Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.1

Wrzuć na luz: droga do szczęścia

W Polsce byłem redaktorem Men’s Health, w Tajlandii uczę angielskiego. Przewróciłem do góry nogami cały swój świat. I wiecie co? To była najlepsza decyzja w moim życiu, bo ilu z nas potrafi naprawdę szczerze powiedzieć: jestem szczęśliwy? A ja tak.

Maciej Klimowicz 2015-04-28
facet, szczęście, luz fot. Kotenko Oleksandr 2015/shutterstock

Piszę te słowa, siedząc za biurkiem. Przede mną stoi komputer i kubek z kawą. Otoczenie też jak najbardziej biurowe – pewnie niewiele różniące się od biura, w którym sam spędzasz około jednej trzeciej swojego życia. Różnica tkwi w dwóch szczegółach.

Pierwszy to widok za oknem. Błękitne niebo, na tle którego bujają się palmy poruszane delikatną bryzą. I nieważne, czy czytasz to w maju, czy w grudniu, wiosną czy jesienią – mój widok pozostaje niezmienny (nie licząc okresu od czerwca do października, gdy ulgę w upale przynosi ulewa lub dwie dziennie).

Drugi to mój adres: Bangkok, Tajlandia, Azja Południowo-Wschodnia. Od maja 2011 roku pracuję w tajskiej szkole państwowej, gdzie uczę języka angielskiego. Do Bangkoku przeprowadziłem się kilka miesięcy wcześniej. Przed tą radykalną zmianą adresu w Azji byłem tylko raz – przez 5 miesięcy podróżowałem przez Indie, Nepal, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam i Chiny. To wystarczyło, żebym zakochał się w tej części świata na zabój.

Po powrocie do Polski nie było dnia, bym nie marzył o powrocie do Azji. Udało się rok później. Pewnego zimowego poranka kliknąłem „kup teraz” na jednej ze stron z tanimi lotami i stałem się właścicielem biletu w jedną stronę do Tajlandii. Miesiąc później pakowałem się na pokład samolotu we Frankfurcie, by po kilkudziesięciu godzinach lotu wysiąść na słonecznej wyspie Phuket i kompletnie odmienić swoje życie.

Na wschodzie, na luzie

Dlaczego Bangkok? Bo to miasto-kompromis. Z jednej strony – na wskroś azjatyckie. Stolica Tajlandii to mieszanka kultur, smaków, tradycji. Na jej ulicach spotkać można ludzi z całego świata, swoje dzielnice mają tu Chińczycy i Hindusi, Japończycy i Arabowie, swoje świątynie – buddyści, muzułmanie, chrześcijanie, sikhowie. Czego dusza zapragnie, kompletna egzotyka. Jednocześnie nie brakuje tu jednak wygód, do których zdążyłem przywyknąć, żyjąc na Zachodzie – supermarketów, multipleksów, świetnych restauracji.

Sanuk, czyli radość życia

Jak się żyje w Tajlandii? Lekko. I to nie tylko dlatego, że nie ma tu głównego powodu narzekań Polaków – brzydkiej pogody. Wyobraź sobie miejsce, którego mieszkańcy za punkt honoru stawiają sobie, żeby było miło. Nie bez powodu Tajlandię nazywa się Krainą Uśmiechu. Problemy? Ważne sprawy? Sukces? To kwestie drugorzędne. Najważniejsze, żeby tu i teraz żyło nam się wesoło.

Tajowie określają tę radość życia słowem „sanuk” i szukają jej wszędzie – w domu, w pracy, w szkole. Jeżeli w tym, co robisz, brakuje „sanuk”, nie warto się tym dłużej zajmować. Czasam, żeby życie było „sanuk”, na problemy trzeba przymknąć oko. Wtedy bardzo przydaje się zwrot „Mai Pen Lai” (w wolnym tłumaczeniu: „Nie ma sprawy, nic się nie stało”). Ktoś zarysował Ci lakier w samochodzie? – Mai Pen Lai! Kelner przyniósł nie to danie, które zamówiłeś? Mai Pen Lai! Partner biznesowy spóźnia się na spotkanie? Mai Pen Lai!

Człowiek Zachodu – efektywny, skuteczny, nakierowany na cel – może popaść tu w nie lada frustrację. Jeśli jednak zaakceptować tajski styl bycia, okazuje się, że życie może być mniej stresujące, męczące i po prostu przyjemniejsze. Sęk w tym, że stosunkowo łatwo jest zmienić adres, przeprowadzić się, wyjechać gdzieś choćby na chwilę. Trudniej zmienić siebie, zwolnić, wyluzować. Życie w Tajlandii uczy mnie, że warto. No dobrze, ale nawet największa dawka luzu na nic się zda, gdy portfel świeci pustkami. Na szczęście i z tym nie jest tu najgorzej.

O ile w Polsce w żadnym wypadku nie zdecydowałbym się na pracę w szkole, o tyle w Tajlandii wręcz sobie ją chwalę. Z kilku powodów. Płaca jest niezła – około 1000 $ na rękę pozwala mi żyć wygodnie. Restauracje, okazjonalny gadżet, weekendowe wypady za miasto, kilka razy w roku dalsze podróże. Stać mnie na to wszystko, a jeszcze sporo odkładam na później. Jak to możliwe? Odpowiedź brzmi: życie w Tajlandii jest tanie.

Legendarne dania tajskiej kuchni kosztują w ulicznych jadłodajniach po kilka złotych, za niewiele ponad 30 zł tankuję bak swojego motocykla do pełna i przejechać mogę jakieś 300 km, a za każdym razem, gdy wyjmuję ze skrzynki na listy rachunki za wodę i prąd – uśmiecham się z niedowierzaniem. Jednak praca to nie tylko zarobki. Ja w swojej najbardziej cenię… wolny czas. Zaczynam dość wcześnie, bo już o 7.30, ale kończę chwilę po piętnastej.

W międzyczasie przez 3-4 godziny wygłupiam się, próbując nauczyć czegoś kilkuset rozwydrzonych tajskich nastolatków („sanuk” sprawia, że do nauki podchodzi się tu w sposób mało poważny), a resztę czasu spędzam, utrzymując kontakty ze znajomymi z Polski i pisząc swojego bloga. Jeżeli dodać do tego ogrom tajskich świąt państwowych (urodziny króla, urodziny królowej, liczne święta buddyjskie – w tym roku jest ich łącznie 18), 10 dni płatnego chorobowego oraz niemal 2 miesiące (również płatnych) wakacji, to okazuje się, że swoją pracę można naprawdę lubić!

STRONA 1 z 2

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    W Polsce byłem redaktorem Men?s Health, w Tajlandii uczę angielskiego. Przewróciłem do góry nogami cały swój świat. I wiecie co? To była najlepsza decyzja w moim życiu, bo ilu z nas potrafi naprawdę szczerze powiedzieć: jestem szczęśliwy? A ja tak.<br /><br /><a href="/sprawy/Wrzuc-na-luz-droga-do-szczescia,6233,1"></a>
    Mens Health, 2015-04-28 11:46:45
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij