Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Bikepacking: z torbami na rowerze

Nie lubisz siedzieć w miejscu i marzysz o długich podróżach? Wybierz bikepacking. Chcesz być niezależny? Wybierz bikepacking. Pragniesz bliskiego kontaktu z naturą? Wybierz bikepacking.

bikepacking fot. Adam Klimek Fed by Wild

Tak się bowiem składa, że ten rodzaj kolarstwa jest odpowiedzią na większość naszych wakacyjnych pragnień. Przeznaczone do niego specjalne torby są o wiele poręczniejsze od tradycyjnych sakw, a ich niewielki rozmiar narzuca dyscyplinę przy pakowaniu.

Dzięki temu załadowany rower jest lekki i zwrotny. Można nim w czasie jednej wyprawy śmignąć dziesiątki kilometrów po asfalcie albo wnieść na własnym grzbiecie na szczyt góry wąskim szlakiem dla pieszych. I podziwiać zachód słońca z biwaku rozłożonego na dachu świata.

Taka wszechstronność pozwala na ogromną swobodę przy planowaniu trasy i daje poczucie braku ograniczeń. To dla niej rozpoczęliśmy projekt Fed by Wild (fedbywild.com) i w gronie przyjaciół realizujemy rowerowe wyprawy.

Kierunek: Włochy

Tym razem wylądowaliśmy we Włoszech, w południowym Tyrolu. W planie mieliśmy... brak planu. Celem było po prostu poszwędać się przez kilka dni na rowerach, robiąc tylko to, na co będziemy mieć ochotę. Najpierw jednak musieliśmy poradzić sobie z pakowaniem.

Góra sprzętu wyjęta z auta na parkingu wyglądała przerażająco, ale dzięki doświadczeniu sprawnie umieściliśmy ją w torbach (patrz poradnik Wyprawa rowerowa: jak się spakować i co zabrać?).

Byliśmy przygotowani na biwakowanie w każdym miejscu, więc zabraliśmy lekki namiot (czasami zastępuje go jeszcze lżejsza płachta biwakowa), puchowe śpiwory (zapewniają wysoki komfort termiczny przy piórkowej wadze) oraz dmuchane materace (są wygodniejsze od zwykłych karimat i po całym dniu na rowerze można na nich efektywniej wypocząć).

bikepacking fot. Adam Klimek Fed by Wild

Zestaw uzupełniły ubrania (m.in. nieprzemakalne kurtki membranowe i puchówki na wieczorny biwak), akcesoria kuchenne oraz liofilizowane jedzenie.

Wystarczy zalać je wrzątkiem, by w ciągu kilkunastu minut otrzymać gotowy, kaloryczny posiłek, bez którego nie uda się zregenerować sił. Do toreb trafiły też suszona wołowina, suszone owoce oraz batony, które dają szybkiego energetycznego kopa.

Gdy burza huczy

Tak wyekwipowani ruszyliśmy w drogę. Pierwszy dzień upłynął w większości na zapierających dech w piersiach asfaltowych zjazdach, kontemplowaniu widoków cudownych gór oraz odwiedzaniu malowniczych miasteczek.

Nie gonił nas czas ani kontrakty, więc mogliśmy spokojnie kosztować wyśmienitych lokalnych win stołowych, a także wziąć udział we włoskiej edycji Oktober Fest, zorganizowanej z okazji zakończenia sezonu turystycznego.

W życiu nie otaczało nas tak wiele konkretnie ściśniętych gorsetów, skórzanych spodenek na szelkach i kapeluszy z piórkiem. Po intensywnej degustacji z trudem wdrapaliśmy się na wzgórze, by rozbić namiot pod amboną zbudowaną na drzewie.

Tam też błyskawicznie zmorzył nas sen. Kolejnego dnia stanęliśmy przed dylematem: wybrać trwający pół dnia podjazd asfaltem wśród samochodowych spalin czy 7-minutowy wjazd kolejką na szczyt Piffinger Kopflo wysokości 1892 m n.p.m.

Wybór był prosty, więc już po chwili mknęliśmy w górę z prędkością 11 m/s. Dzięki temu już tylko karafka wina i szarlotka na ciepło z budyniem dzieliły nas od rozpoczęcia przejazdu biegnącą przez szczyt trasą E5.

bikepacking fot. Adam Klimek Fed by Wild

W połowie drogi między schroniskami trafi liśmy w sam środek burzowej chmury, która miotała w nas gradem, a temperatura spadła o jakieś 15 st. C.

Zziębnięci doczłapaliśmy w końcu do czegoś, co według nas wyglądało jak schronisko, ale gospodarz przybytku wyprowadził nas szybko z błędu, krzycząc, gdy pakowaliśmy się ze sprzętem do środka: "Raaauus! Raaauss! Das ist nicht Garage! Das ist Hotel! Raaaauuus!".

Schroniliśmy się więc przed gradem pod maleńkim daszkiem i po chwili z dziką rozkoszą obserwowaliśmy, jak karma wraca do pana przyjemnego, jak oblał się piwem, gdy wiatr wywrócił mu je z tacy. Ruszyliśmy dalej, gdy wydawało się, że pogoda odpuściła. To była jednak tylko chwila oddechu przed głównym natarciem.

Byliśmy akurat w najwyższym punkcie pasma, na jakichś 2 tysiącach metrów, gdy grad uderzył z jeszcze większą siłą. Gdy w grań zaczęły tłuc pioruny, było już jasne, że to nie żarty i dalsze trzymanie się szlaku to igranie z niebezpieczeństwem.

W strugach gradu i deszczu nie było mowy o jeździe w dół, zbiegaliśmy więc zboczem jak najdalej od grani, w skupieniu szukając pewnego oparcia dla stóp. Ulewa była coraz większa. Gdy dotarliśmy do w miarę płaskiego skrawka ziemi, przycupnęliśmy wystraszeni w kucki i rozłożyliśmy nad sobą tropik. Siedzieliśmy tak zziębnięci dobre pół godziny, co chwila wyglądając na zewnątrz.

Płynący obok strumień zmienił się w rwącą rzekę, która wzbierała i była coraz bliżej nas. W pewnym momencie w rozbłysku pioruna zauważyłem stojącą w oddali ambonę, która mogła dać nam wymarzone schronienie.

Ruszyliśmy do niej w milczeniu, byle dalej od grani i walących błyskawic. Ambona okazała się luksusowym azylem – była ocieplana, ze szklanymi oknami, spokojnie pomieściła trzy osoby.

Wdrapaliśmy się na górę z całym bagażem i przeczekaliśmy w środku najgorszą nawałnicę. A potem – chociaż nie był to najwygodniejszy nocleg w życiu – zostaliśmy w niej na noc. Do snu kołysały nas dzwonki krów.

trasy rowerowe fot. Adam Klimek Fed by Wild

Z górki i pod górkę

Na szczęście kolejny dzień przywitał nas słońcem. Najpierw przesuszyliśmy trochę rzeczy w najbliższej górskiej chacie, a potem dalej szlakiem E5 ruszliśmy w stronę Bolzano/Bozen. To była najbardziej spektakularna i widokowa część naszej krótkiej wyprawy.

Słońce nas grzało, choć w powietrzu wciąż było czuć rześki alpejski chłód. Szlak był dość trudny technicznie i w niektórych momentach aż prosił się o konkretny górski rower z pełną amortyzacją. Nasze maszyny o przełajowym charakterze udowodniły jednak, że żadnego wyzwania się nie boją i da się na nich ogarnąć naprawdę trudne trasy.

Minęliśmy malowniczo położony kościół St. Jakob, a potem trafiliśmy na szutrową drogę, która doprowadziła nas do wbitego w stok miasteczka Jenesien/San Genesio. Trasę znaczyły wybiegi dla koni i wiszące co rusz kukły wiedźm. Ludowe wierzenia podają, że mają one swój punkt zborny na położonej niedaleko górze Sciliar.

W miasteczku posililiśmy się genialnymi w swej prostocie kanapkami z szynką oraz serem, a potem ruszyliśmy w najdłuższy, najszybszy i najbardziej karkołomny zjazd całej wyprawy. Wiatr szumiał nam w uszach, gdy mknęliśmy w dół krętą, asfaltową szosą, usiłując składać się w zakrętach na tyle, na ile pozwalały nam torby.

Szału oczywiście nie było, ale i tak udało nam się wyprzedzić kilka samochodów. Nabuzowani emocjami wpadliśmy do miasteczka i na noc rozłożyliśmy się na polu namiotowym. Dzień zwieńczyła wieczerza składająca się z oliwek, wędlin, sera, chleba i wina. Rankiem przywitały nas zdumione miny pozostałych użytkowników pola.

Nie mogli nadziwić się, że nasze rowery nie mają elektrycznego wspomagania, w które wyposażona była większość ich ekipy. To niestety był już koniec wyprawy. Poszliśmy na żywioł i – mimo braku specjalnego planowania – przeżyliśmy kolejną przygodę.

Przetestowaliśmy sprzęt, dogodziliśmy żołądkom, poprawiliśmy kondycję i zyskaliśmy szacunek do sił natury. Ta pokora na następny wyjazd będzie jak znalazł.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij