Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

  • Men's Health

  • Sex

  • Płatni łowcy miłości: czy biuro matrymonialne to dobry pomysł?

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.9

Płatni łowcy miłości: czy biuro matrymonialne to dobry pomysł?

Ludzie zwykle dobierają się w pary tak jakoś mimochodem, żeby nie powiedzieć – przez przypadek. Ale może ryzyko jest zbyt wielkie? Oto historia bardzo zajętego faceta, który wciąż nie mógł trafić na odpowiednią kobietę. W końcu oddał sprawę w ręce specjalistów.

wysłuchała Viola Nowacka 2009-10-23
Rejestracja w serwisie randkowym - 100 zł. Abonament w biurze matrymonialnym - 500 zł. Całe życie u boku takiej kobiety - bezcenne. (fot. Reggie Casagrande)

Sto lat temu nie do pomyślenia było, żeby młodzi ludzie sami szukali żony Łączeniem w pary zajmowały się doświadczone specjalistki - ciotki, matki, babki. Jednym słowem - swatki. Nie minęło kolejne stulecie, a znów wracamy do instytucji swatających. Poszukiwania na własną rękę kosztują coraz więcej czasu, stresu, rozczarowań. Już nie tylko wdowcy i nieudacznicy, ale młodzi, wykształceni, zapracowani faceci potrzebują doradztwa w sprawach sercowych.

Wiem, o czym mówię. Może się poznamy - to ja, zapracowany, dobrze zapowiadający się biznesmen. Mam 35 lat i kilka nieudanych związków na koncie. Nie dlatego, żebym był specjalnie popaprany. Jestem w normie. Ale im więcej pracuję, tym mniej mam okazji do poznawania dziewczyn. Na przypadkowe randki szkoda czasu. W branży, w której pracuję, jakoś do tej pory nie miałem szczęścia trafić na nikogo interesującego. Więc?... Skoro szukając ludzi do pracy, korzystam z usług firmy doradczej, dlaczego nie mam w ten sam sposób znaleźć partnerki?

Rozpoczynam wędrówkę po instytucjach zarabiających na samotnych. Może przy okazji uda mi się poznać kogoś interesującego, niekoniecznie na całe życie?

Mam jednak trochę tremy, więc dla psychicznego kurażu wybieram się z kumplem na piwo. Snujemy egzystencjalne rozważania typu: "Czy takie znajomości są bardziej, czy mniej trwałe od zawartych w normalny sposób?", "Czy to nie jest tak, że człowiek, który np. nie ma czasu i życia towarzyskiego, nie będzie też umiał utrzymać takiego związku?"

Panienki z sąsiedniego stolika jednoznacznie puszczają do nas oko. Tandeta. Wpadamy na mądrą odpowiedź: "Jeśli facet wybiera się do biura, bo nie ma talentu do osobistych kontaktów z ludźmi, to szanse niepowodzenia są wielkie. Natomiast jeśli jest taki jak ja, to statystycznie nie ma aż tak znaczących różnic. Niezależnie od tego, czy para poznaje się przez biuro czy nie, ryzyko rozpadu związku jest takie samo". Mój kumpel jest genialny.

Panienki z sąsiedniego stolika wydelegowały właśnie najodważniejszą. "Chcecie się zabawić?" - padła zachęta. Spojrzeliśmy na siebie wystraszeni. Tu na pewno nie ma szans na znalezienie partnerki do życia.

Anonimowy w cyberprzestrzeni

Zaczynam bezpiecznie, anonimowo, poprzez internetowe biura samotnych serc. Klikam w wyszukiwarce nazwę strony. Wygląda zachęcająco. Ponad dwa tysiące klientów. Jest w czym wybierać. Już nie czuję się taki samotny, jak jeszcze przed chwilą. A więc ludzie to robią i wcale się nie wstydzą.

Czytam w regulaminie: "Anonse przed umieszczeniem w naszej bazie są potwierdzane korespondencją zwrotną. Odsyłając pocztę, staramy się odrzucać żarty wysyłane kosztem cudzych adresów. Weryfikujemy każdą ofertę. Anonsów wskazujących na sponsorowaną formę towarzystwa lub seksu nie przyjmujemy. Staramy się aby nasz serwis zawierał anonse osób pełnoletnich i kulturalnych".

No to jestem w domu. Właśnie takich kobiet szukam. 

fot. Reggie Casagrande

Cennik całkiem atrakcyjny, stać mnie. Opłata za 5 dni: 5 zł, 30 dni: 19 zł, 60 dni: 29 zł, 90 dni: 39 zł. Do słabych stron internetowego biura zaliczyłem brak zdjęć (z powodu niskiej wiarygodności wycofano taką możliwość). Pewien niepokój wzbudziło zdanie: "Nasze biuro nie może zostać pociągnięte do odpowiedzialności za żadne straty i szkody (zarówno materialne, jak i moralne) powstałe pośrednio lub bezpośrednio na skutek korzystania z naszego serwisu". Moralne to rozumiem, ale jakie materialne? Że panienka okaże się złodziejką?

Zaryzykowałem. Czekam na potwierdzenie mojej wiarygodności. Jest. Nadchodzi upragniony moment: szukanie ofert. No to pofantazjuję. Przedział wiekowy: 25-33. Stan cywilny: panna. Te z odzysku są zawsze mniej pewne. Miejscowość - podaję województwo. Nie będę przecież gnał przez całą Polskę na randkę. Wyskoczyło 500 pozycji. Więc precyzuję wymagania. Wrażliwa, inteligentna, wykształcona, atrakcyjna, z temperamentem. Już lepiej. Wybieram z pięćdziesięciu. Dwie wydają mi się idealne. Żeby tylko wszystko zgadzało się z opisem.

W sidłach nimfomanki

Umawiam się z pierwszą, Gabrielą. Ładne imię. Siedzę w pubie spięty, czekając na moje cudo: prawniczka, 170 wzrostu, brunetka o dużych oczach. Nadchodzi. Szok. Jest tak atrakcyjna, jak o sobie pisała. Od razu mi lepiej. A więc czasem ludzie nie kłamią.

"Lubisz seks? Bo ja tak. Nawet bardzo. Mało jest dziś facetów na poziomie, którzy są dobrzy także i w te klocki. Nie lubię mięśniaków" - powiedziała głębokim, ciepłym głosem. "Eee... mięśniakiem to raczej nie jestem, a seks... cóż... lubię. Tylko najpierw wolę się dobrze poznać" - tłumaczyłem się jak sztubak. Zwykle kobietom nie udaje się tak łatwo zbić mnie z tropu. Ale jej - owszem.

"Co jest z tobą? Nie bądź taki spięty. Czy to coś złego, że inteligentni ludzie przyznają się do swoich potrzeb?" Może i nic. W tym sęk, że ona się przyznawała za szybko, za łatwo i za bardzo otwarcie. Byłem zażenowany. Gabriela okazała się uroczą, napaloną nimfomanką. Wcale się z tym nie kryła. Po dwóch dniach ostrego seksu miałem dość. Pragnąłem poznać mniej wyzwoloną i mniej wymagającą partnerkę.

Zadzwoniłem do propozycji nr 2 - Eweliny. Zaaranżowałem spotkanie w modnej, drogiej restauracji. Z miejsca zamówiła najdroższą pozycję. "Oczywiście ty stawiasz? Co nie?" - spytała, słodko trzepocząc rzęsami. Była śliczna. Ale jedyny temat, który ją interesował, to mój status materialny, praca, zarobki, perspektywy finansowe. Czułem się jak na naradzie na temat budżetu firmy. Ona po prostu szukała sponsora. Była nawet niegłupia, ale jej wyrachowane podejście do facetów ostudziło mój erotyczny zapał. A także zapał jakikolwiek.

Nie jest dobrze. Internet nie daje żadnej pewności. Właściwie to jestem narażony na niekończące się rozczarowania. Zdecydowałem, że muszę działać zwiększą skutecznością i profesjonalizmem.

Druga połowa na życzenie

Wybrałem się do biura matrymonialnego. Szukałem takich biur, które działają od co najmniej kilku lat. Znalazłem piętnaście. Sprawdziłem kilka. W tych z siedzibą na poddaszu czy piwnicy, pozbawionych komputera, z odrapanymi ścianami - nie zagrzewałam ani chwili. Potrzebowałem profesjonalnej pomocy, a nie swatania rodem z odpustu.

Zdecydowałem się na współpracę z całkiem przyzwoitą na pierwszy rzut oka właścicielką biura "Druga połowa". Nazwa banalna, ale co zrobić, taki rynek. Pięćset ofert pań do wyboru. Robi wrażenie.

kobieta, seks Shutterstock.com

"Poproszę dowód osobisty. Jeśli był już pan w formalnym związku, potrzebujemy dokumentów poświadczających rozwód lub separację. Wie pan, musimy każdego sprawdzić, żeby klientek nie wpuszczać na minę"- miękkim głosem zażądała starsza, wzbudzająca zaufanie kobieta. Wypełniłem też obowiązkową ankietę, w której opisałem siebie oraz określiłem, jakiej osoby szukam, zdjęcie, hobby. Cena - tak jak u konkurencji - 200 zł za abonament roczny.

Randka z Wiewiórką

"O, proszę, coś dla pana. Celina, 35, stanu wolnego. Lubi przyrodę, podróże, egzotyczną kuchnię i nowe wyzwania. Ma ekologiczne podejście do życia. Ruda, długie włosy" - życzliwie zaproponowała właścicielka. Dziewczyna na zdjęciu promieniała szczęściem. Była szczupła, drobna. Trochę nie w moim typie, ale ponoć rude mają temperament. Jest szansa, żeby to sprawdzić.

"Celina jestem. Ale znajomi nazywają mnie Wiewiórka". Świadomość, że zwracam się do kobiety per "wiewiórko" była dla mnie nowym doświadczeniem, ale postanowiłem nie zrażać się tak od razu. Choć jej strój podpowiadał mi, że ekscytująco nie będzie. Coś a la Greenpeace. Szerokie spodnie ogrodniczki, lekko poszarpany dołem sweter z ekologicznej wełny i buty chyba szyte ręcznie. Promienna kobiecość ze zdjęcia okazała się zgrzebna i trochę wiejska.

A potem dałem się wciągnąć w pogadankę na temat wegetarianizmu, cierpienia zwierząt, sztuki feng shui, metod relaksacyjnych, wpływie zapachów na organizm. Słowem, rzeczywistość, której do tej pory skutecznie unikałem. Mógłbym nawet przymknąć oko na jej dziwactwa, gdyby chociaż była seksowna. Ale nie była.

"Pan jest niecierpliwy" - skwitowała moje rozczarowanie szefowa biura. Znowu ślęczałem nad komputerem i w końcu uznałem - ta albo żadna. Dość już miałem oryginalności. Chciałem poznać miłą, porządną, uczciwą, poważnie nastawioną do związku kobietę.

"Joasia. Mów do mnie Joasia" - powiedziała uprzejmie. Wolałbym mówić do niej Joanna, Dżana albo Dżejn, ale skoro woli takie zdrobnienie... postaram się. Joasia była miła w pełnym tego słowa znaczeniu. Mało mówiła, dużo słuchała. Powtarzała moje zdania, jak echo. Na pytania odpowiadała wymijająco. Badała mój gust i strasznie chciała odpowiadać "prawidłowo".

W ciągu trzygodzinnej randki zorientowałem się, że szuka męża, jest oddana, opiekuńcza i właściwie to oprócz gotowania nie ma żadnego hobby. Pracuje w agencji reklamowej, ale wolałaby prowadzić dom. Cóż. Znowu pudło. Kury domowej, pielęgniarki i kucharki w jednym stanowczo nie chcę. Chcę kobiety, z którą będę mógł porozmawiać, wymienić poglądy, a nawet się posprzeczać. Kobiety z charyzmą.

W poszukiwaniu zbieżności

Metody doboru w zwykłych biurach matrymonialnych wydały mi się niezbyt profesjonalne. Pomyślałem: skoro nowojorscy maklerzy płacą profesjonalnym swatkom 16 tys. dolarów za znalezienie partnerki marzeń, ja też mogę zaszaleć na konto mojej świetlanej przyszłości. Udałem się do elitarnego biura kojarzenia par. Taka przyjemność kosztuje 1000 zł rocznie, dodatkowo płacę za każdą przedstawioną ofertę.

seksowna brunetka pierwsza randka fot. bart78, 2014, shutterstock.com

"Mamy bardzo wysoką skuteczność, psycholog konstruuje metody doboru. Nie umawiamy ludzi przypadkowo. Poznajemy pana prawdziwe potrzeby i na tej podstawie szukamy zbieżności z oczekiwaniami partnerek. Wypełnia pan odpowiednie testy, przechodzi przez rozmowy, a także cykl konsultacji i porad" - elegancki pan w garniturze podał mi rękę na przywitanie.

"Dotyczących czego?" - pytam.

"Np. pana wyglądu, stylu wypowiadania się, a także wystroju mieszkania. Żeby przekonać do siebie kobietę, dom musi być spójny z pana osobowością..."

Spędziłem tam cztery godziny. Dowiedziałem się, że nie przyjmują osób bez pracy, bo są mało wiarygodne. Na szczęście miałem pracę. I to bardzo dobrą. Zapunktowałem na wejściu. Potem były testy na charakter, sprawdzanie umiejętności konwersacji, badanie błyskotliwości i reagowania na nietypowe sytuacje.

"Musimy poznać pana pewność siebie, poziom neurotyczności, znajomość reguł społecznych. W ten sposób unikniemy umawiania na randki ludzi z osobowościami, które się wykluczają. Trzeba sprawdzić, czy para będzie umiała się porozumieć"- skomentował pan psycholog. Dysponowali możliwością nagrania własnej prezentacji na DVD lub kasecie wideo.

Zwróciłem uwagę na Kamilę, 26 lat. Artystka, maluje obrazy, uczy się robić filmy. Pełna pasji, żywiołowa. Na pierwszą randkę zaprosiła mnie do swojej minigalerii na strychu. Jej obrazy były krwawe. Na każdym z nich jakiś poraniony, zniekształcony facet. "To taka wizja. Upadek współczesnego mężczyzny. Krew i rany symbolizują jego słabość, podobieństwo do kobiety, którą przez wieki gardził".

"Chryste, tylko nie feministka" - pomyślałem zrozpaczony. W tej chwili mój wzrok zatrzymał się na obrazie wciśniętym w kąt. Facet bez penisa ronił na nim łzy. Odruchowo złapałem się za krocze. "Czas na mnie. Gratuluję talentu i wyobraźni" - wycedziłem.

Tylko bez paniki

"Ma pan wyjątkowego pecha. Takie wypadki zdarzają się bardzo rzadko. Czasem klienci ukrywają swoje prawdziwe ja. Ale proszę się nie poddawać" - pocieszano mnie w biurze kojarzenia par. Byłem już u kresu wytrzymałości psychicznej. Ale zainwestowałem tysiaka i należało to jakoś spożytkować.

"Powinien pan podchodzić do randek bardziej na luzie, nie oczekiwać cudu. Może pan pomyśleć, że w gruncie rzeczy spotkania z kobietami to dobra zabawa" - doradził pan w garniturze. No dobrze: ostatnia szansa. Potem robię sobie przerwę.

Kobiece pragnienia fot. shutterstock.com

Izabela, pracownik naukowy - intelektualistka. Spokojna, o posągowej urodzie, dyskretnie elegancka. Może tego mi trzeba po tej powodzi piranii, modliszek i pijawek? Izabela nie uwodziła mnie i nie zalewała potokiem słów. Prowadziła interesującą rozmowę z nutą refleksji. Mądra, ale nie zarozumiała, rzeczowa, ale ciepła. "Pogłębię przy niej swoje horyzonty myślowe, wyciszę się" - pomyślałem po pierwszej randce.

Po trzeciej zebrała się na szczerość. Okazała się psycholożką. "Nigdy nie mówię od razu, jaki mam zawód. To mężczyzn odstrasza. Myślą stereotypami. Boją się, że zostaną prześwietleni i poddani surowej ocenie. Jak widzisz, szewc bez butów chodzi. Nie jestem alfą i omegą. W przeciwnym razie już dawno udałoby mi się stworzyć udany, trwały związek".

W pierwszej chwili spanikowałem. Pomyślałem tak jak inni: byłem poddawany lustracji i ukrytym testom! Ale po chwili zrobiłem bilans zysków i strat. Jeśli pokonam strach przed uzależnieniem i dominacją, mogę stworzyć z nią całkiem udany związek. W końcu to też kobieta. Tylko że nieco bardziej wnikliwa od innych. Ja jestem za to: bardziej dynamiczny, przebojowy i więcej zarabiam. Przecież możemy się uzupełniać. Nic nie muszę sobie udowadniać. Po prostu będę sobą i zobaczymy, jak będzie. Tylko bez paniki.

Zdaniem psychologa

Biura matrymonialne to już nie ostatnia deska ratunku, ale rozsądna alternatywa. Marek Laube, psycholog, członek Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, autor testów i innych metod doboru partnerskiego, mówi nam, dlaczego warto skorzystać z usług dobrego biura matrymonialnego:

Ostatnio zmienia się profil klientów biur, bo zmienia się także sposób myślenia i sposób życia. Nową, najliczniejszą grupę klientów tworzy średnie pokolenie trzydziesto-, czterdziestolatków, wolnych, zaradnych, wykształconych, dobrze sytuowanych. Trudno znaleźć życiowego partnera, gdy praca zajmuje tak wiele czasu. Poza tym sami są przekonani o własnej wartości, więc szukają wartościowych partnerów, mają wysokie wymagania. Trudno takie osoby spotkać na spotkaniach służbowych, na dyskotece czy w pubie (choć to się oczywiście zdarza, ale zaufanie do osób tam poznanych jest znikome).

Coraz większą grupą klientek są kobiety w wieku 30-40 lat, z 2-3 fakultetami, dobrą pracą, niezależne finansowo. Mają duże wymagania. Generalnie kobiety są bardziej wybredne. Potrzebują więcej czasu i dłużej się przekonują. Mają idealistyczne wyobrażenie o związkach. Kobiety wykształcone poszukują panów na tym samym poziomie intelektualnym, przystojnych i zamożnych. Natomiast panowie wolą po prostu młode i ładne partnerki. Klientami bywają ludzie nieśmiali, zdesperowani, nieufni. Nie potrafią wyczuwać płci przeciwnej, zawodzi ich intuicja, są skryci i wycofani. Poznawanie partnerów "na żywo" kosztuje ich zbyt wiele stresu. Duża grupa to rozwodnicy, osoby z tzw. bagażem doświadczeń (np. dziećmi). Są w końcu i tacy, którzy sądzą, że jest to rodzaj "przygody".

Biura i ich sposoby pracy są coraz lepsze. Zadaniem biura jest wykonanie wstępnej selekcji potencjalnych partnerów, także sprawdzenie informacji podanych przez klientów. W Internecie jest wiele biur pośredniczących, ale nikt nie weryfikuje zgodności z prawdą. Nie ma też pewności, czy oferty są "poważne", tzn. czy ludzie chcą poznać kogoś na stałe, czy tylko na niezobowiązujący romans. Biuro bierze na siebie część stresu związanego z poznawaniem osób o płci przeciwnej. Daje też większą gwarancję, że intencje klientów są "poważne".

MH 04/2005

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Ludzi zwykle dobierają się w pary tak jakoś mimochodem, żeby nie powiedzieć - przez przypadek. Ale może ryzyko jest zbyt wielkie? Oto historia bardzo zajętego faceta, który wciąż nie mógł trafić na odpowiednią kobietę. W końcu oddał sprawę w ręce specjalistów.http://www.menshealth.pl/seks/Platni-lowcy-milosci-3683.html
    Mens Health, 2009-10-23 22:03:39
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij