Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Resident Evil VII - znów możemy się bać

Do opuszczonego starego domu na mokradłach wchodzić, zwłaszcza po zmroku, po prostu nie można. Tę naczelną zasadę, którą podpowiada zdrowy rozsądek, bohaterowie horrorów łamią z zadziwiającą łatwością. Na nasze szczęście. 

Resident Evil VII fot. Producent/dystrybutor

Niesamowity dwór

Siódemka w tytule zobowiązuje. I sugeruje, że przed nową odsłoną „Resident Evil” duże wyzwanie. Bo zaspokoić niebotyczne oczekiwania fanów, jednocześnie otwierając się na nowych odbiorców, to zadanie trudne, może nawet arcytrudne, jednak zupełnie – jak się okazuje – możliwe do zrealizowania.

Dowód to zawartość płyty, którą niedawno wrzuciłem do napędu konsoli. Kim jest główny bohater, w którego przyjdzie Ci się wcielić, do końca nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że jego żona, którą od trzech lat uznaje się za zaginioną, zostawia mu w końcu wiadomość z adresem, pod którym ją znajdzie.

Wyruszasz więc jako Ethan do Luizjany, aby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. I szybko orientujesz się, że historia, której będziesz jednocześnie świadkiem i współautorem, jest zdecydowanie bardziej pogmatwana, niż mogło Ci się wydawać, i na pewno dużo bardziej przerażająca, niż byś sobie tego życzył.

Starasz się więc rozwikłać tajemnicę domu, w którym się znalazłeś, jego mieszkańców, z którymi dzieje się coś dziwnego, uratować żonę (nie zapominaj o tym), a przy okazji po prostu przeżyć. I nie jest to, cholera, łatwe, bo drzwi do kolejnego pomieszczenia zawsze są zamknięte i wymagają specjalnego klucza, który znajdować musi się akurat w miejscu, do którego z własnej woli byś nie zajrzał. Jednak robisz to, bo skoro zaszedłeś tak daleko, wciąż żywy (czy aby na pewno?), nie możesz tak po prostu się wycofać.

Chcesz rozwikłać tę zagadkę, samemu postawić warunki, poznać zakończenie całej historii. Jak to w horrorze, chciałoby się powiedzieć – i bardzo dobrze, bo nowy „Resident” tym właśnie jest: horrorem ze wszystkimi konsekwencjami, które gatunek może nam podarować.

Resident Evil VII fot. Producent/dystrybutor
Fabuła nie jest więc porywająca, czasami wręcz ociera się o absurd, motywacje głównego bohatera (to znaczy Twoje, kolego) wydają się często dalekie od zrozumiałych, jest za to strasznie, jest mrocznie i pociągająco. Postaci, które spotkasz, budzą jednocześnie grozę (o dziwo!) i pewną dozę sympatii.

Są też dziwne potwory, które chłoną amunicję jak gąbki. Żona oczywiście – naprawdę drobny spojler, bo znamy to z życia – okazuje się nie taka święta, jak myślałeś. Brniesz więc przed siebie powodowany tą niesamowitą mieszanką podniecenia i strachu aż do napisów końcowych.

Mnie taka podróż zajęła mniej niż 10 godzin, potrzebowałem do niej trzech podejść. I dopiero po jakiejś chwili pojawił się szereg wątpliwości. Że trochę za liniowo jednak poprowadzona jest ta narracja, że główny bohater jednak nie dziwnie, lecz bardzo dziwnie reaguje na rzeczywistość, że całość jest trochę archaiczna (wciąż nie wiem, czy to plus, czy minus), że walki z bossami mogłyby być bardziej wymagające.

Kręciłem więc nosem, w zasadzie kompensując sobie chyba fakt, że w nowego „Residenta” grałem klasycznie, siedząc przed telewizorem, a nie z goglami wirtualnej rzeczywistości na głowie. Bo oto mamy chyba do czynienia z pierwszą grą, dla której takie gogle naprawdę warto sobie sprawić.

Wszystkie wady „Siódemki” okazują się kompromisami, na które pójść musieli twórcy. Brak komentarzy głównego bohatera wytłumaczyć najłatwiej – są one całkowicie zbędne, gdy masz gogle na głowie, bo wówczas to Ty, tak na serio, nim jesteś. I to Ty możesz ten cały horror na bieżąco komentować.

Są też walki, które wyglądają jak w grach sprzed wielu lat, bo przecież ten nóż, którym się ciacha, lata po potworze jak podmuchy wiatru, aż ten w końcu pada. No trudno, animacje mogłyby być ładniejsze, jednak z goglami na głowie przestaje to mieć znaczenie – tutaj już nie ma dystansu między graczem a tym, kogo należy pokonać. I tak dalej – ucinam wątek, jeszcze bardziej żałując, że zestawu VR nie mam zawsze pod ręką.

Jeśli masz wybór, zagraj koniecznie z goglami na głowie, wówczas swoje wrażenia podrasujesz tysiąckrotnie. Co nie zmienia faktu, że wersja klasyczna, standardowa, zwyczajna nawet, i tak sprawi, że będziesz bardzo się bać. Na całe szczęście (9/10).  

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij