Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]

Menshealth.PL

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.6

Trening komandosa: siły specjalnie szkolone

Komandosem chciałby być każdy z nas. A przynajmniej umieć tyle, co oni, i wyglądać tak, jak oni. Nie kończ na dobrych chęciach i zrób pierwszy krok - poznaj reguły rządzące szkoleniem tych twardych facetów, do treningu wpleć pompki, brzuszki i podciąganie na drążku, a sylwetka komandosa nie będzie już nierealnym do spełnienia marzeniem.

Marek Dudziński 2009-02-18
Komandosi to nie ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie. (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

O sprawności decydują trzy cechy: gibkość, siła i wytrzymałość. Powinny one tworzyć wierzchołki trójkąta równobocznego, którego środek ciężkości jest dokładnie pośrodku - niezależnie od tego, jak duże ma boki. (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

Komandosom same mięśnie nie wystarczą. Jeśli nie jesteś w stanie wbiec z ciężkim ekwipunkiem na czwarte piętro bez wypluwania płuc, nie nadajesz się do tej roboty.

Brojlery odpadają

Lądowanie daleko od własnych linii zaopatrzenia nie może mieć wpływu na skuteczność działania. Organizm musi więc być przyzwyczajony do działania na własnych rezerwach energetycznych. Ale nie chodzi tu o wysiłek maratończyka. Komandosi to ludzie o ogromnej wytrzymałości siłowej, przyzwyczajeni do pracy o różnym stopniu intensywności i o różnym czasie trwania.

Aby zostać komandosem, silne serce, płuca i właściwy metabolizm mięśni są absolutnie niezbędne - a to można osiągnąć przez długotrwały, regularny i pełen poświęcenia trening. I nie chodzi wcale o "złomowanie" - jak Arek Kups określa trening w siłowni.

"W jednostkach specjalnych nie ma miejsca dla brojlerów, czyli dla facetów, którzy patrzą tylko na wielkość mięśni i dodatkowo pomagających sobie w tych przyrostach chemią. Bo facet, który ma tylko mięśnie, ale nie ma "pompy", która pozwoli mu wbiec z ekwipunkiem na czwarte piętro bez wypluwania płuc, po prostu sobie nie poradzi i umrze" - wyjaśnia.

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

OSYF zamiast siłowni

Oczywiście, nie wszyscy pracują tak samo. AT, czyli antyterrorysta, ma inny charakter pracy niż żołnierz w oddziałach dalekiego rozpoznania. "Facet z AT podjeżdża na miejsce samochodem i wie, że ma wbiec pod mieszkanie, przypieprzyć z barku w drzwi, z tymi drzwiami wpaść do środka, a jak się któryś ruszy, ma go unieszkodliwić - opowiada Kups. - Natomiast gość z amerykańskiej Navy Seals musi przepłynąć kilka kilometrów, przepakować się, przebiec te swoje kilometry, dwa dni przebywać na miejscu, wykonać swoją robotę i odejść bez śladu. Dlatego misie w AT są trochę inaczej zbudowani i przygotowani niż faceci do walki w kanałach".

Napompowany kulturysta po przebiegnięciu kilometra toru nazwanego OSYF (Ośrodek Szkolenia Fizycznego) przekona się, że na mięśniach przygotowanie się nie kończy: "Zwierzęta nie ćwiczą w siłowni. A pokaż mi otłuszczoną małpę lub otłuszczonego wilka". Podstawą treningu komandosa jest trening z własnym ciałem. Wtedy nie ma kontuzji, nie ma przeciążeń czy zwyrodnień.

"Żeby było jasne - my też chodzimy do siłowni, ale z nas się tam leje. To nie dla nas taka robota: sześć powtórzeń z dopompowaniem mięśnia, by go ukrwić, następnie odpoczynek, by tętno wróciło do normy, i dopiero wtedy kolejna seria. Nasze ćwiczenie to wiele powtórzeń w szybkim tempie. Tu musi być wysiłek beztlenowy".

Czyli taki, w którym oddychając, dostarczamy mięśniom zbyt mało tlenu w stosunku do ich potrzeb. Dzięki temu organizm przyzwyczaja się coraz bardziej do pracy w takich warunkach. Wysiłek musi mieć wysoką intensywność i trwać odpowiednio długo. Z reguły dłużej niż 20 minut. Najczęściej jest to metoda stosowania dużej liczby powtórzeń, aż do momentu, kiedy mięśnie nie są już w stanie dźwignąć ciężaru.

O sprawności decydują trzy cechy: gibkość, siła i wytrzymałość. Powinny one tworzyć wierzchołki trójkąta równobocznego, którego środek ciężkości jest dokładnie pośrodku - niezależnie od tego, jak duże ma boki. "W tej robocie nie jest potrzebny facet, który wolno podchodzi do wagonu i podnosi go jak lewarek. On musi podbiec i wywrócić ten wagon swoją dynamiką".

Wykończyć człowieka można w 15 minut, ale nie o to przecież chodzi. Trzeba wyodrębnić w procesie szkolenia te elementy, na których najbardziej nam zależy. Każdy musi podejść do siebie samokrytycznie. I trenować to, czego mu najbardziej brakuje. Na rynku zawodowców tak naprawdę każdy sam szuka własnej metody. Każdy ma inny organizm i inne mięśnie, inne predyspozycje genetyczne i inne przygotowanie wyniesione z wychowania w dzieciństwie. Ale praktycznie zawsze wszystko sprowadza się do treningu z własnym ciałem. Nikt nie zabiera przecież ze sobą siłowni na poligon.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Sprawdź, czy jesteś komandosem

Przygotowanie fizyczne jest podstawą działań taktycznych żołnierzy jednostek specjalnych. Po szkoleniu podstawowym komandos powinien bez problemów wykonać sześć elementów:

1. podciągnąć się 20 razy na drążku

2. wykonać na drążku 20 wymyków

3. w ciągu 2 minut wykonać 80 pompek

4. przebiec z bronią i w butach wojskowych 3 kilometry w czasie poniżej 13 minut

5. przepłynąć 50 metrów w czasie krótszym niż 35 sekund

6. wykonać 100 brzuszków w czasie krótszym niż 2 minuty.

Zrzedła Ci mina? Nie jesteś sam, ten test sprawności w nas też wzbudził chęć przedstawienia komisji egzaminacyjnej zwolnień lekarskich. Nie jest to jednak zadanie niewykonalne, jeśli uczciwie się do niego przygotować. Na tej stronie znajdziesz trening komandosa, który przygotowaliśmy wspólnie z Arkiem Kupsem, który zajmuje się szkoleniem żołnierzy sił specjalnych. Wykonując systematycznie ten program, wkrótce do takiego egzaminu będziesz mógł podejść z marszu i na zupełnym luzie.

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Arek Kups: uczyć się, choćby od samego diabła

Arek Kups nie jest on postacią jednoznaczną. Przez jednych wielbiony, przez innych przeklinany, dla jeszcze innych niewygodny. Ale jednego nie kwestionuje nikt: perfekcjonista w szkoleniu żołnierzy sił specjalnych.

W szkole średniej był fanatykiem sportu, który zaczął uprawiać mimo astmy. Rzucał oszczepem, biegał, pływał, uprawiał sporty siłowe. Zamiast jednak na AWF, trafił do wrocławskiej Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych i tam postanowił, że zostanie komandosem. Miał szczęście, bo po promocji trafił do 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie, który stanowił zarazem raj i piekło dla komandosów. Sam poprosił o przydział do kompanii kpt. Andrzeja Pągowskiego, określanej jako samo dno piekła lub śmierdząca beczka, do której dobrowolnie wpakować może się tylko wyjątkowy świr.

Podstawą szkolenia były działania taktyczne, przeprowadzane na legendarnych "polach ryżowych". Dowódcy byli pewni, że dobrze wykorzystano czas zajęć, kiedy nie wszyscy docierali do koszar o własnych siłach i w pałatce przynoszono jednego czy dwóch kandydatów na komandosów. Kups dostał ksywę "Ciężarek", bo w wolnych chwilach urządzał swoim żołnierzom mistrzostwa w pompkach, brzuszkach czy wychwytach.

Potem trafił do szczecińskiej 56. kompanii specjalnej. Dowodził plutonem nurków-dywersantów, już wtedy pracując na swoją legendę. Kiedy został szefem szkolenia 56. kompanii specjalnej, zaczęło w niej obowiązywać hasło "Uczyć się, choćby od samego diabła". Rozpoczął m.in. współpracę z mistrzami walki realnej. Po rozwiązaniu kompanii, część najlepszych uratował tworzący się GROM, ale Kupsa z nieznanych nikomu przyczyn wojsko nie chciało puścić i wylądował w batalionie rozpoznawczym.

Wykorzystując modę na survival militarny, stworzył młodzieżowe obozy Combat 56. W tym czasie w 25. Dywizji Kawalerii Powietrznej płk Mieczysław Bieniek i płk Jan Kempara, wraz z grupą młodych oficerów, tworzyli nowy system szkoleniowy. Pierwszym krokiem Kupsa na nowym miejscu było zorganizowanie stażu walki wręcz w systemie Combat 56 dla instruktorów z jednostek specjalnych, rozpoznawczych i antyterrorystycznych podległych MON i MSWiA. Teraz wykorzystuje swoje doświadczenie, organizując i nadzorując szkolenia dla służb mundurowych oraz kultowe już Selekcje, czyli rajdy ekstremalne, w których może się sprawdzić każdy, kto myśli, że jest twardzielem.

(notkę biograficzną przygotował Piotr Bernabiuk)

MH 09/2004

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

OSYF - Ośrodek Szkolenia Fizycznego. Gdy trochę poćwiczysz na tym kilometrowej długości torze, odkryjesz drugie dno tego skrótu. (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

OSYF, czyli Ośrodek Szkolenia Fizycznego w całej okazałości. (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

fot. Jacek Heliasz - heliasz.com

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

Arek Kups nie jest on postacią jednoznaczną. Przez jednych wielbiony, przez innych przeklinany, dla jeszcze innych niewygodny. Ale jednego nie kwestionuje nikt: perfekcjonista w szkoleniu żołnierzy sił specjalnych. (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

Rambo wygrywa z Winnetou rywalizację o serca małych i dużych chłopców. Każdy chciałby jedną ręką powalić przeciwnika, podciągać się na drobnych gzymsach (również na jednej ręce) i nie przejmować się 40-kilogramowym ekwipunkiem na plecach.

Rzadko dociera jednak do nas, że prawdziwe wyczyny komandosów są często ciekawsze od filmu. Jeszcze rzadziej - że nie są to ludzie z innej planety, a swoje umiejętności zawdzięczają głównie treningowi. To prawda, że morderczemu, ale w końcu ich zawód to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.

Normy razy dwa

Komandos nie wybiera sobie zadań, jakie przyjdzie mu wykonać. Dlatego musi być przygotowany na wszystko. Narciarstwo, nurkowanie, wspinaczka, skoki spadochronowe czy walki wręcz należą do abecadła. Ale samo nabycie tych umiejętności to jednak jeszcze zdecydowanie za mało. Trzeba także umieć je zastosować np. po 100-kilometrowym marszu z 40-kilogramowym zasobnikiem na plecach. A przecież w warunkach bojowych można liczyć tylko na własny organizm i umiejętności. Nic dziwnego, że szkolenie rasowego komandosa musi trwać minimum pięć lat.

Arek Kups od 10 lat jest poza strukturami wojska, ale całą służbę spędził na szkoleniu jednostek specjalnych (więcej szczegółów jego barwnej kariery znajdziesz na końcu artykułu). Twierdzi, że przygotowanie fizyczne jest podstawą wszystkiego w takich oddziałach. "U mnie regułą było wykonanie podwójnych tzw. papierowych norm sprawnościowych, czyli tych narzucanych przez dowództwo. Czasem, kiedy ustalałem te normy, widziałem spojrzenie, które dość jasno mówiło, co o mnie myślą żołnierze. Ale kiedy przychodziły jakieś śmieszne kontrole, te testy wykonywali w pasach i w butach. Wiedzieli, że stać ich na dużo więcej".

W dodatku dzięki takiemu podejściu żołnierze są po prostu spokojniejsi w czasie walki. Zawsze ma się pewne obawy przed zrobieniem czegoś pierwszy raz - od skoku na główkę, po skok na spadochronie. Ale jeśli setki razy przerobisz coś na treningu, w czasie zadania czujesz się pewnie i nie blokuje Cię strach.

"Tak naprawdę, wszystkie nasze ruchy to nawyki mięśniowe, poczynając od dłubania palcem w nosie, do skomplikowanych ruchów akrobatycznych. Jeśli nie wyrobi się takich nawyków na treningu, to jest bardzo prawdopodobne, że w boju też czegoś zabraknie. Nie możesz się zastanawiać, czy masz wyskoczyć z samolotu lewą czy prawą nogą" - zapewnia Kups.

Zawodowcy zdają sobie sprawę, że ich życie zależy od tego, co umieją. Brak przygotowania może powodować błędy w czasie działań w warunkach dużego stresu.

 

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Najbardziej lubię kiedy ktoś opowiada o czymś jakby to był dla niego chleb powszedni a w rzeczywistości zna to tylko w teorii, chodzi mi o Pana Kupsa i jego opowieści jak to się żołnierz zachowuje podczas walki, o odruchach itp. Skąd on ma to wiedzieć skoro nigdy nie brał udziału w boju? To samo z gadaniem o zawodowstwie, co on może wiedzieć o pracy z zawodowcami kiedy kompanie specjalne były oparte na żołnierzach służby zasadniczej i skąd może wiedzieć ile trwa szkolenie komandosa jeśli służba trwała 2 lata? Co do jego kariery po rozwiązaniu kompanii specjalnych to sprawa jest prosta, nikt mu nie bronił przejść, po prostu nie przeszedł selekcji do jednostki grom. 
    przemol21, 2014-01-16 09:23:01
  • avatar
    zgłoś
    'SoltyS' napisał(-a):Trening ten można porównać troszkę do oryginalnego treningu jaki wykonywali ludzie przygotowujący się do zagrania Spartan w filmie ,,300''. Tamten plan wykonywałem,ale kładł on główny nacisk na rzeźbę a szczególnie na rzeźbę brzucha.Ten zaś na siłę i wytrzymałość,ale również na pewno porządnie rzeźbi. Mam zamiar spróbować go wykonywać po planie na masę który teraz wykonuję. Najpierw sprawdzę się bez przygotowania robiąc cały ten test(na pewno żadnych rewelacji nie będzie ) a potem wykonam go po kilku tyg. wykonywania ćwiczeń podanych w artykule. Nie będzie łatwo,ale trzeba próbować Trening 300 to typowy trening na rzeźbę, nie ma tam w zasadzie elementów siłowych. Aktorzy mieli wyglądać, siła była zupełnie inną kwestią. Trening komandosa nie specjalnie rzeźbi człowieka, bardziej rozwija jego siłę. Z resztą to widać po ćwiczeniach, taki zestaw to typowy zestaw na spalanie tkanki i nabieranie siły. Oczywiście każde ćwiczenia, które pozwalają stracić tkankę tłuszczową sprawiają, że mamy wrażenie że nasza rzeźba się poprawia, ale to tylko zmiana wagi i nic więcej.Ogólnie cały trening jest średni, jak dla mnie. Nie ćwiczyłem już od roku, mało się ruszam, niestety brakuje na to czasu. Jednak ten test nie jest specjalnie trudny, jedyny problem to drążek. 20 podciągnięć to już naprawdę spora liczba. Z tym miałem jedyny problem, reszta wygląda przerażająco, ale tak naprawdę nie ma tam nic ponad siły zwykłego człowieka.
    Sir Nexiss, 2012-04-03 14:17:28
  • avatar
    zgłoś
    Ciekawy artykuł i trening też całkiem fajny.
    Sir Nexiss, 2012-04-03 14:15:57
  • avatar
    zgłoś
    Jak tak wczoraj analizowałem dokładnie te ćwiczenia i czytałem artykuł to doszedłem do wniosku,że przez pierwszy tydzień człowiek po takim trenie będzie chodził nieźle zakwaszony Ćwiczenie w trybie beztlenowym to nie to samo co na siłce,oj nie
    ~SoltyS, 2009-02-19 22:56:55
  • avatar
    zgłoś
    Mi sie podoba trening. Cos nowego. Ten nasz na silowni na mase itd tez potrzebny. Ale raz na jakis czas zrobic ten podany nie zaszkodzi. Wyrzezbi sie czlowiek i nabierze formy. Ja zaczne pewnie wakacje jak obecny plan skoncze.Luki
    *Luki*, 2009-02-19 22:47:07
  • avatar
    zgłoś
    fajny artykuł , tak zwane " miśki" z siłowni nie mają szans bycie komandosem fajna sprawa , adrenalina i zwiedzanie świata to coś pięknego
    Lep, 2009-02-19 20:27:32
  • avatar
    zgłoś
    Nie powiem jak bylem młodszy marzyłem żeby być komandosem albo anty-terrorystą jak wielu młodych chłopców Teraz widzę,że to wcale nie takie proste,bo już same testy sprawnościowe są ciężkie. Z czasem marzenie to stało się tylko przeszłą fascynacją małego chłopczyka i z wiekiem zmieniły mi się plany na przyszłość Trening ten można porównać troszkę do oryginalnego treningu jaki wykonywali ludzie przygotowujący się do zagrania Spartan w filmie ,,300''. Tamten plan wykonywałem,ale kładł on główny nacisk na rzeźbę a szczególnie na rzeźbę brzucha.Ten zaś na siłę i wytrzymałość,ale również na pewno porządnie rzeźbi. Mam zamiar spróbować go wykonywać po planie na masę który teraz wykonuję. Najpierw sprawdzę się bez przygotowania robiąc cały ten test(na pewno żadnych rewelacji nie będzie ) a potem wykonam go po kilku tyg. wykonywania ćwiczeń podanych w artykule. Nie będzie łatwo,ale trzeba próbować
    ~SoltyS, 2009-02-18 21:41:39
  • avatar
    zgłoś
    Komandosem chciałby być każdy z nas. A przynajmniej umieć tyle, co oni, i wyglądać tak, jak oni. Nie kończ na dobrych chęciach i zrób pierwszy krok - poznaj reguły rządzące szkoleniem tych twardych facetów i sam trenuj jak komandos.
    Mens Health, 2009-02-18 20:11:29
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij