Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.6

Spowiedź hazardzisty

Nazywam się Sławomir Mizerski i mam 37 lat. Przez lata przegrałem i wygrałem masę forsy, i - chociaż bilans mam raczej ujemny - nie zamieniłbym się z nikim na życia.

2009-02-06
Hazard fot. shutterstock.com

Wiem, że to może brzmieć śmiesznie, ale jestem przekonany, że urodziłem się hazardzistą. Oczywiście, pewnie nie ma genu, który za to odpowiada, ale skoro można być „urodzonym lekarzem" albo "urodzonym sportowcem", to dlaczego nie można być "urodzonym hazardzistą"?

Od dzieciństwa ciągnęło mnie do kart. Ojciec nauczył mnie grać w karty na wakacjach w Darłówku, gdy miałem 6 lat i już rok później, na następnych wakacjach, byłem maskotką wszystkich urlopowych karciarzy, bo zazwyczaj z nimi wygrywałem. Broń boże, nie w pokera, ale w remika, kierki, trzy-pięć-osiem, makao, durnia i w podobnych grach byłem naprawdę niezły. Wyobrażacie sobie, jak musiałem się czuć - ledwie wystający ponad stół pędrak, nie potrafiący jeszcze czytać i z trudnością liczący do stu, który siedzi z dorosłymi i ogrywa ich jak dzieci?

Wtedy po raz pierwszy poczułem, jak to kręci. Do dziś, ilekroć biorę karty do ręki i siadam do stołu, przypomina mi się to fantastyczne uczucie. Nie było, rzecz jasna, mowy o grze na pieniądze (choć raz czy dwa zdarzyło mi się wygrać nieduże stawki) - w puli były zazwyczaj lody, wata cukrowa, kolejka na strzelnicy, ale jeszcze wtedy nie miało to dla mnie większego znaczenia. Liczyła się sama gra i zdziwione spojrzenia moich dorosłych przeciwników przy stole, kiedy kończyłem kolejną partię. 

Jestem przekonany, że urodziłem się hazardzistą, tak jak niektórzy są urodzonymi lekarzami albo urodzonymi sportowcami. Grałem zawsze, od dziecka.

Pierwszy poker

Mimo że minęło 20 lat, tak dobrze pamiętam mojego pierwszego poważniejszego pokera, jakbym właśnie wstał od stołu. Może dlatego, że oskubano mnie niczym zupełnego nowicjusza, a mnie wydawało się przecież, że gram jak - nie przymierzając - sam Stu Unger, pokerowy mistrz wszech czasów.

Rodzice wyjechali na dłuższy urlop, zostawiając mnie samego w domu z bajońską kwotą kilku tysięcy złotych (tych starych tysięcy), za które miałem utrzymać się i wyżywić podczas ich nieobecności. Wieczorem usiadłem do gry z dwoma starszymi o kilka lat kumplami i już o piątej nad ranem byłem uboższy o wspomniane wyżej tysiące i kolekcję 45 winylowych płyt, których wycena, przed trafieniem do puli, odbywała się na gorąco, w miarę postępów mojej klęski.

Kiedy już zostałem sam, długo nie mogłem zasnąć, obracając w głowie wszystkie możliwe kombinacje i układy, analizując rozdanie po rozdaniu i za diabła nie mogąc pojąć, jak to się mogło stać. Zrobiłem też mocne postanowienie, którego trzymam się bezwzględnie siadając do kart: zawsze ustalaj kwotę, z którą siadasz do gry, i nigdy jej nie przekraczaj.

Bez względu jednak na sromotną porażkę wiedziałem już, że ta mieszanka euforii, podekscytowania i napięcia związanych z grą będzie moim ulubionym koktajlem. Od tamtego czasu rozegrałem na pewno kilka tysięcy partii i dalej mnie to rajcuje. Jasne że lepiej odchodzić od stołu z żetonami w kieszeni, ale, wierzcie lub nie, dawka adrenaliny jest podobna bez względu na to, czy wygrywasz, czy przegrywasz. Gra jest najważniejsza.

Pierwsza ruletka

To, że prędzej czy później trafię do kasyna, było dla mnie jasne jak słońce. Także i to, że będę się tam czuł jak ryba w wodzie. Wymieniłem 100 złotych i przegrałem je w pół godziny. Wymieniłem kolejne sto i znowu przegrałem. Postanowiłem nie przekraczać pięciu stów, aby pierwsza lekcja nie była zbyt kosztowna. Dokupiłem za resztę żetonów i w 3 godziny później siedziałem przed stosikiem wartym 6 tysięcy. Całkiem nieźle jak na debiut, prawda? Koniec końców, zamknąłem wieczór z połową tej kwoty i z przekonaniem, że będę tutaj częstym gościem.

Hazard fot. shutterstock.com

Faktycznie - spędziłem w przeróżnych kasynach prawie 3 lata. Nie pytajcie o efekty finansowe, bo takie zjawisko jak hazardzista, który cały czas wygrywa, po prostu nie istnieje. Jeżeli ktoś wygrywa zawsze, to jedynie kasyno, bo właśnie w tym celu, aby wygrywać, zostało wymyślone. Faceci z Pricewaterhouse Coopers, największej firmy doradztwa finansowego, oceniają, że w 2009 roku łączny obrót wszystkich kasyn na świecie przekroczy 100 miliardów dolarów.

W tej kwocie będzie też liczona na pewno moja kasa, którą utopiłem na ruletce, bo bujdą jest, że istnieją jakieś magiczne systemy, które pozwalają wygrywać. Po prostu masz jedną szansę na 37, że kulka zatrzyma się na liczbie, którą obstawiłeś. To, oczywiście, i tak lepiej niż typowanie w Lotto, gdzie prawdopodobieństwo szóstki wynosi 1:13 983 816, ale zasada pozostaje podobna. Nie masz kompletnie wpływu na wynik i musisz zdać się na los. Wolę pokera, gdzie musisz sam pogłówkować, aby wygrać.

Takie zjawisko jak hazardzista, który wciąż wygrywa, po prostu nie istnieje. Jeżeli ktoś wygrywa zawsze, to jedynie kasyno, bo właśnie w tym celu zostało wymyślone.

PIERWSZE REFLEKSJE

Nigdy nie miałem specjalnych wyrzutów sumienia, że jestem hazardzistą czy utracjuszem, chociaż trochę żałuję forsy wpakowanej w ruletę. Nie przegrywam pieniędzy, które podkradałbym moim klientom, dzieci nie mam - gram za swoje i nie widzę powodu, aby się z tego komuś tłumaczyć. Tym bardziej że nie mam komu. Moja firma dobrze prosperuje, dorabiam sobie dosyć regularnie graniem na giełdzie, no i czasem jednak wygrywam w karty.

Gdybym miał robić jakieś podsumowanie czy przyznawać się do czegoś, to owszem, przyznaję: jestem uzależniony. Ale nie od wizji wielkich i łatwych pieniędzy, które zarobię, rozbijając bank kasyna w Las Vegas, ale bardziej od atmosfery samej gry i niepewności jej przebiegu. To prawdziwa magia, którą trudno zrozumieć komuś, kto jej nie doświadczył. Oprócz wielu zarwanych nocy, które można by teoretycznie zapisać po stronie strat zdrowotnych (chociaż dla seksu człowiek też zarywa noce i jakoś nikt nie nazywa tego stratą), mam przekonanie, że poker nauczył mnie kilku pożytecznych rzeczy.

Przede wszystkim dyscypliny i panowania nad swoimi emocjami, bo to podstawa w tej grze. Nigdy nie rozumiałem tych zdesperowanych nieszczęśników, którzy zastawiają domy i samochody, byle nie wypaść z gry. Dalej - nauczyłem się analitycznego myślenia i wyciągania wniosków; bez tego też nie ma pokera. Na koniec wreszcie - przewidywania ruchów przeciwnika i, co się będziemy czarować, oszukiwania go, że mamy silniejszą lub słabszą kartę, niż on w danej chwili sądzi. Jednym słowem, umiejętności, bez których trudno wyobrazić sobie nie tylko pokera, ale i samo życie.

Pierwsza porażka

Moje życie osobiste? Przez te lata miałem wiele kobiet, ale zazwyczaj były to krótkotrwałe romanse. Nic poważnego. Kiedyś spotkałem jednak kobietę, która zrobiła na mnie wrażenie. Piękna, inteligentna, samodzielna, zabawna. Przez dłuższy czas myślałem, że to jest to. Nawet byłem gotowy się żenić. Rozmawialiśmy też o dzieciach. Na początek kupiliśmy sobie psa. Rzadziej grałem, bo ona była temu przeciwna.

Wytrzymałem tak mniej więcej rok. A po roku zaczęło się psuć. Ona lubiła spokój, a mnie nosiło. Nudziło mnie siedzenie z nią w domu. Nudziły mnie niedzielne wycieczki do lasu czy codzienne spacery z pieskiem w parku. Nudziło mnie chodzenie do kina czy teatru. Seks przestawał już być taki kręcący jak dawniej, a ja nie potrafiłem się przestawić na zwyczajne bycie ze sobą. Nawet sam wywoływałem awantury. Sprzeczałem się o wszystko, nie żeby to były dla mnie jakieś strasznie istotne sprawy, ale po prostu, żeby coś się działo. Toczyliśmy ze sobą rozmaite gry, które oczywiście musiałem wygrywać.

W końcu po jakiejś awanturze odeszła, mówiąc mi na pożegnanie, że tę partię przegrałem z kretesem. A ja poczułem oprócz smutku - ulgę. Nie musiałem już się nikim przejmować, nikim opiekować, z nikim liczyć. Tęskniłem za nią, ale z drugiej strony wiem, że na dłuższą metę nie można udawać kogoś, kim się nie jest. Wróciłem do pokera, czyli na swoje znajome terytorium.

Hazard fot. shutterstock.com

Pierwszy bilans

Odnoszę sukcesy w pracy i w dużej mierze uważam, że dzieje się tak dzięki umiejętnościom wyniesionym z gry. Uważam, że znam się na ludziach i potrafię ich błyskawicznie rozgryźć. Widzę ich słabości i mocne strony. Z kolei wiem, że sam jestem trudny do przejrzenia. Trudno mnie wyprowadzić z równowagi i nie daję się nabrać na plewy. Potrafię być znakomitym negocjatorem i z reguły uzyskuję to, co sobie zaplanowałem. Nieźle zarabiam. Niemniej zdaję sobie sprawę, że mojego życia nie można stawiać za wzór.

Hazard najbardziej niszczy relacje z innymi. Nie mam przyjaciół. Ludzie, z którymi się spotykam, to albo partnerzy w interesach, albo hazardziści.

Stałem się hazardzistą na własne życzenie, nikogo nie obwiniam. Takiego dokonałem wyboru i ponoszę wszelkie tego konsekwencje. Boję się tylko, że w którymś momencie mogę się poczuć samotny. Moje życie zdominowała gra i nie ma tam wiele miejsca na cokolwiek innego. Jasne, spotykam się z kobietami, ale właściwie chodzi tylko o seks. Staram się, żeby sprawa była jasna i nie ukrywam przed nimi, że jestem graczem. Zresztą, która kobieta chciałaby założyć dom z hazardzistą. To ryzykowny interes. A ja sam nie wiem, czy jeszcze byłbym w stanie zaangażować się emocjonalnie.

To jest właśnie ta ciemna strona hazardu, o której mówię niechętnie i która z biegiem lat coraz bardziej do mnie dociera. Uzależnienie najbardziej niszczy relacje z innymi ludźmi. Do rodziców czy rodzeństwa dzwonię raz na miesiąc albo rzadziej, już dawno przestaliśmy sobie być potrzebni. Nie mam przyjaciół. Ludzie, z którymi się stykam, to albo partnerzy w interesach, albo gracze - hazardziści. To nie są miejsca na zawiązywanie przyjaźni. Nie potrafię być z kimś dla samej przyjemności kontaktu.

Często czuję się w towarzystwie jak przybysz z innej planety. Szkoda mi czasu na imprezy czy spotkania, na których się po prostu rozmawia, grilluje i pije piwo. Nudzą mnie. Nawet nie bardzo wiem, o czym miałbym rozmawiać z nimi. W ogóle większość rzeczy, którymi zajmują się tzw. normalni ludzie, wydaje mi się nieciekawa i mało podniecająca. Ja potrzebuję właśnie takiego kopa, jakiego daje gra. Ryzyka, adrenaliny. Wtedy czuję, że żyję. Ale coraz częściej podejrzewam, że omija mnie coś ważnego.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Jeśli jesteście zainteresowani, to zachęcam do obejrzenia wywiadu z dr Ewą Woydyłło-Osiatyńską – znanym psychologiem i terapeutą uzależnień. Porusza on tematykę uzależnień od hazardu: część I - http://www.youtube.com/watch?v=SV4dJ2gtLGYczęść II - http://www.youtube.com/watch?v=NvtK_7ofBIwczęść III - http://www.youtube.com/watch?v=qDZKIQtGR2g Zapraszam też do obejrzenia relacji z wręczenia nagród w konkursie na najlepszą pracę magisterską o uzależnieniu od hazardu „Wygraj z hazardem":http://www.youtube.com/watch?v=Zo3kThPCPnw
    Adm, 2013-04-18 12:43:20
  • avatar
    zgłoś
    Jeśli jest singlem to rujnuje siebie. Jeśli ma rodzinę, cierpią wszyscy. Jest to bez wątpienia problem natury medycznej. Oby nikt z Was chłopaki nie wpadł w to bagno, bo wydostanie się z tego jest znacznie trudniejsze niż rzucenie palenia, a niektórzy terapeuci porównują do uzależnienia narkotycznego, naturalnie z pkt. widzenia psychiki. Pzdr.
    Pafii, 2009-02-07 13:59:45
  • avatar
    zgłoś
    'whitechocolatte' napisał(-a):jakimi kwotami oni grają ,że aż nazywasz ich hazardzistami ? pytam bo chce obiektywnie się porównać na jakim poziomie hazardu ja obecnie się znajdujeA co za roznica, czy robotnik przegrywa co miesiac 1500 zl, czy menedzer traci na hazardzie 10 tys., jesli dla jednego i drugiego to jego miesieczna pensja? Nie wielkosc przegranych sum swiadczy o stopniu uzaleznienia od hazardu, ale, jakby to powiedziec, intensywnosc grania. Jesli ktos raz na miesiac pusci totka, liczac na lut szczescia, to chyba jest OK. Ale jesli ktos codziennie wysyla po 5 kuponow, bo "musze przeciez w koncu wygrac!", to juz sie nadaje do leczenia.
    Czytacz, 2009-02-07 12:57:17
  • avatar
    zgłoś
    'whitechocolatte' napisał(-a):jakimi kwotami oni grają ,że aż nazywasz ich hazardzistami ? pytam bo chce obiektywnie się porównać na jakim poziomie hazardu ja obecnie się znajdujeTo sa ludzie, ktorzy przez kilka ostatnich lat regularnie grajac przegrali conajmniej po 0.5 mln na lebka.Luki
    *Luki*, 2009-02-07 10:02:08
  • avatar
    zgłoś
    '*Luki*' napisał(-a):Hazard raz na rok nie szastajac pieniedzmi jest ok. Mam bardzo bliski kontakt z hazardzistami - marnuja swoje zycie. Jeden probuje sie odbic, lecz nie daje rady. I mowie o powaznych hazardzistach...Lukijakimi kwotami oni grają ,że aż nazywasz ich hazardzistami ? pytam bo chce obiektywnie się porównać na jakim poziomie hazardu ja obecnie się znajduje
    whitechocolatte, 2009-02-06 21:13:43
  • avatar
    zgłoś
    Hazard raz na rok nie szastajac pieniedzmi jest ok. Mam bardzo bliski kontakt z hazardzistami - marnuja swoje zycie. Jeden probuje sie odbic, lecz nie daje rady. I mowie o powaznych hazardzistach...Luki
    *Luki*, 2009-02-06 18:30:30
  • avatar
    zgłoś
    Moje życie jest grą - mówi facet, który przez grę w karty i ruletkę stracił w swoim życiu nie tylko mnóstwo forsy. Ale chociaż bilans ma raczej ujemny, nie zamieniłby się z nikim na życia. Dlaczego? Z wielu powodów.
    Mens Health, 2009-02-06 16:23:45
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij