby ułatwić nam życie, ale do celów militarnych. Za czasów ZSRR na szczycie funkcjonowała baza wojskowa. Dziś można swobodnie buszować po jej ruinach.

Docieramy tam w totalnej mgle. Betonowe szkielety konstrukcji, wystające druty zbrojeniowe wyglądają w tej scenerii na tyle upiornie, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za plan filmowy horroru. To niesamowite uczucie, gdy nie przyzwyczajasz się powoli do widoku podczas podejścia czy podjazdu, tylko nagle odsłaniają się chmury i stoisz kilometr nad majaczącymi gdzieś niżej dolinami.

Kiszony pomidor

"Prywit! Na Wołowiec kak trzeba jechać?" - pytam, starając się wypowiadać słowa łamanym ukraińskim, ale z odpowiednim akcentem, co najmniej tak, jakbym znał ten język. "U was je karta?" - widać od razu, że chcą nam pomóc. Jeśli się pomylimy i zjedziemy nie do tej, co trzeba, doliny, naprawa błędu może nas kosztować cały dzień nudnej jazdy asfaltowymi drogami. Udało się i po szybkim zjeździe jesteśmy na dobrym szlaku.

Serwis nie doleci i nie dojedzie. Na odludziu przydał się zestaw kluczy, który zmieścił się w zgrabnym \'scyzoryku\'. (fot. Tomasz Dębiec)

Wybór ukraińskich Karpat na przygodę w formie rowerowego enduro nie był przypadkowy. To prawdziwy poligon dla bikerów lubiących wymagające, techniczne trasy, którzy jednocześnie są przygotowani na dzikie biwaki w terenie, problemy z nawigacją, załamania pogody, awarie sprzętu i przeniesienie się w czasie o 50 lat.

Mieliśmy do dyspozycji tylko 10 dni urlopu, dlatego zaraz po tym, jak Michał wyszedł z pracy jako ostatni, wpakowaliśmy cztery rowery do bagażnika samochodu i ruszyliśmy z Krakowa do Cisnej w Bieszczadach. O świcie jechaliśmy już na rowerach. Z Cisnej musieliśmy przedostać się asfaltowymi drogami przez Słowację do podnóża ukraińskich Karpat, gdzie tak naprawdę zaczynała się przygoda, o jaką nam chodziło - prawdziwe, soczyste, przygodowe enduro.

Korba na rower

"Poluzowała mi się korba!" - zaczynam panikować już na samym wjeździe w ukraińskie góry. Michał, nasz dyżurny mechanik, bierze korbę w uścisk, chwilę się z nią mocuje i wydaje wyrok: "Ani drgnie. Masz schizę..."

Pierwszym poważnym wzniesieniem, a dla nas testem mięśni i korby, była Połonina Równa (1482 m n.p.m.). W tutejszej części Karpat przeważają długie i wąskie grzbiety, tymczasem Połonina Równa przybrała kształt płaskowyżu, niemal ze wszystkich stron oddzielonego głębokimi dolinami.

W całej zabawie w enduro chodzi o to, żeby w możliwie wygodny sposób dostać się na górę, a zjazd poprowadzić ścieżkami, które są trudne i ciekawe. Dlatego na podjazd wyszukuj dróg, którymi wjedzie nawet samochód, a na zjazd ścieżek, których trudność powoduje szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny. To bardzo prosty, ale sprawdzony przepis na przygodę enduro.

Podjazd na Połoninę Równą prowadzi po drodze z płyt betonowych, po których koła gładko się toczą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Trzeba przez kilkanaście kilometrów non stop napierać w pedały, żeby wspiąć się na wysokość prawie 1500 m n.p.m. Solidna droga powstała nie po to, żeby ułatwić nam życie, ale do celów militarnych. Za czasów ZSRR na szczycie funkcjonowała baza wojskowa. Dziś można swobodnie buszować po jej ruinach.

Docieramy tam w totalnej mgle. Betonowe szkielety konstrukcji, wystające druty zbrojeniowe wyglądają w tej scenerii na tyle upiornie, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za plan filmowy horroru. To niesamowite uczucie, gdy nie przyzwyczajasz się powoli do widoku podczas podejścia czy podjazdu, tylko nagle odsłaniają się chmury i stoisz kilometr nad majaczącymi gdzieś niżej dolinami.

Kiszony pomidor

"Prywit! Na Wołowiec kak trzeba jechać?" - pytam, starając się wypowiadać słowa łamanym ukraińskim, ale z odpowiednim akcentem, co najmniej tak, jakbym znał ten język. "U was je karta?" - widać od razu, że chcą nam pomóc. Jeśli się pomylimy i zjedziemy nie do tej, co trzeba, doliny, naprawa błędu może nas kosztować cały dzień nudnej jazdy asfaltowymi drogami. Udało się i po szybkim zjeździe jesteśmy na dobrym szlaku.

Gotowanie nad prowizorycznym paleniskiem z kamieni wymaga odrobiny wprawy i dużo ostrożności, bo chwila nieuwagi może sprawić, że jedzenie zamiast w naszych żołądkach wyląduje w ogniu. (fot. Tomasz Dębiec)

Wybór ukraińskich Karpat na przygodę w formie rowerowego enduro nie był przypadkowy. To prawdziwy poligon dla bikerów lubiących wymagające, techniczne trasy, którzy jednocześnie są przygotowani na dzikie biwaki w terenie, problemy z nawigacją, załamania pogody, awarie sprzętu i przeniesienie się w czasie o 50 lat.

Mieliśmy do dyspozycji tylko 10 dni urlopu, dlatego zaraz po tym, jak Michał wyszedł z pracy jako ostatni, wpakowaliśmy cztery rowery do bagażnika samochodu i ruszyliśmy z Krakowa do Cisnej w Bieszczadach. O świcie jechaliśmy już na rowerach. Z Cisnej musieliśmy przedostać się asfaltowymi drogami przez Słowację do podnóża ukraińskich Karpat, gdzie tak naprawdę zaczynała się przygoda, o jaką nam chodziło - prawdziwe, soczyste, przygodowe enduro.

Korba na rower

"Poluzowała mi się korba!" - zaczynam panikować już na samym wjeździe w ukraińskie góry. Michał, nasz dyżurny mechanik, bierze korbę w uścisk, chwilę się z nią mocuje i wydaje wyrok: "Ani drgnie. Masz schizę..."

Pierwszym poważnym wzniesieniem, a dla nas testem mięśni i korby, była Połonina Równa (1482 m n.p.m.). W tutejszej części Karpat przeważają długie i wąskie grzbiety, tymczasem Połonina Równa przybrała kształt płaskowyżu, niemal ze wszystkich stron oddzielonego głębokimi dolinami.

W całej zabawie w enduro chodzi o to, żeby w możliwie wygodny sposób dostać się na górę, a zjazd poprowadzić ścieżkami, które są trudne i ciekawe. Dlatego na podjazd wyszukuj dróg, którymi wjedzie nawet samochód, a na zjazd ścieżek, których trudność powoduje szybsze bicie serca i nagły skok adrenaliny. To bardzo prosty, ale sprawdzony przepis na przygodę enduro.

Podjazd na Połoninę Równą prowadzi po drodze z płyt betonowych, po których koła gładko się toczą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Trzeba przez kilkanaście kilometrów non stop napierać w pedały, żeby wspiąć się na wysokość prawie 1500 m n.p.m. Solidna droga powstała nie po to, żeby ułatwić nam życie, ale do celów militarnych. Za czasów ZSRR na szczycie funkcjonowała baza wojskowa. Dziś można swobodnie buszować po jej ruinach.

Docieramy tam w totalnej mgle. Betonowe szkielety konstrukcji, wystające druty zbrojeniowe wyglądają w tej scenerii na tyle upiornie, że z powodzeniem mogłyby posłużyć za plan filmowy horroru. To niesamowite uczucie, gdy nie przyzwyczajasz się powoli do widoku podczas podejścia czy podjazdu, tylko nagle odsłaniają się chmury i stoisz kilometr nad majaczącymi gdzieś niżej dolinami.

Kiszony pomidor

"Prywit! Na Wołowiec kak trzeba jechać?" - pytam, starając się wypowiadać słowa łamanym ukraińskim, ale z odpowiednim akcentem, co najmniej tak, jakbym znał ten język. "U was je karta?" - widać od razu, że chcą nam pomóc. Jeśli się pomylimy i zjedziemy nie do tej, co trzeba, doliny, naprawa błędu może nas kosztować cały dzień nudnej jazdy asfaltowymi drogami. Udało się i po szybkim zjeździe jesteśmy na dobrym szlaku.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij