Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
  • Men's Health

  • Dieta

  • Liczenie kalorii (IIFYM): dlaczego nie jest dobrym rozwiązaniem?

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.8

Liczenie kalorii (IIFYM): dlaczego nie jest dobrym rozwiązaniem?

Poleganie wyłącznie na kaloriach i makroskładnikach to kiepski pomysł na opracowanie zdrowej diety.

facet z burgerem fot. Shutterstock
Opisywanie rzeczywistości za pomocą liczb jest kuszące. Porównujemy życiówki i czarno na białym widać, kto jest sprawniejszy. Sprawdzamy liczbę lajków i zaraz jest jasne, komu bardziej sprzyja świat. Patrzymy na makra i już wiadomo, co oraz ile mamy jeść. Zaraz, jakie makra? – zapytasz.

Chodzi o ilość makroskładników, czyli protein, tłuszczów oraz węglowodanów oraz o coraz popularniejsze podejście do diety, które określa się angielskim skrótem IIFYM (If It Fits Your Macros).

Można je w skrócie opisać jako plan żywieniowy, w którym nie jest specjalnie istotne, co zjadasz, dozwolone są wszelkie słodycze czy fast foody, byle w ostatecznym rozrachunku nie był przekroczony dzienny limit kalorii oraz zostały zachowane proporcje między makroskładnikami (np. 40% kalorii z węglowodanów, 30% z białka oraz 30% z tłuszczu – wersje są różne).

Internet pełen jest zdjęć ludzi chwalących się, że jedli, co chcieli, i przy tym schudli. Kuszące, prawda? Owszem, ale nas kusi, żeby wsadzić kij w mrowisko. Jest bowiem kilka powodów, dla których takie podejście wydaje się nam kiepskim pomysłem.

Zapotrzebowanie na kalorie może być inne każdego dnia – w zależności od tego, czy idziemy na trening czy jesteśmy chorzy. Nawet pogoda może mieć wpływ na to, ile kalorii potrzebujesz. Warto pamiętać, że liczy się nie tylko to, ile makroskładników zjadasz, ale też ich rozkład.

No i od razu, skoro już przy nich jesteśmy – nie ma żadnych badań, które potwierdzałyby, że układ 40%/30%/30%, o którym wspomnieliśmy wcześniej, albo jakikolwiek inny, jest Świętym Graalem dietetycznych proporcji, do którego wszyscy powinni się stosować.

W normalnym żywieniu (zakładamy, że nie szykujesz się do zawodów sylwetkowych) nie ma więc sensu marnować czasu i energii na ważenie oraz dokładne liczenie zawartości makroskładników i kalorii.

Zwłaszcza że w tabelce na opakowaniu są liczby, a w rzeczywistości jesz potrawy składające się z różnych składników. Jeśli sam nie przyrządziłeś ich w domu z wagą w ręce, nie ma możliwości, by dokładnie oszacować zawartość kaloryczną. Nie mówiąc już o tym, że dane na opakowaniach mogą odbiegać od rzeczywistości (American Dietetic Association szacuje, że różnica wynosi średnio 8%).

No i najważniejsze: jesz głównie po to, by odżywić organizm. Dostarczyć mu składników, których potrzebuje do optymalnego funkcjonowania.

"Zakładanie z góry, że możesz jeść cokolwiek, byle zgadzały się kalorie, to w dłuższej perspektywie prosta droga popsucia sobie zdrowia. Układając menu, kieruj się wartością odżywczą produktów, możliwie niskim stopniem ich przetworzenia, unikaj cukru i słodyczy, a wtedy organizm sam poradzi sobie z dopasowaniem rozmiaru porcji do energetycznego zapotrzebowania" – przekonuje dietetyk Renata Kusińska.

Adwokat diabła

1. Zimne fakty

Wystawienie na niską temperaturę może mocno podnieść nasze zapotrzebowanie kaloryczne – Maastricht University podaje, że średnio o 30%.

2. Równe dawki

Czasopismo "Nutrition" informuje, że przyjmowanie białka w równych porcjach podczas wszystkich posiłków wspiera budowę tkanki mięśniowej.

3. Na dwoje wróżyła

W amerykańskim badaniu dwie grupy jadły tyle samo, ale jedna dostarczała 20% kalorii z tłuszczu, a druga 40%. Obie grupy schudły tyle samo.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij