Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ

1


OCEŃ
2.5

Historia UFC, czyli jak MMA stało się potęgą

Sukces UFC zbudowany jest na krwi, brutalności i nowoczesnym pojmowaniu biznesu. Bo dziś każdy, nawet najbardziej krwawy sport, to czysty biznes. American dream w prawdziwie męskim wydaniu. 

2016-09-07
UFC fot. shutterstock.com

Zaledwie dwie dekady trwała ewolucja UFC z pozycji politycznie zwalczanych, brutalnych walk podziemia, do statusu największej i najbardziej prestiżowej organizacji mieszanych sztuk walki w USA i na świecie. Ramię w ramię z popularnością rośnie również rynkowa wartość zmagań prowadzonych w ośmiokątnych klatkach. Bo ten sport to biznes. Choć krwawy.

Dla wielu, z konserwatywnym senatorem Johnem McCainem na czele, zbyt krwawy. W wyniku starań późniejszego kandydata na prezydenta USA w 1996 roku gale UFC zostały zakazane w aż 36 stanach. McCain, rozpętując swoją kampanię przeciw walkom w oktagonie, porównał je do „ludzkich walk kogutów”, pełnych agresji i pozbawionych zasad. Konserwatyzm 1, UFC 0.

Dwadzieścia lat później sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Wizja dwóch facetów (i nie tylko), próbujących zrobić sobie nawzajem krzywdę, najlepiej szybko i spektakularnie, nikogo już tak nie razi. Popularność walk rośnie z szybkością uwielbianego przez publiczność ciosu podbródkowego. Bilety na galę zorganizowaną w lipcu 2015 roku w Glasgow rozeszły się w ciągu dwóch godzin. W Dublinie trwało to zaledwie 60 sekund. Wyświechtane porównanie do ciepłych bułeczek pasuje w tym przypadku idealnie.

Co prawda, to jeszcze nie poziom wzgardzonego przez Amerykanów soccera czy innej masowej dyscypliny, ale eventy fi rmowane przez UFC śmiało można określić mianem globalnych. Sport początkowo skazany na wegetację w cieniu stał się kurą znoszącą złote jaja.

Początkowe rundy

W 2014 roku „Forbes”, prestiżowy amerykański magazyn biznesowy, oszacował, że UFC jest na 10. miejscu najcenniejszych marek sportowych, z wartością oscylującą w granicach 1,65 miliarda dolarów. Jednakże zdaniem charyzmatycznego prezydenta UFC, Dany White’a, sprawy wyglądają nieco inaczej. W wywiadzie dla „Financial Times”, udzielonym w marcu 2014 roku, Dana przekonywał, że rzeczywista wartość zarządzanej przez niego federacji to 3,5(!) mld dolarów. Można założyć, że wie, o czym mówi, lecz nawet biorąc pod uwagę oficjalne liczby, UFC zanotowała imponujący wzrost – w roku 2010 została wyceniona na nieco ponad miliard dolarów.

„Mamy liczby” – w charakterystyczny dla siebie sposób skwitował ten fakt prezydent amerykańskiego giganta. Całkiem nieźle jak na organizację, której zasadniczym celem powstania było znalezienie odpowiedzi na odwieczne, barowe, męskie dyskusje (zazwyczaj toczone po trzecim piwie), kto wygrałby starcie w ringu: bokser czy karateka? W zasadzie „organizacja” to bardzo wyszukane słowo na opisanie początków funkcjonowania UFC.

Tylko uprzejmość każe nazywać pierwszy w historii turniej, zorganizowany w 1993 roku w Denver, „galą sztuk walki”. W rzeczywistości do zmagań w oktagonie przystąpiło jedynie 8 zawodników, a całe wydarzenie promowano jako ożywioną wersję popularnej wówczas gry komputerowej – „Mortal Kombat”. Krew, siniaki i brak zasad miały być jednak prawdziwe.

Pierwsza walka, stoczona między kick bokserem a zawodnikiem sumo i zakończona efektownym kopniakiem wymierzonym w twarz tego drugiego, w 100% potwierdziła te założenia. Entuzjastów mocnych wrażeń odsyłamy na YouTube, gdzie do dziś dostępny jest filmik z walki.

„Pamiętam oglądanie walki wspólnie z moimi przyjaciółmi. Patrzyliśmy i nie do końca wiedzieliśmy, co to właściwie jest – przypomina Micheal Lunardelli, Senior Business Unit Director w Reebok Combat Training. – To było fascynujące i ociekające brutalnością zarazem. Nie było żadnych zasad czy regulacji. Dziś to nie do pomyślenia. Przestałem śledzić gale UFC, bo to było przesada nawet dla mnie”.

Reebok i Lunardelli zainteresowali się ponownie amerykańską federacją w grudniu 2014 roku, gdy podpisano sześcioletnią umowę na dostarczanie strojów zawodnikom i sztabom trenerskim. Krok ten był dla brytyjskiego producenta sprzętu sportowego częścią strategii rozpoczęcia dużych inwestycji w segmencie tzw. twardego fitnessu, do którego zaliczana jest federacja UFC. Dla Jankesów był to z kolei jeden z wielu kroków na długiej drodze do wyjścia z cienia i odcięcia pępowiny walk quasi-podziemnych. Undergroundowy wizerunek być może dodaje splendoru wśród bywalców osiedlowych klubów muay tai, ale przeszkadza w zarabianiu naprawdę dużych pieniędzy. 

 

UFC fot. shutterstock.com

Prawie na deskach

Pomimo wprowadzenia wielu zasad, w tym podziału na kategorie wagowe, rundy walk, rękawic ochronnych czy zakazu kopania po twarzy leżących przeciwników (to pewnie zabolało najzagorzalszych fanów), UFC samo było praktycznie na deskach, gdy w 2001 roku zostało zakupione za dwa miliony dolarów przez braci Lorenzo i Franka Fertitta, właścicieli kasyn w Las Vegas. Dzięki ich wpływom i przedsiębiorczości rozpoczął się trwający do dziś podbój Ameryki i świata.

Do 2006 roku wydarzenia przez nich organizowane gromadziły przed telewizorami miliony widzów w USA. UFC powoli przestawało być pariasem amerykańskiego sportu. Prawdziwy przełom nastąpił w 2011 roku, gdy właściciele UFC podpisali siedmioletnią umowę z telewizją Fox Sports. Kontrakt opiewał na 700 milionów dolarów. Było to symboliczne wejście do wagi ciężkiej amerykańskiego biznesu.

„Fox traktuje UFC w taki sam sposób, jak inne wielkie federacje sportowe w Stanach” – mówił Gareth Davies, długoletni korespondent sportów walki „Daily Telegraph”. I mówił prawdę. Przegląd zrobiony w kilku tradycyjnych, amerykańskich barach potwierdził, że zawody UFC były tam równie powszechne, co NFL czy NBA. Relacje prosto ze zroszonego krwią oktagonu stały się tak wszechobecne, że przestały szokować. Swoje zrobiły też wprowadzone zasady. Nadal to sport pełen brutalności, ale brutalności okiełznanej.

Dziś nikt już nie rozdziera szat z powodu widowiskowego nokautu czy kontuzji. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że UFC udało się zerwać ze swoją niechlubną przeszłością. „Jesteśmy ambitni. Chcemy wywindować gale mieszanych sztuk walki na poziom innych wielkich sportów międzynarodowych – zapewniał cytowany wcześniej Lunardelli. – Częścią tego planu było oczyszczenie wizerunku” – dodaje.

Uczestnicy pierwszych gal, przypominający raczej zapijaczone zbiorowisko rodem z amerykańskich przyczep, oraz ciągła burza polityczna rzeczywiście nie sprzyjały poprawie wizerunku w konserwatywnym społeczeństwie. Aktualnie prawie wszyscy, łącznie z samymi zawodnikami, są zadowoleni z panujących reguł walki. Za wesołą dzikością pierwszych lat UFC nikt specjalnie nie tęskni. Standard podniósł się również poza oktagonem. Współcześni bohaterowie walk w klatce nie przypominają już bywalców przydrożnych amerykańskich barów dla tirowców.

To gwiazdy sportu pełną gębą i w niczym nie ustępują swoim odpowiednikom ze świata piłki nożnej czy boksu. Niewiele pewnie dzieli nas od chwili, gdy bardziej przedsiębiorczy zawodnicy, jak Rory MacDonald, pójdą w ślady Davida Beckhama i swoim nazwiskiem firmować będą kolejne linie kosmetyków czy kolekcje ubrań. „Istnieje również duża grupa zawodników mających świetne wykształcenie” – twierdzi Davies.

Przykładem niech będzie Chuck Liddell, który w ringu straszył swoich przeciwników aparycją zabijaki, by po walce udać się na uniwersyteckie zajęcia z księgowości. To wszystko pozytywnie wpływa na odbiór MMA i ustawia mieszane sztuki walki w jednym szeregu z innymi dyscyplinami sportu. Łatka brutalnych, undergroundowych bijatyk została odpięta, odsłaniając oblicze zdrowej, sportowej rywalizacji. Ot, całkiem normalna praca, tyle że na ślizgającym się od krwi ringu. 

 

UFC fot. shutterstock.com

Tarcia wewnętrzne

Są jednak i tacy, dla których nowy, wymuskany wizerunek UFC jest powodem do narzekań. Dawny mistrz wagi piórkowej, Jose Aldo, stwierdził jasno: „Jest do dupy, ale co możemy zrobić?”. Były czempion odniósł się również do nowych strojów oferowanych przez markę Reebok, porównując je ironicznie do słynnych kostiumów Power Rangers.

Większość zarzutów dotyczy jednak nie estetyki, a kwestii finansowych. Wspomniana umowa z Reebokiem nie zabraniała wprost zawierania kontraktów ze sponsorami indywidualnymi, lecz bardzo to utrudniła. Nie wszystkim przypadło to do gustu. Jak widać, świat wielkiego sportu, do którego UFC dołączyło, oprócz blasków ma też swoje cienie.

Władze federacji odpowiadają jednak, że nie ma innej drogi, by stać się łakomym kąskiem dla nowych, coraz bogatszych sponsorów. „Dzięki takim umowom zwiększamy naszą atrakcyjność reklamową. Skorzystają na tym również sami zawodnicy – tłumaczy James Elliot, nowy wiceprezydent UFC, odpowiedzialny za tereny Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu. – Rozumiem głosy dochodzące ze środowiska zawodników, lecz jest to ostatecznie najlepsza rzecz dla naszego biznesu”. 

 

UFC fot. shutterstock.com

Krwawy diament

Umowa z Reebokiem rzuciła nieco światła na ogólne zarobki wojowników MMA, które nie należą do najwyższych. Bazowe kwoty za walkę nie przekraczają 6 tys. dolarów. Gwiazdy, mistrzowie i autorzy najbardziej widowiskowych akcji, jak nokauty czy wymuszone „odklepki”, mogą liczyć na premie w wysokości do 50 tys. dolarów. Te sumy i tak nie powalają na kolana.

Wielu graczy europejskich lig piłkarskich nie wybiegłoby za taką stawkę na murawę. W zestawieniu z innymi wiodącymi sportami, wojownicy MMA nadal są biedniejszymi krewnymi. Dla przykładu, bokserzy otrzymują 85% przychodów z walki. W lidze angielskiej piłkarze dostają 70%. W NFL, NBA i MBL współczynnik ten wynosi 50%. Lorenzo Feritta utrzymuje, że w jego federacji te proporcje są zbliżone, lecz znana amerykańska stacja telewizyjna ESPN ustaliła, że rzeczywistość jest mniej kolorowa: zawodnicy MMA mogą liczyć na 10% przychodu.

Dlaczego? Działacze UFC bronią się argumentami o olbrzymich środkach przeznaczanych na inwestycję w promowanie nowej dyscypliny. Ich zdaniem poniesione wydatki zaprocentują w przyszłości, a głównymi beneficjentami zostaną zawodnicy, czego dowodem jest choćby główna postać żeńskiego światka sztuk walki, Ronda Rousey. Jest jedną z najlepiej opłacanych kobiet sportowców na świecie.

Intencją amerykańskiej federacji jest uczynienie z UFC globalnej potęgi, dyscypliny porównywalnej do piłki nożnej. Dla nas, Europejczyków, zakochanych w futbolu, jest to trochę obrazoburcze porównanie, ale biznes nie zna granic. Już dziś fani zmagań w oktagonie mogą kupić koszulkę swojego ulubionego walczaka. Zupełnie tak samo, jak w przypadku piłkarskich gwiazd – Ronaldo czy Messiego.

„Zawsze szukamy nowych partnerów biznesowych i reklamowych, wszyscy są mile widziani na pokładzie – twierdzi Elliot. – W końcu wpływy z reklam zwiększają dochód wszystkich zainteresowanych, od zawodników po działaczy”. Ambitne plany sięgają jednak dalej. Wzorem topowych klubów piłkarskich ze Starego Kontynentu, UFC zamierza sprzedawać prawa do nazywania stadionów i hal, np. w Vegas.

„Mamy bardzo interesujące widoki na przyszłość. Choć nie mogę zdradzać szczegółów, zapewniam, że to będą ciekawe lata w kontekście rozwoju MMA na świecie” – optymistycznie kończy swój wywód Elliot. 

 

UFC fot. shutterstock.com

Pójść za ciosem

Największej broni UFC w walce o kibicowski rząd dusz – niebywałej zdolności do innowacji – nie zapożyczono jednak od skostniałych organizacji mainstreamowych sportów, jak FIFA. To spuścizna ponad dwóch dekad bezustannej walki – najpierw o życie, później o wejście do globalnej ekstraklasy biznesu. Ponadto, jak na ironię, atut, który aktualnie pozwala kontynuować światową ekspansję, jest konsekwencją wcześniejszej marginalizacji.

„UFC wciąż zyskuje na znaczeniu, bo z przymusu zawsze było skazane na środki masowego przekazu. To owoc zakazu walk we wczesnych latach 90.” – przypomina Davis. W 2015 roku łączna długość obejrzanych na YouTube fi lmików z walk UFC wyniosła miliard(!) minut. Gwiazdy MMA brylują również w mediach społecznościowych. Przywoływana wcześniej Ronda Rousey stała się najpopularniejszą kobietą sportowcem, z łączną ilością followersów na Facebooku, Twitterze i Instagramie wynoszącą ponad 18 milionów.

Dla porównania, to więcej niż Novak Djoković, Tiger Woods i piłkarska drużyna Tottenhamu razem wzięci. W przypadku samego UFC liczba fanów w social mediach wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat o 57% (Facebook), 78% (Twitter) i, uwaga, 770% (Instagram). Kolejnym polem, gdzie potentat zza oceanu zbiera pozytywne recenzje, jest walka z dopingiem.

W kwietniu 2014 roku federacja UFC zatrudniła Jeff a Novitzsky’ego, byłego specjalistę z rządowej agencji ds. walki z dopingiem. Jak sam określa, jego zadaniem jest „prowadzenie najbardziej kompleksowej polityki antydopinowej w zawodowym sporcie”. Zadanie tyleż ambitne, co niezwykle trudne. W wielu aspektach UFC udało się wykroczyć poza klasycznie rozumianą promocję i dziś jest przedsiębiorstwem mediowym działającym na własnych warunkach.

To duże ułatwienie, gdyż w tradycyjnej prasie nadal wyczuwalne jest nierównoprawne traktowanie walk MMA i np. boksu. Lecz i ten punkt widzenia powoli traci na aktualności. Zainteresowanie galami UFC wśród uznanych nazwisk sportowego dziennikarstwa stale rośnie. Coraz śmielej podnoszą się również głosy, że prędzej czy później charakterystyczny oktagon zobaczymy na igrzyskach olimpijskich. Znając dotychczasową historię UFC, wszystko jest możliwe. 

 

UFC fot. shutterstock.com

Dojna krowa w klatce

Zdaniem ekspertów UFC znajduje się nadal w fazie ekspansji i jest raczej wschodzącą gwiazdą niż dojną krową. W USA, Kanadzie i Brazylii ta gwiazda już teraz świeci pełnym blaskiem. W Europie jej popularność ciągle rośnie, a lokalne federacje – jak KSW czy FEN – z powodzeniem zaszczepiają amerykańskie wzorce na rodzimym gruncie.

Odnotowuje się również coraz większą obecność Polaków. W 2015 roku Joanna Jędrzejczyk zdobyła pas mistrzowski w wadze słomkowej. W branży coraz głośniej mówi się też o planach organizacji gal UFC nad Wisłą - my nie mamy nic przeciwko. Przewiduje się, że także Azja, z uwagi na bogatą historię sztuk walki, stanie się doskonałą przestrzenią dla dalszego rozwoju MMA. Nietrudno więc zrozumieć ambicje Amerykanów.

Ich optymizm potwierdzają suche statystyki. Według analiz speców z Reeboka sztuki walki na świecie trenuje około 35 milionów ludzi. 40% zaczęło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Rosnąca popularność tego rodzaju treningu nie może dziwić: doskonale kształtuje formę ducha i ciała oraz jest o niebo ciekawszy niż ćwiczenia na bieżni czy orbitreku. Niemniej jednak nawet najwięksi optymiści w szeregach UFC wiedzą, że nie jest to sport dla każdego. Analogicznie do boksu, rugby czy krykieta – po prostu nie wszystkich to kręci. 

 

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Osoba pisząca artykuł powinna sprawdzić o czym pisze, lub jeżeli tłumaczyła z obcojęzycznej wersji to sprawdzić aktualność informacji. Pełno błędów, po pierwsze bracia Fertitta sprzedali już UFC, więc nie są właścicielami, chociaż jakiś drobny % udziałów mają. Organizację sprzedano za 4 mld dolarów, więc wartości tu podane są mocno zaniżone. Odnośnie bazowych zarobków to 6 tys dotyczy raczej początkujących zawodników, lub kasy od Reeboka ale to jest jako dodatek do podstawy. Przeciętnie podstawa wynosi koło kilkudziesięciu tys., aczkolwiek są jednostki typu McGregor, który dostaj po kilka mln za walkę. Rory MacDonald wspomniany w artykule nie walczy już dla UFC tylko dla Bellator. No i gala w Polsce już była w Krakowie w 2015 (UFC Fight Night: Gonzaga vs. Cro Cop 2). Rozumiem, że nie zawsze redaktor piszący artykuł jest w stanie wszystko sprawdzić, ale no kurde, te wiadomości to są 2 min "googlowania".
    ~Theildar, 2016-09-11 21:43:22
  • avatar
    zgłoś
    Osoba pisząca artykuł powinna sprawdzić o czym pisze, lub jeżeli tłumaczyła z obcojęzycznej wersji to sprawdzić aktualność informacji. Pełno błędów, po pierwsze bracia Fertitta sprzedali już UFC, więc nie są właścicielami, chociaż jakiś drobny % udziałów mają. Organizację sprzedano za 4 mld dolarów, więc wartości tu podane są mocno zaniżone. Odnośnie bazowych zarobków to 6 tys dotyczy raczej początkujących zawodników, lub kasy od Reeboka ale to jest jako dodatek do podstawy. Przeciętnie podstawa wynosi koło kilkudziesięciu tys., aczkolwiek są jednostki typu McGregor, który dostaj po kilka mln za walkę. Rory MacDonald wspomniany w artykule nie walczy już dla UFC tylko dla Bellator. No i gala w Polsce już była w Krakowie w 2015 (UFC Fight Night: Gonzaga vs. Cro Cop 2). Rozumiem, że nie zawsze redaktor piszący artykuł jest w stanie wszystko sprawdzić, ale no kurde, te wiadomości to są 2 min "googlowania".
    ~Theildar, 2016-09-11 21:42:33
  • avatar
    zgłoś
    Osoba pisząca artykuł powinna sprawdzić o czym pisze, lub jeżeli tłumaczyła z obcojęzycznej wersji to sprawdzić aktualność informacji. Pełno błędów, po pierwsze bracia Fertitta sprzedali już UFC, więc nie są właścicielami, chociaż jakiś drobny % udziałów mają. Organizację sprzedano za 4 mld dolarów, więc wartości tu podane są mocno zaniżone. Odnośnie bazowych zarobków to 6 tys dotyczy raczej początkujących zawodników, lub kasy od Reeboka ale to jest jako dodatek do podstawy. Przeciętnie podstawa wynosi koło kilkudziesięciu tys., aczkolwiek są jednostki typu McGregor, który dostaj po kilka mln za walkę. Rory MacDonald wspomniany w artykule nie walczy już dla UFC tylko dla Bellator. No i gala w Polsce już była w Krakowie w 2015 (UFC Fight Night: Gonzaga vs. Cro Cop 2). Rozumiem, że nie zawsze redaktor piszący artykuł jest w stanie wszystko sprawdzić, ale no kurde, te wiadomości to są 2 min "googlowania".
    ~Theildar, 2016-09-11 21:41:25
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij