Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Bośniackie enduro: rowerem przez Bośnię i Hercegowinę

Podstawowym składnikiem prawdziwej przygody jest niepewność, a o tę trudno w regionach znanych z cukierkowych folderów turystycznych. Stąd kierunek naszej rowerowej wyprawy - dzikie góry Bośni i Hercegowiny, gdzie znaleźliśmy jedne z najlepszych szlaków rowerowych w Europie.

Tomasz Dębiec  2015-03-30
Bośniackie enduro fot. Tomasz Dębiec

Wyobraź sobie krystalicznie czyste górskie jezioro, malowniczo położone u stóp skalistego szczytu, którego wysokość grubo przekracza 2000 m. Widzisz zapewne coś w rodzaju tatrzańskiego Morskiego Oka. I słusznie – to dobre skojarzenie.

Wystarczy jednak rzut oka na zdjęcie powyżej, by zdać sobie sprawę, że nie zostało zrobione w Polsce. W górach Bośni i Hercegowiny, które w niczym nie ustępują Tatrom, turystów spotykanych w ciągu dnia można policzyć na palcach jednej ręki.

Na dodatek nikt nie wlepi Ci tam mandatu za jazdę rowerem, w majestacie prawa rozbijesz namiot nad brzegiem jeziora, a wieczorem rozpalisz ognisko i będziesz mógł rozkoszować się ciszą, a nie szukać schronienia przed jazgotem pola namiotowego pełnego niedzielnych turystów.

Bałkany słyną z urody, ale odstrasza od nich mit niebezpiecznych krajów, w których do dzisiaj widać ślady wojny. Owszem, w niektórych miejscach można się jeszcze natknąć na ruiny, przy ścieżce widać czasem znaki oznaczające skraj pola minowega.

Infrastruktura turystyczna zdecydowanie odstaje od alpejskiej (liczbę znakowanych górskich szlaków trudno porównać z Polską), ale jeśli lubisz smak przygody, góry Bośni i Hercegowiny będą najlepszym miejscem na wakacyjną wyprawę.

Samo piękno i dzikość gór to jednak jeszcze za mało, żeby zagwarantować sukces wyprawy rowerowej enduro. Ta dyscyplina kolarstwa górskiego robi wielką karierę – w zeszłym roku rozegrano w niej pierwsze mistrzostwa świata. Jest połączeniem downhillu i cross country – czyli wymagających technicznie zjazdów, z podjazdami.

Samo enduro to niby nowa moda, ale w istocie polega na tym, o co chodziło prekursorom MTB: na jeździe rowerem po górach bez względu na trudności na trasie i nieskrępowanym kontakcie z przyrodą. Dlatego, planując wyprawę, szukamy ścieżek, dzięki którym dotrzemy na szczyty, z których potem zjedziemy w możliwie trudnym terenie.

Cieszą nas stromizny, ciasne zakręty, eksponowane trawersy, wielkie głazy, piarżyska luźnych kamieni – tego zwykle szukamy na górskich szlakach i to udało się nam znaleźć w Bośni i Hercegowinie.

Nie wracamy po śladach

Trasy planujemy tak, żeby nie być w górach dłużej niż dwa dni z rzędu. Przy większej liczbie noclegów trzeba zabrać więcej jedzenia i sprzętu biwakowego, a zbyt ciężkie plecaki wysysają siłę na podjazdach i zabijają radość ze zjazdów.

Dlatego robimy 1-2-dniowe wycieczki, a gdy poznamy najciekawsze szlaki w okolicy, przenosimy się samochodem w inne miejsce. Pierwszym celem są okolice jeziora Blidnije.

Analiza mapy zdradza spory potencjał pod kątem jazdy enduro: są drogi, które gęstą siecią oplatają niższe partie gór, a jedna z nich wspina się na najwyższe w okolicy Pločno (2228 m n.p.m.). Interesująco wygląda znakowana ścieżka, która opada ze szczytu aż na samo dno doliny, w okolicę jeziora.

Jeśli zjazd nią ze szczytu byłby możliwy, miałby aż kilka kilometrów długości i 1000 metrów przewyższenia. Brzmi pięknie. Droga na szczyt okazuje się w miarę wygodna: niby jest kamienista i nierówna, ale nasze rowery enduro doskonale radzą sobie z tego typu nawierzchnią.

Sielanki jednak nie ma. Goni nas czas, bo wyjechaliśmy późno, a na dodatek nad górami wisi burza, która może zmusić nas do odwrotu. Mimo obaw nie odpuszczamy. Po wielokilometrowym podjeździe stajemy w końcu na szczycie i szukamy upragnionej ścieżki.

Mamy możliwość powrotu po własnych śladach, ale zjazd prostą trasą to byłby dla nas policzek. Stok, którym według mapy ma biegnąć nasza ścieżka, w istocie jest ścianą, której podstawa ginie z oczu we mgle. Poszukiwania dają w końcu efekt.

„Jest tu!” – próbuję przekrzyczeć wiatr. Wskazuję chłopakom miejsce, gdzie szlak ciasnymi nawrotami obniża się w mglistą otchłań. To jeden z tych momentów, dla których decydujesz się na wielogodzinną tułaczkę w nieznane miejsce.

Nie ma jednak czasu na zachwyty. Za godzinę zrobi się ciemno, a my nie jesteśmy przygotowani, by spędzać noc w górach. Zjazd faktycznie okazał się fenomenalny: jeden z lepszych, jakie miałem okazję w życiu zaliczyć.

Było na nim wszystko: ciasne zakręty na stromiźnie, przejazd przez wielkie płaty śniegu, kamienne uskoki i fragmenty gładkiego singletracka wijącego się między płatami kosodrzewiny.

 

Czasami odpuszczamy

Na nocleg wybieramy szeroką łąkę na dnie doliny Długoje Polje. Rozbijmy namioty obok starego szałasu pasterskiego i szybko zaszywamy się w śpiworach.

Rano odwiedzamy lokal Risovac Blidnije, który jest połączeniem sklepu spożywczego i baru. Właściciel nie zna słowa po angielsku, ale chęć komunikacji i smartfon, na którym wszystko nam pokazuje, sprawiają, że udaje się nam dogadać.

Kupujemy świeżo pieczony na miejscu chleb oraz twardy owczy ser – tak niesamowicie słony, że pragnienie po jednej kostce gasi dopiero druga butelka piwa.

Przez dwa dni eksplorujemy terenu wokół doliny, a potem jedziemy kilkadziesiąt kilometrów na zachód. Chcemy zdobyć górę niższą od Płočna o jakieś sto metrów, ale za to z wysokości zaledwie 300 m n.p.m.

Mamy więc do pokonania gigantyczne przewyższenie, które pozwala na ekscytujący zjazd i zaliczenie kilku stref roślinno-klimatycznych w ciągu paru godzin.

Ruszamy z maleńkiej miejscowości Grabovica. Teren wydaje się mało przyjazny rowerzystom nawet o takim podejściu do jazdy jak nasze – zakładamy, że na górę rowery możemy nawet wynieść na plecach, byle tylko potem zjazd nam to wynagrodził.

Wąska ścieżka wspina się delikatnym trawersem, a po przekroczeniu gigantycznego koryta wyschniętej rzeki biegnie zakosami w sosnowym lesie. W końcu wyprowadza nas do skalnego kanionu, gdzie dalsza wspinaczka na szczyt, nawet bez roweru, byłaby karkołomna.

Z bólem serca podejmujemy decyzję o odwrocie, a na otarcie łez znajdujemy górski schron, wyposażony w łóżka z materacami i piec. Spędzamy w nim noc.

Z rakiją na deser

Następnego dnia próbujemy wspiąć się drugim ze szlaków, który wychodzi z Grabovnicy. Nie jest tak trudny, jak wczoraj, ale tym razem na drodze staje nam pogoda.

Z nieba leją się strugi wody, które powoli zaczynają się przebijać przez parasol z bukowych liści. I wtedy właśnie znajdujemy schronienie, które powinno zakopać się w Sèvres pod Paryżem, na wzór dla wszystkich innych schronień świata.

Ze stoku, tworząc osłaniający od ulewy okap, wystaje pod kątem kawał wapiennej skały, wyglądający jak wbity ręką jakiegoś olbrzyma. Znajdujemy pod nim suche gałęzie i grzejemy się przy ognisku.

Z żalem opuszczamy przytulne schronienie, gdy deszcz się wreszcie kończy, ale zjazd, jaki potem następuje, wynagradza nam stratę. Z pasma Čvrsnica przenosimy się pod najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny, Maglić (2386 m n.pm.). Tu, zanim ruszamy w góry, czeka nas niespodzianka: miny, pozostałość wojny sprzed dwudziestu lat.

STRONA 1 z 2

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Podstawowym składnikiem prawdziwej przygody jest niepewność, a o tę trudno w regionach znanych z cukierkowych folderów turystycznych. Stąd kierunek naszej rowerowej wyprawy - dzikie góry Bośni i Hercegowiny, gdzie znaleźliśmy jedne z najlepszych szlaków rowerowych w Europie.<br /><br /><a href="/wyzwania/Bosniackie-enduro-rowerem-przez-Bosnie-i-Hercegowine,5849,1"></a>
    Mens Health, 2015-04-20 08:28:55
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij