Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.6

Easy Rider: Harleyem przez Amerykę

Prawie 3000 km w siodle potężnego, kultowego motocykla poprzez pustkowia Stanów Zjednoczonych. Przez terytoria Siuksów, Szoszonów i Indian Arapaho. To była podróż mojego życia, w którą może jednak wyruszyć każdy. Także Ty.

Michael Schoeder 2009-04-14
fot. Michael Schröder

Już z daleka słyszę dźwięk bębnów - szybkie uderzenia, głośne, rytmiczne, wywołujące ciarki na plecach. Nieco później dołączają do nich donośne głosy Indian. Na tle ognistoczerwonego nieba siedmiu albo ośmiu ludzi wykrzykuje stare melodie Siuksów.

Stoję na brzegu Missouri i czuję, jak spływa na mnie nieziemski spokój. Za mną długa droga w siodle Harleya - z Los Angeles w Kalifornii, przez Nevadę, Arizonę, Utah i Wyoming do Południowej Dakoty. Prawie 3000 km. Ale co za trasa! Jechałem przez miasto hazardu Las Vegas, do Wielkiego Kanionu i niepowtarzalnego Monument Valley - skalisty krajobraz, w którym rozgrywała się akcja wielu westernów. Oto Ameryka z najlepszej strony! Zawsze o tym marzyłem.

Życie w rezerwacie

Suchy, ciepły wiatr omiata bezdrzewne wzgórza prerii w rezerwacie Lower Brule leżącym w Południowej Dakocie. Włączam potężny silnik, powoli jadę w kierunku, z którego dobiega śpiew. Droga - szeroka, ale w opłakanym stanie - wiedzie przez jeden z najuboższych regionów Ameryki Północnej. Po obu jej stronach stoją liche drewniane domy, prowizorycznie połatane folią albo surowymi deskami. Półnagie dzieci bawią się w ponurym otoczeniu pomiędzy rozbebeszonymi wrakami samochodów i śmieciami, które wypadają z przepełnionych beczek.

Patrzę na długi rząd prastarych krążowników szos, poobijanych i zardzewiałych, a z ich okien kierowcy zamawiają piwo lub wódkę. Beznadziejna codzienność w rezerwacie, ani śladu romantyczności, która wielu ludziom kojarzy się z Indianami.

Parę godzin wcześniej, w budynku administracji plemienia, Bill Whitedeer wyjaśnił mi, jakie jest podłoże tej smutnej statystyki. W żadnej innej grupie etnicznej w USA nie ma tak wielu alkoholików, co wśród Indian. Główną przyczyną jest niemożność pogodzenia się z utratą własnej kultury, która od chwili przybycia pierwszych Europejczyków była nieprzerwanie deptana.

Równie mrocznie jak przeszłość, Bill widzi przyszłość swojego plemienia. Niemal 95% mieszkańców rezerwatu jest bez pracy, na kształcenie się po prostu nie ma pieniędzy, a na tradycyjne indiańskie wartości nie ma miejsca w nowoczesnym świecie białych ludzi. Mój rozmówca wie, że tylko niewielu Indianom udaje się wieść życie poza pozbawionym perspektyw rezerwatem.

Święto Pow Wow. Na trzy dni i trzy noce Indianie zapominają o tym, jakie życie wiodą w rezerwatach. (fot. Michael Schröder)

Ale Bill opowiadał mi również o corocznym Pow Wow, które odbywa się w ten weekend. Do Lower Brule z całego kraju zjeżdżają tancerze, pieśniarze i bębniarze, żeby prezentować stare pieśni i tańce Siuksów.

Zapadał zmierzch, kiedy dotarłem do obozowiska za małą miejscowością. Bardzo wolno przetaczałem się na Harleyu pomiędzy samochodami i namiotami. Dookoła duże, białe tipi, pokryte religijnymi ornamentami i portretami zwierząt. Małe ogniska płoną przed wejściami do namiotów, steki i hamburgery skwierczą nad płomieniami.

Słyszę, jak stary mężczyzna z długimi plecionymi warkoczami opowiada grupie zdumionych dzieci o czasach, gdy jako nastolatek ustrzelił z łuku swojego pierwszego bizona. Kilka metrów dalej młody tancerz ściąga buty, dżinsy oraz kowbojski kapelusz i przebiera się w ozdabiane perłami mokasyny, gorset z kości bizona i pióropusz z orlich piór.

Indianie przyglądają mi się z nieufnością. Turyści rzadko docierają do Południowej Dakoty, a do położonych na uboczu rezerwatów prawie nikt obcy nie zagląda. Jednak zainteresowanie moją osobą nagle słabnie. Jeden z obecnych czarowników zwołuje przez trzeszczący megafon oczekujących tancerzy na kolistą arenę, w środku której płonie wielkie ognisko. Jego płomienie rzucają niesamowite cienie.

Ponad 50 tancerzy ubranych w tradycyjne stroje Siuksów zaczyna wolno i dostojnie tańczyć w rytm głośnych uderzeń w bęben. Z dumnym błyskiem w oczach, niczym w transie celebrują swoje tańce. Na trzy dni i trzy noce wegetujący na garnuszku pomocy społecznej naród zapomina o beznadziejnej egzystencji w rezerwatach.

Jadę dalej na zachód

Asfaltowa droga ciągnie się jak odrysowana od linijki przez wzgórza nieskończonej prerii. Dawna kraina Indian, przez którą niegdyś wędrowały ogromne stada bizonów, to obecnie ogrodzone płotami ziemie farmerów. W nielicznych miasteczkach nie ma domu, nad którym nie powiewałaby państwowa flaga, a obok olbrzymich silosów na zboże jedynymi budowlami mającymi więcej niż dwa piętra są kościoły z drewnianymi wieżami.

Krajobraz zmienia się stopniowo. W południe, w duchocie prażącego słońca rozpoznaję zjawiskowe, pastelowe formacje skalne Parku Narodowego Badlands. Wiatr i deszcz przez tysiące lat rzeźbiły w kamieniu dziwaczne kształty. Szeroka droga, wybudowana zmyślą o zwiedzających, wije się od jednego do następnego punktu widokowego. W tej pustynnej okolicy jest obłędnie gorąco.

Na jednym ze skalnych występów gaszę silnik. Nagle zapada niesamowita cisza. Tylko ciepły wiatr nanosi na moją twarz drobny piasek. Obok mojego Harleya na skraju drogi zatrzymuje się stara przyczepa kempingowa. Facet za kierownicą pyta, czy nie przydarzyła mi się awaria. "Nie, ale jestem okropnie spragniony". Uśmiecha się i wciska mi do ręki zmrożonego Budweisera.

W swoją motocyklową podróż wyruszyłem znad oceanu. Później czekała mnie już tylko pustynia. (fot. Michael Schröder)

Koleś był w porządku. Ale kiedy usłyszał, że zamierzam wybrać się do oddalonego zaledwie o kilka kilometrów rezerwatu Indian Pine Ridge, potrząsnął głową bez zrozumienia. Wcale nie lubił Indian, a zwłaszcza ten rezerwat to według niego największy slums Ameryki. Było dla niego absolutnie nie do pomyślenia, żeby postawić choćby tylko jedną nogę na ziemi Siuksów Oglala.

W Scenic droga rozwidla się, trasa na południe wiedzie przez rozległe, pagórkowate błonia aż do białego kościoła w Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge. Pieszo podążam wąską ścieżką i docieram do małego pagórka. Po obu stronach znajdują się groby Indian. Monument Siuksów. W tym miejscu 114 lat temu oddziały armii amerykańskiej dokonały mordu na szczepie wodza Wielka Stopa, który już dawno się poddał. Wymordowanie 250 mężczyzn, kobiet i dzieci weszło do amerykańskiej historii jako ostatnia wojenna potyczka białych i Indian.

Spotykam starego człowieka, który wraz z dwoma wnukami kładzie kwiaty przed jednym z kamieni. Opowiada mi, że wśród ofiar owej napaści byli także jego dziadkowie. Najwyraźniej dzieci znają tę opowieść na pamięć; znudzone - kopią po łące pustą puszkę po coli. "Nasze dzieci nie wiedzą już dzisiaj, do czego należą - wyjaśnia stary Indianin, patrząc surowo w bok. - Ale cóż możemy im zaoferować w rezerwatach, oprócz starych opowieści?"

Gdy chcę opuścić rezerwat, aby pojechać dalej na zachód, zaczyna zmierzchać. Tuż przed granicą zwabia mnie szyld stojący na przepełnionym parkingu przed dużym budynkiem. Olbrzymie litery wyświetlają nad wejściem napis "Casino". Ubrany w uniform ochroniarz przeszukuje moje kieszenie, sprawdzając, czy nie mam broni, i zaraz potem wpadam w sam środek zbyt głośnego jazgotu niezliczonych automatów do gry.

Dalej z tyłu - stoły do ruletki i blackjacka z kompletem graczy, w innym kącie gra się w bingo. Sami Indianie obsługują wyłącznie białych gości - i szczep dobrze na tym zarabia. Jak wiele innych plemion, Siuksowie wykorzystują obowiązujący od siedmiu lat przywilej, zezwalający na prowadzenie w rezerwatach domów gry. Większość amerykańskich stanów nie ma takiego prawa. W ostatnim roku kasyna należące do plemion przyniosły ponad 6 miliardów dolarów dochodów. Pieniądze te są pilnie potrzebne na budowę szkół lub na tworzenie nowych miejsc pracy. Pracownik kasyna podsumowuje to krótko: "Nie było dotąd lepszego środka wspomagającego rozwój".

Oko w oko z bizonem

Przede mną na tle ciemnobłękitnego nieba zaczynają niewyraźnie majaczyć pierwsze zarysy Black Hills. Droga powoli wznosi się przez gęsty las, w którym stoją strome skały. Przezroczyste strumienie, jeziora o turkusowych wodach. Stado bizonów za jednym z ostrych zakrętów nagle pojawia się na drodze. Ostro hamuję, wyłączam silnik i staram się nie poddać panice. Dziesięć metrów przed Harleyem zwierzęta kroczą wolno po asfalcie, a samiec posyła w moim kierunku znaczące chrząknięcia.

Udaje mi się naliczyć ponad 80 mijających mnie bez pośpiechu bizonów. Imponujące byki, matki z cielakami, niesforne byczki. Potem stado znika w lesie. Niczym buldożery suną przez gęste leśne poszycie. W chwilę później znowu panuje tu spokój. Pozostały tylko ogromne kupy na asfalcie.

Trochę później nie da się w ogóle jechać. Im bardziej zbliżam się do Mount Rushmore, tym ruch na drodze staje się większy. Ogromne wozy mieszkalne manewrują na ciasnych zakrętach, samochody stoją zaparkowane ciasno jeden przy drugim. Prawie wszystkie drogi dojazdowe do góry, w której wyrzeźbiono głowy prezydentów Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, są beznadziejnie zakorkowane.

Przez tysiące lat wiatr i deszcz wyrzeźbiły w kamieniu dziwne kształty. (fot. Michael Schröder)

Jednak widok z bliska na monumentalne dzieło rzeźbiarza Gutzona Borgluma wart jest trwającego trochę poszukiwania miejsca parkingowego. Żadne inne dzieło nie stanowi lepszej demonstracji nieczułości amerykańskiej polityki na odczucia Indian. Jak na ironię, ten granitowy pomnik nosi nazwę Shrine of Democracy (Świątynia Demokracji) i wznosi się w sercu świętych gór Siuksów, którym w 1868 roku oddano te tereny w wieczne posiadanie. Żądza złota i ziemi doprowadziły wkrótce potem do złamania umowy, co odbyło się bez protestów ze strony rządu.

Na Dzikim Zachodzie

Południowa Dakota i ostatnie odnogi Black Hills zostały wiele mil za mną. Burcząc donośnie, mój Harley niesie mnie przez rozległe, bezludne obszary Wyoming. Nic nie ogranicza widoczności, pusto aż po horyzont - żadnego drzewa, krzewu, żadnej góry. Tylko niska trawa porastająca wzgórki prerii faluje na delikatnym wietrze. Na ciemnobłękitnym niebie wiszą kłębiaste chmury, przypominające przerośnięte kłęby waty.

Lusk, Orin, Casper, Riverton, Dubois - to położone przy autostradzie miejscowości, w których duch Dzikiego Zachodu pozostaje żywy. Kowboje jeżdżą na koniach wzdłuż szerokich dróg, każda knajpa nazywa się "saloon", a w rezerwacie Wind River Indianie Arapaho i Szoszoni przygotowują na nadchodzący weekend wielkie rodeo. To nieliczne dni w roku, kiedy Indianie i biali przebywają tu razem.

Ośnieżone szczyty gór i postrzępione skały zakłócają spokojną monotonię prerii. Zupełnie nieoczekiwanie, sięgające na ponad 4000 metrów góry Grand Teton ograniczają widok na zachód, bezlitośnie skomercjalizowany kawałek natury leżący w niewielkiej odległości od Parku Narodowego Yellowstone. Niestety, nie mam ani rezerwacji w hotelu, ani namiotu. Sytuacja jest beznadziejna. A zatem trzeba zawrócić.

Jest już ciemna noc. Śmiertelnie zmęczony, jadę wąską ścieżką prowadzącą przez gęsty las, bardzo blisko gejzerów Old Faithful, najsłynniejszych chyba parowych fontann świata. Chociaż jest to zabronione, rozwijam śpiwór na skraju dużej polany. Żaden człowiek ani samochód nie zakłóca ciszy. Tylko mały strumyk szemrze cicho po gładkich kamieniach. Gęste kłęby pary płyną przez las.

Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, idę przed siebie i po paru metrach odkrywam bulgoczące źródła, z których unoszą się opary siarki, gorące gazy wulkaniczne, powstające głęboko we wnętrzu ziemi. Wszędzie kipi, paruje i syczy. Atmosfera zapiera po prostu dech w piersiach.

Nagle stado jeleni wapiti niemal bezszelestnie przedziera się przez gęstwinę. Młode cielaki przy matkach, imponujące byki ze sterczącymi wysoko rogami. Kładę się na ziemi, nie ważąc się oddychać, i obserwuję, jak pasą się te imponujące zwierzęta. Niedługo potem przepięknie wyglądająca grupa znika w górach, na krańcach prerii.

ABC podróżnika

Skąd wziąć Harleya? Najłatwiej wypożyczyć go u dealera. Przyjemność jeżdżenia motocyklem tej legendarnej marki kosztuje średnio 50-60 USD dziennie. Jest też możliwość wypożyczenia motocykla w firmach "rent a bike", ale trudno tu spotkać H-D - przeważają "japończyki". W cenę wypożyczenia motocykla jest wliczone jego ubezpieczenie.

Jak i gdzie tankować? Przy każdej możliwej okazji. Odległości między ludzkimi osiedlami, gdzie będziesz mógł zatankować swojego mechanicznego rumaka, są ogromne, niekiedy 300-400 mil (ok. 500-650 km)! Warto zatem zabrać ze sobą kanisterek z paliwem. Cena galonu paliwa zmienia się ze stanu na stan, więc lepiej już przed wyjazdem zorientować się w cenach, np. przeszukując strony internetowe, i odłożyć pieniądze, dodając do planowanych kosztów tankowania ok. 20-procentową rezerwę.

Gdzie spać? W namiocie, który zabierzesz ze sobą, albo w motelu, który znajdziesz w każdym większym miasteczku. Przy wyborze trzeba jednak uważać, ponieważ na mapach jako miasteczka mogą być też zaznaczane pojedyncze domki lub farmy czy też stacje benzynowe, a nawet miejscowości, które zamieszkują już tylko węże, dzikie koty i inne drapieżniki. Tani przydrożny motel to wydatek 15-20 dolarów. Nocowanie w hotelu (bez większych luksusów) kosztuje ok. 50 dolarów.

MH 07-08/2004

Musiałem ostro hamować, kiedy za zakrętem na mojej drodze pojawiło się stado bizonów. Idą bez pośpiechu – są w końcu u siebie. (fot. Michael Schröder)

Już z daleka słyszę dźwięk bębnów - szybkie uderzenia, głośne, rytmiczne, wywołujące ciarki na plecach. Nieco później dołączają do nich donośne głosy Indian. Na tle ognistoczerwonego nieba siedmiu albo ośmiu ludzi wykrzykuje stare melodie Siuksów.

Stoję na brzegu Missouri i czuję, jak spływa na mnie nieziemski spokój. Za mną długa droga w siodle Harleya - z Los Angeles w Kalifornii, przez Nevadę, Arizonę, Utah i Wyoming do Południowej Dakoty. Prawie 3000 km. Ale co za trasa! Jechałem przez miasto hazardu Las Vegas, do Wielkiego Kanionu i niepowtarzalnego Monument Valley - skalisty krajobraz, w którym rozgrywała się akcja wielu westernów. Oto Ameryka z najlepszej strony! Zawsze o tym marzyłem.

Życie w rezerwacie

Suchy, ciepły wiatr omiata bezdrzewne wzgórza prerii w rezerwacie Lower Brule leżącym w Południowej Dakocie. Włączam potężny silnik, powoli jadę w kierunku, z którego dobiega śpiew. Droga - szeroka, ale w opłakanym stanie - wiedzie przez jeden z najuboższych regionów Ameryki Północnej. Po obu jej stronach stoją liche drewniane domy, prowizorycznie połatane folią albo surowymi deskami. Półnagie dzieci bawią się w ponurym otoczeniu pomiędzy rozbebeszonymi wrakami samochodów i śmieciami, które wypadają z przepełnionych beczek.

Patrzę na długi rząd prastarych krążowników szos, poobijanych i zardzewiałych, a z ich okien kierowcy zamawiają piwo lub wódkę. Beznadziejna codzienność w rezerwacie, ani śladu romantyczności, która wielu ludziom kojarzy się z Indianami.

Parę godzin wcześniej, w budynku administracji plemienia, Bill Whitedeer wyjaśnił mi, jakie jest podłoże tej smutnej statystyki. W żadnej innej grupie etnicznej w USA nie ma tak wielu alkoholików, co wśród Indian. Główną przyczyną jest niemożność pogodzenia się z utratą własnej kultury, która od chwili przybycia pierwszych Europejczyków była nieprzerwanie deptana.

Równie mrocznie jak przeszłość, Bill widzi przyszłość swojego plemienia. Niemal 95% mieszkańców rezerwatu jest bez pracy, na kształcenie się po prostu nie ma pieniędzy, a na tradycyjne indiańskie wartości nie ma miejsca w nowoczesnym świecie białych ludzi. Mój rozmówca wie, że tylko niewielu Indianom udaje się wieść życie poza pozbawionym perspektyw rezerwatem.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Ciekawy artykul Ale zasmucil mnie los Indian ktorych jest coraz mniej i zyja oni w rezerwatach gdzie jest wielka bieda Smutne jest to ze taka wspaniala kultura odchodzi w zapomnienie, nawet samym Indianom coraz trudniej przekazywac tradycje swoim dzieciom Nie wiem jak ludzie w przeszlosci mogli mordowac Indian po to by zagarnac ich ziemie Zdenerwowalo mnie to ze Amerykanie wyrzezbili glowy swoich prezydentow w swietej gorze IndianKiedys w jakiejs bajce widzialem kasyna prowadzone przez Indian i nie wiedzialem ze takie kasyna naprawde istnieja Fajnie by bylo kiedys wyruszyc w taka podroz
    bobas, 2009-05-04 21:40:49
  • avatar
    zgłoś
    Prawie 3000 km w siodle potężnego, kultowego motocykla poprzez pustkowia Stanów Zjednoczonych. Przez terytoria Siuksów, Szoszonów i Indian Arapaho. To była podróż mojego życia, w którą może jednak wyruszyć każdy. Także Ty.
    Mens Health, 2009-04-14 14:41:44
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij