Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.6

Przez 14 dni wiosłowałem codziennie po 5 km. I co z tego? [testujemy na sobie]

Dodam od razu, że robiłem to chwilę po przebudzeniu i szybkiej szklance wody. W czasie treningów pokonałem dystans 70 kilometrów i spaliłem łącznie 5115 kcal. Końcowe efekty bardzo mnie zaskoczyły. Dlaczego? Sprawdź.

wiosłowanie fot. Wojciech Małkowicz
Pierwszy z zaplanowanych czternastu treningów na ergometrze wioślarskim dał mi nieźle w kość. Wiosłuję regularnie z regularnymi (długimi, niestety) przerwami.

Znam więc mniej więcej swoje możliwości, jednak dla pewności zajrzałem w treningowy dziennik. Ostatni trening na wioślarzu zaliczyłem 27 lutego i była to szybka próba na 2000 m. Wynik solidnie poniżej 8 minut. Satysfakcjonujący.

Pierwsze dwie próby na ergometrze

Dlatego zdziwiłem się, gdy teraz, po tak długiej przerwie, kolejne metry na trasie pokonywałem z takim trudem. Tempo, dzięki któremu w 4 minuty zaliczałbym kilometr, okazało się osiągalne tylko na początku. Z każdym kolejnym pociągnięciem wiosła czułem, jak słabnę.

Rzut oka na pulsometr wystarczał, żeby zrozumieć, że jadę za ostro. Końcowy rezultat to 21 minut i 21 sekund. Przy czym muszę zaznaczyć, że ostatnie 500 metrów to kwestia ambicji i próba utrzymania ponad 40 pociągnięć na minutę przez dłuższy czas. Czyli całkiem solidny zryw. Bez niego 5 kilometrów mogłoby mi zająć nawet 23 minuty. Wniosek: przerwa była zbyt długa, kondycja poszła zdecydowanie w dół.

Kolejny trening okazał się już dla mojego ciała bardziej łaskawy. Zszedłem do 20 minut i 45 sekund. Znów wynik zawdzięczałem głównie zrywowi na koniec. Czułem jednak, że wiosłuję z większą swobodą, mniej się męczę.

Utrzymywałem solidne tempo, by przyspieszać na ostatnie 30 sekund z każdych 4 minut. Cel był taki, aby każdą „czwórkę” kończyć z równym tysiącem na liczniku. Byłem blisko, stąd całkiem niezły wynik końcowy.

Więcej mocy                                

Przy trzecim podejściu czułem już to coś. I to od samego początku. Taki początek dnia okazał się w ogóle bardzo energetyczny. Nie potrzebowałem już kawy, żeby się dobudzić. Po prostu wskakiwałem na swojego WaterRowera, aby po dwudziestu kilku minutach (nie zapominałem o rozgrzewce i schłodzeniu) uderzyć pod naprawdę zimny prysznic.

Polecam takie wejście w dzień. Kolejne godziny, zwłaszcza te spędzone przy biurku, upływały mi szybciej, byłem w pracy bardziej wydajny, potrafiłem szybciej poradzić sobie z listą wyznaczonych na dany dzień zadań.

I mniej mocy

Po kilku dniach przyszedł jednak kryzys. 5 kilometrów w mniej więcej 20 minut to jednak dla organizmu spore wyzwanie. Czwarty trening to kolejne obcięte sekundy (20:14), natomiast piąty to już walka o ich ułamki (20:13). Tak, piątego dnia poczułem się zmęczony. Mięśnie pleców i nóg nie działały tak, jak powinny. Potrzebowałem przerwy.

Dlatego kolejnego dnia trochę odpuściłem, pozwalając sekundnikowi robić swoje (20:47), aby jeszcze następnego zmienić odrobinę podejście do zagadnienia. Postawiłem tym razem na interwały: 30 sekund ostrej roboty i 30 sekund względnie spokojnego wiosłowania.

Efekt okazał się zadowalający, bo znów dobiłem do 20 minut i 14 sekund, pilnując się jednak, aby swoim zwyczajem nie przyspieszyć na ostatnich metrach. Miałem więc zapas mocy. Jest dobrze, pomyślałem.

Różnica jakościowa

I nagle, kolejnego dnia, poczułem się silny. To zabawne, bo naprawdę przyszła do mnie ta moc niespodziewanie. Po prostu usiadłem na siodełku, złapałem drążek (wiosło) i ruszyłem ambitnie, aby pierwszy raz zakończyć sesję z rezultatem poniżej 20 minut (19:45).

Postanowiłem  od tej pory mieszać ostre treningi z sesjami, nazwijmy je, regeneracyjnymi, w trakcie których nie dawałem z siebie wszystkiego. Tak więc jednego dnia schodziłem poniżej 20 minut, aby następnego celować nawet w 21:30. Ostatnia, czternasta sesja, to więc 19 minut i 14 sekund. Poprawiłem się względem pierwszej o ponad 2 minuty. Całkiem nieźle, prawda?

Wnioski końcowe

To były intensywne dwa tygodnie, po których potrzebowałem przerwy. Którą skróciłem jednak do minimum, bo codzienny poranny wysiłek wszedł mi po prostu w krew. Potrzebowałem go bardziej niż kawy.

Kolejne dni zaczynałem z większą werwą. I czułem się lepiej niż po porannym bieganiu – wioślarz wymuszał na mnie cięższą pracę niemal wszystkich mięśni ciała i wyższe zakresy tętna. To przyjemne napięcie pleców czułem jeszcze wiele godzin po treningu, dzięki czemu przez biuro przechodziłem wyprostowany, bardziej energiczny.

Zważyłem się też przed i po. Różnica to niecałe pół kilograma w dół. I mało, i dużo jednocześnie. Za to szacunkowe VO2max mierzone pulsometrem Polar V800 podskoczyło o 3 jednostki. Co dało się odczuć choćby podczas paradowania po schodach, jazdy rowerem do pracy czy spacerach z psem. Serio, zacząłem czuć się po prostu lepiej. Tobie też polecam.

Aha, argument o większej wydajności zachowaj w pamięci i rzuć nim przy kawie ze swoim szefem. Wioślarz w biurze brzmi dobrze.

PS. Wiosłowałem na ergometrze WaterRower A1 Home. Nie wykluczam, że moje wyniki na Concepcie 2 byłyby inne.

Zobacz też: Ergometr: galernik z wyboru i Ergowiosła: spalaj tłuszcz i buduj mięśnie

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij