Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Charlie Hunnam: król z przedmieść Newcastle

Jego podróż z robotniczych przedmieść Newcastle do skąpanego w słońcu i błysku fleszy Hollywood przebiegła w zawrotnym tempie. Niepokorny członek gangu motocyklowego z „synów anarchii” lada moment zostanie koronowany w najnowszym dziele Guya Ritchiego. Do pakietu dorzućmy tysiące fanek, które poza Charliem Hunnamem świata nie widzą. Jak on to robi? 

Charlie Hunnam Charlie na drodze do obecnej pozycji nie stąpał wcale po czerwonym dywanie. Doszedł do wszystkiego sam. Ty też możesz.
Jedno jest pewne: rekiny są w hierarchii dość wysoko. Przynajmniej jeśli zapytać o nią większość społeczeństwa. „Żarłacz biały to wcale nie taki groźny drapieżnik – rzuca enigmatycznie Charlie Hunnam znad swojej jajecznicy. – Orka na niego poluje, więc nauczył się bać wszystkiego, co płynie w jego kierunku, a nie ucieka. Najlepszy sposób obrony przed ludojadem to po prostu na niego płynąć”.

Cenna rada. Mimo niewątpliwej wartości merytorycznej początek rozmowy jest dla mnie nieco nietypowy. Zazwyczaj nie tak zaczyna się wywiad z gwiazdą kina. Ta krótka wzmianka sugeruje mi jednak, że 37-letni Charlie Hunnam nie jest po prostu kolejnym hollywoodzkim grajkiem. Jakiś czas temu był bardzo mocno zaangażowany w projekt nurkowania z rekinami (w otwartej wodzie, warto napomknąć).

Gdy ten ostatecznie nie wypalił, Charlie nie krył rozczarowania z braku możliwości przetestowania swojej teorii. Może to i lepiej, bo w rezultacie aktor rzucił się w wir pracy. „Nie miałem urlopu od 7 lat. Krótko po rekinach był plan, aby wybrać się z Morganą (Morgana McNelis, była dziewczyna Charliego) na dwutygodniową wycieczkę do Tajlandii. Ale praca wygrała. Po prostu nie byłem w stanie wyobrazić sobie dwóch tygodni totalnego lenistwa” – wspomina Charlie. Pracowity chłopak, ot co.

Droga króla

Po raz kolejny okazało się, że praca popłaca. Hunnam właśnie skończył kręcić remake klasyka ze Steve'em McQueenem w roli głównej. „Papillon” opowiada historię niesłusznie skazanego na dożywocie Henriego, który usiłuje uciec z kolonii karnej na Diabelskiej Wyspie, i jest oparty na autentycznych wydarzeniach.

Rola wymagała od Hunnama wyglądu kryminalisty, więc był to czas na potężną ścinkę zjadanych kalorii. To nie pierwszy raz, gdy rola wymaga od niego dietetycznego reżimu. Na potrzeby „Króla Artura” (właśnie w kinach) Charlie musiał wyglądać na faceta, który rzeczywiście jest w stanie wyciągnąć Excalibura ze skały.

W „Legendzie miecza” Hunnam spełnia obietnicę, którą dał fanom przed premierą kinową angielskiej legendy. Jest uosobieniem mistrza fechtunku, a jego wygląd budzi respekt. Te efekty zasługują na szczególne uznanie, ponieważ w przygotowaniach do roli Hunnam nawet nie dotknął hantli, sztangi lub maszyn do ćwiczeń.

W "Królu Arturze" ważę około 85 kg. Jeśli chodzi o trening, tutaj trzymam się sprawdzonych rozwiązań. Wykorzystuję przede wszystkim ćwiczenia z ciężarem własnego ciała, czyli pompki, podciąganie, przysiady i pompki na poręczach. Łączę je w kombinacje, zmieniam ilość powtórzeń, intensywność i tempo. Ważne jest też stopniowe zwiększanie objętości” – wyjaśnia Charlie.

Po raz kolejny zrobił formę i po raz kolejny… nie posłuchał wszystkich dookoła, którzy od początku wciskali mu numery do trenerów personalnych. Hunnam po prostu postanowił ciężko pracować. Przykładowy trening: 150 podciągnięć na drążku, 400 przysiadów i na deser relaksujące 750 pompek. „To nie wiedza tajemna. Jadłem pod korek, a na treningu zwyczajnie zapieprzałem”.

Trening siłowy to jedno. Dorzućmy do tego jeszcze godziny lekcji boksu i walki mieczem. Potrzeba naprawdę sporo samozaparcia, żeby zostać w tych czasach wiarygodnym rycerzem. „Nie chodzi tylko o efekty wizualne i kondycję – wyjaśnia Hunnam. – Trenując w ten sposób, zyskujesz pewność siebie, a ta jest bardzo przydatna na planie”.

Ostatnia scena walki zajęła ekipie pięć pełnych dni zdjęciowych. „Tak właściwie ciężki trening kształtuje głównie charakter. Ten zaś na pewno przydał się podczas kolejnego wyzwania, jakim była kolumbijska dżungla – kolejny plan zdjęciowy. „The Lost Ciy of Z” powstawało w 38-stopniowym upale. Co w takich warunkach postanowił zrobić Hunnam?

Wyłączyłem telefon, wywaliłem telewizor, czytałem mnóstwo książek i starałem się poczuć jak mój bohater, podróżnik szukający dzikich plemion. Chciałem, aby ta kreacja była na maksa autentyczna i emocjonalna. Chciałem poczuć jego samotność i strach przed nieznanym” – opowiada Charlie. 

Charlie Hunnam Droga na szczyt jest niesłychanie ciężka i długa, ale jaki widok z góry!

Twardy charakter

Szybki rzut oka na historię rodzinną rodu Hunnamów pozwala z dużą dozą pewności stwierdzić, że Charlie na ogół nie kończył szkoły z nagrodą burmistrza za wzorowe zachowanie. Jego ojciec był w Newcastle znanym graczem. Zajmował się skupowaniem złomu i innymi... nieco bardziej szemranymi interesami.

Gdy Billy Hunnam zmarł cztery lata temu, Charlie bardzo mocno przeżył stratę. „Mój ojciec to największy twardziel, jakiego znam. Gdy wcielam się w postać, której lepiej nie wchodzić w drogę, wyobrażam sobie, że gram swojego staruszka” – opowiada. Śmierć ojca i różne zawirowania dotyczące kariery zmusiły Charliego do zwolnienia nieco tempa. Góra zobowiązań uniemożliwiła mu również wcielenie się w rolę tytułowego Greya w ekranizacji znanej książki o tym samym tytule.

Życie to walka

Czy brak występu w hitowych „50 twarzach Greya” podkopał nieco jego niezachwianą pewność siebie? Być może. Fakty są takie, że Hunnam w żadnym momencie swojej kariery nie osiadł na laurach i wciąż parł naprzód. To wydaje się jedną z głównych składowych jego sukcesu.

Mówi się, że Guy Ritchie zupełnie nie widział Charliego w roli króla Artura, ale przekonała go niezwykła determinacja aktora. Przesłuchania obudziły w nim chyba młodzieńczą werwę, ponieważ aby przekonać reżysera do siebie, był gotów bić się z innymi aktorami, którzy zgłosili swoją kandydaturę do tytułowej roli. Prosty i skuteczny, jak widać, sposób walki z konkurencją.

Koniec końców, rola przypadła nie Michaelowi Fassbenderowi, nie Henry'emu Cavillowi, ale właśnie Hunnamowi. Krótko po ogłoszeniu wyników castingu reżyser postanowił chyba nieco ostudzić temperament Charliego i odbył z nim sparing. Czarny pas Ritchiego w jiu-jitsu okazał się zbyt mocny nawet dla bardzo zdeterminowanego chłopaka z Newcastle.

„Pojedynek nie poszedł do końca po mojej myśli – przyznaje ze śmiechem Hunnam. – Cieszę się jednak, bo mam kolejną rzecz do roboty, coś, czemu mogę poświęcić trochę czasu i jednocześnie spotkać się ze znajomymi. W sztukach walki jest pewna dzikość, pierwotność. Pozwalają pozbyć się złych emocji. Męczą mięśnie, ale relaksują głowę”.

To chyba strzał w dziesiątkę dla faceta, który po raz pierwszy od siedmiu lat ma właśnie trochę wolnego. Śniadanie je w spokoju (nie licząc wypytującego o całą karierę faceta), a grafik na najbliższe dni jest wyjątkowo luźny. Zaoferowano mu „kilka mniejszych ról”, ale wszystkie odrzucił. Może to pora na małe wakacje?

„Następnych kilka miesięcy poświęcę chyba na spisanie historii, którą mam w głowie od dawna”. To by było na tyle, jeśli chodzi o egzotyczne podróże. „Mam też dwa filmy do nakręcenia w Anglii, więc powinienem wygospodarować na nie trochę czasu” – głośno planuje Hunnam. Charlie ewidentnie nie jest fanem siedzenia w miejscu.

Pewnie zdaje sobie sprawę, że jego pięć minut właśnie trwa i chce wycisnąć z nich maksimum. Ale jest w tym stylu bycia też coś z dzieciaka, który po prostu spełnia kolejne marzenia. Taka pogoń męczy zdecydowanie mniej. „Do 45. urodzin planuję już mieć czarny pas w jiu-jitsu.

Uważam, że ruch to podstawa. Ludzie powinni pamiętać, że jesteśmy zwierzętami, powinniśmy być aktywni, bo do tego zostaliśmy stworzeni. Trenuję dużo, bo wtedy mam więcej energii i jestem szczęśliwszy. No i jestem też nieźle szurnięty” – dodaje z uśmiechem Charlie. Wszystkie rekiny świata, miejcie się na baczności. 

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij